Jeżycjada po raz 22 - "Ciotka Zgryzotka" (Małgorzata Musierowicz)


„Ciotka Zgryzotka” jest dwudziestym drugim tomem Jeżycjady, zatem przydługawe wstępy dotyczące autorki i jej twórczości wydają mi się być zbędne. Dla mnie to książki wyjątkowe, towarzyszące mi już od blisko dziewiętnastu (!) lat; większość z nich znam już prawie na pamięć, ale i tak z każdym przeczytaniem odnajduję w nich coś nowego. Przy całej tej sympatii podzielam też jednak zdanie wielu osób – „Kalamburka” była częścią przełomową, po której tzw. neojeżycjada nie miała już tego samego uroku, co tomy poprzednie. I choć sięgam po każdą nową część z lekką obawą, mogę śmiało przyznać, że „Ciotka Zgryzotka” to całkiem udany powrót do Jeżycjady w jej wysokiej formie.

            Tym razem od MM otrzymaliśmy książkę dość pokaźną – bo liczącą nieco ponad 300 stron – szczelnie wypełnioną tekstem i przygodami bohaterów. Cieszy też powrót do formy listownej (najwyraźniej jej entuzjastyczne przyjęcie po poprzednich tomach skłoniło autorkę do kontynuacji), stanowiącej też przecież przyjemne nawiązanie do Kwiatu Kalafiora. Całość rozpięta jest na przestrzeni ponad półtora miesiąca na przełomie lata i jesieni, między ostatnimi dniami sierpnia a połową października; to też stanowi pewną odmianę po kilku ostatnich wydaniach, gdzie akcję zamknięto w zaledwie kilku dniach. Fabuła toczy się zarówno na sielskiej wsi, jak i w Poznaniu, dzięki czemu wreszcie mamy szansę dowiedzieć się czegoś więcej o zdarzeniach na Roosevelta 5.

            Ciężko właściwie wskazać bezpośrednio czyja historia jest tutaj wiodącą; na pewno dominują wątki młodego pokolenia, ale przeplatają się z przygodami bohaterów znanych czytelnikowi już od dawna. Na pierwszy plan wysuwają się Józinek i Dorota, Ignacy i Agnieszka, a także Nora – i tutaj muszę przyznać, że bardzo cieszy mnie fakt, że MM nareszcie odczarowała wizerunek Pulpecjowych córek jako łakomych i mało inteligentnych grubasek (a który to zaszczepiła w mojej podświadomości podczas pamiętnej sytuacji na Roosevelta z kieliszkiem i językiem w roli głównej kilka tomów wstecz). Starszą gwardię wyraźnie reprezentują Patrycja i Florian, Ida – oraz obudzony z letargu Marek!, Natalia, Róża i Gabriela. Autorka buduje powieść wyraźnie osadzoną w teraźniejszości, ale zręcznie wplata w nią nawiązania do leciwych bohaterów czy zdarzeń z przeszłości; pojawiają się tutaj między słowami i kultowa wykrochmalona pościel Natalii, i ojciec Borejko wieszający firany na drabinie, gazpacho gotowane przez Różę (od razu skojarzyło mi się z gazpacho wiedźm dla Nutrii przemierzającej Polskę w ucieczce przed Nerwusem) czy nawet Ida wyrażająca radość z powodu braku welonu panny młodej, przywołując pamiętny incydent z przydepnięciem ;). W tle przewija się cała plejada bohaterów z przeszłości (Kreska i Maciek, familie Hajduków i Żaków, dyrektor Dąbek-Nowacka (!), Aniela i Bernard oraz ich – uwaga – dwudziestoośmioletni bliźniacy, a nawet Dmuchawiec), dzięki czemu osoby czytające Jeżycjadę od samego początku mają szansę wreszcie dowiedzieć się co też się u nich zmieniło – nawet jeśli są to jedynie wzmianki, to i tak cieszą.



                Wiele się tutaj dzieje i chociaż centralną osią tej powieści jest rzecz jasna nastoletnie uczucie, nie przysłania ono wcale ani dorastania do całkiem poważnych decyzji podejmowanych w młodym wieku, ani trudnych wyborów zastających bohaterów w wieku zdecydowanie bardziej zaawansowanym. Mam też wrażenie, że w tej części wyjątkowo wyraziście zarysowano sylwetki czterech dorosłych sióstr Borejko, a zwłaszcza Patrycji. Od zawsze była to jedna z moich ulubionych bohaterek, na co wpływ zapewne ma także fakt, że to właśnie od Pulpecji zaczęła się moja przygoda z twórczością Musierowicz; moje serce zdobyła jednak tym oto tekstem: „Podam Ci trzy powody, dla których kuchnia francuska jest najlepsza na kuli ziemskiej: 1) Masło. 2) Masło. 3) Masło.”. Pocieszająca jest także subtelna przemiana Idy, która powraca do swojej szczytowej formy (miałam duże trudności z przeżyciem transformacji jednej z moich ulubionych bohaterek w chamowatą fanatyczkę zdrowej żywności) i z charakterystycznymi sobie (wybiórczą) bystrością obserwacji i ironią stanowi przyjemną przeciwwagę dla reszty ciepłych i opiekuńczych sióstr. Zmężniał także Ignacy Grzegorz, którego postać wzbudzała we mnie dotychczas szczerą irytację; nie mogę niestety przekonać się za to do jego małżonki. Część mojej sympatii stopniała po przytwierdzeniu suszonych nagietków do kuchennych szafek, natomiast jej resztki ulotniły się wraz z jakże beztroskim podejściem, że skoro lekarze ją straszą, to najlepiej w ciąży w ogóle się do nich nie zbliżać. 

                 Jest też tu też szczypta nierealności, jak i w każdej części Jeżycjady. Ze względu na fakt, że generalnie większość familiantów, powinowatych i osób niezwiązanych genetycznie z Borejkami nie przejawia większego zainteresowania dobrami materialnymi, profesje Agnieszki (malarki) i Ignaca (przygotowującego zawodowo filmy o drewnianym budownictwie Wielkopolski) nie są szczególnie zaskakujące, ale nie oszukujmy się - nie brzmi to jak szczególnie atrakcyjne perspektywy na przyszłość.   Zastanawia mnie jakim cudem przykładowo Gabriela i Grzegorz opływają również w gotówkę pozwalającą im na kupno kawalerki w Poznaniu (w Krakowie są to kwoty dość wysokie, a zawsze jakoś wydawało mi się, że Strybowie żyją dość skromnie). Cieszy mnie za to fakt, że Łucja przestaje być przemądrzałym dzieciakiem (etap naszpanapolonisty przypłacałam chęcią wyrwania delikwentki z książki) i typuję ją – wraz z dziećmi Nutrii – na bohaterów kolejnej książki. Nieco mi smutno z powodu nikłej obecności Laury i mocno zaocznych wpływów Natalii, ale mam nadzieję, że i to wyrówna się w kolejnym tomie. Jedna mocno niepokojąca kwestia nasuwa mi się natomiast po przeczytaniu całości książki: Róża przechodzi powoli transformację w Gabrielę 2.0 i jeśli podzieli również los swej matki, zapewne przez kolejne trzy dekady będzie chodzić w jednym swetrze i reagować histerycznie na najmniejszą wzmiankę o swoim eks-mężu in spe, stanowiąc równocześnie niewzruszone centrum dla całej potrzebującej rodziny. Nawet jeśli będzie rzekomo szczęśliwa. Przemyślenia takie mam po jakże patetycznych rozmyślaniach jej młodszego brata (To było zadziwiające - dawna Pyza, jak jakaś Wielka Mądra Matka, mówiąc tak łagodnie tym swoim ciepłym, kojącym głosem, stawiała jednocześnie tak mocne fundamenty i budowała tak dobre umocnienia!) - przypominam także, że to ta sama jednostka jest WMM, która daje się regularnie porzucać w imię nauki i potem przyjmuje delikwenta z otwartymi ramionami ;)
                Próbuję sobie też wyobrazić nastolatkę zmierzającą na rozpoczęcie I klasy liceum, w kierunku obiektu swoich westchnień, w białych rajstopach i sandałach. I już o to połączenie najmniej mi chodzi (wszak dyktatorzy mody próbują ten trend przepchnąć - wróżę mu ten sam efekt, co kampanię ze skarpetkami i klapkami w kraju, w którym uchodzi to za skrajne niechlujstwo dopuszczalne wyłącznie w zaciszu własnego domu. Jeśli w ogóle.), ale siedemnastolatka - w białych rajstopach? W podobnym wieku była przecież Celestyna w „Szóstej Klepce”, a nosiła się całkiem dorośle. Bardzo też drażniła mnie jedna z nieścisłości, a mianowicie ciągłe przypominanie, że Grzegorz Stryba właśnie oczekuje pierwszego wnuczęcia -  skoro do reszty Borejków dotarły wieści o narodzinach u Elki i Tomka, to zapewne nie były one zachowane w tajemnicy przed ojcem młodej matki, a zarazem świeżo upieczonym dziadkiem.

                 Jedna z rzeczy była niewątpliwie tchnieniem czegoś nowego - Agnieszka, która niekoniecznie z chwilą ujęcia dziecka w ręce od razu wie, że to jej powołanie. Jest lekko zagubiona, stara się odnaleźć w tej nowej sytuacji, potrzebuje czyjejś pomocy - Nora prawdę o macierzyństwie odkrywa dla równowagi w zaiste w Borejkowym stylu: 
- Uważaj. Zostać matką to znaczy: nawiązać bezpośrednią łączność. Przez dziecko.

- Naprawdę? Ale z kim?
- Z uniwersalną, wieczną Miłością. Z Bogiem.
 

                 Ogólnie zatem stwierdzam: to nadzwyczaj udana kontynuacja Jeżycjady, pełna przygód, nieprzewidzianych zdarzeń, barwnych opisów, przypominająca trochę spotkanie rodzinne, na którym bieżące sprawy są omawiane w kontekście ech przeszłości. Bardzo podoba mi się to, że dzieje się tu wiele w kontekście relacji rodzinnych, zwłaszcza między Norą a jej ojcem, Florianem; to jeden z najlepiej napisanych wątków, rozpiętych na przestrzeni całej książki. To chyba pierwszy tom od dawna, który wywołał też u mnie uśmiech (a wizje Idy z oberwaniem ślubnych dekoracji wręcz śmiech), ale i nostalgię – mam wrażenie, że MM przygotowuje swoich czytelników na nieuchronne, którą to funkcję pełniła scena w ogrodzie z udziałem Ignacego Borejki (i tutaj również spełniają się moje przepowiednie, że w związku z nowo nabytą miłością seniora B. do wiejskiego życia, zejście nastąpi wśród czarnoziemu).

              Chciałabym o tym tomie napisać o wiele, wiele więcej, ale po prostu – warto ją przeczytać. Ja już czekam na kolejną część! 




Nie mogłam się oprzeć pokusie podkreślenia kilku fragmentów, w tym tego, który jak żywo opisuje mnie na zdjęciach z przeróżnych okoliczności rodzinnych: „Kimże była niegdyś ta atrakcyjna, lecz jakże zapuszczona kobieta z mopem na tej pięknej głowie?
Zamiast się wynieść, ty się uniosłaś. Dama nigdy się nie unosi. Chyba, że masz moje geny. Ja się unoszę”.
Wróciłem przed jedenastą. A tu przed bramą nasza Łusia całuje się z młodym człowiekiem w bejsbolówce. Uważam, że w takiej sytuacji wypadałoby zdjąć czapkę.” – zawsze uważałam, że z Marka jest świetny facet, ale teraz to jestem już pewna :D
Przepraszam, że daremnie liczyłaś i kalkulowałaś, mnożyłaś jajka przez masło i ławki przez pośladki.”
W kontekście wszystkich zmian, które na przestrzeni dwóch ostatnich lat zaszły w moim życiu, nadzwyczaj bliskie były mi z kolei Gabrielowe myśli: „(...)Gabriela nagle zrozumiała, skąd się bierze to poczucie końca: przecież nie dalej jak przed kwadransem, tak mimochodem i zwyczajnie, opuścili swój dom na zawsze.”

Przy okazji zaobserwowałam też jedną kwestię - organiczną niechęć do przedstawiania w Jeżycjadzie wystawnych wesel. Przypominając sobie większość tych okoliczności przedstawionych w książkach MM stwierdzam, że wesela są jakby synonimem złego smaku i nadmiernej rozrzutności, a jedyną z czterech sióstr Borejko (choć nie mam pewności co do Patrycji), która doczekała się uczciwego wesela i nie musiała donaszać garsonek/bukiecików/pantofli po protoplastach, była Nutria. Laurowego kostiumu jeszcze nie wybaczyłam ;) Samo wesele opisane w „Ciotce (...)” jest tymczasem utrzymane w klimatach mocno Pinterestowych i rustykalnych, zdecydowanie pasujących też do pary młodej – nawet jeśli było, jak zawsze, organizowane na prędkości i po łebkach.

3 komentarze :

  1. za młodu uwielbiałam Musierowicz! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jak pokochałam w latach dziecięcych, tak uwielbiam do dziś :D

      Usuń
  2. Super pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.