Jak święta, to orzechy - drożdżowy zawijaniec

Są takie smaki, które nieodłącznie kojarzą się ze świętami.
I dla każdego będzie to oznaczało coś innego. Dla jednych to smak barszczu czerwonego na zakwasie - dla mnie zupy grzybowej. Jedni od momentu przygotowania ciasta nie mogą się doczekać starpolskiego piernika, dla mnie pojawienie się orzechowca jest równie oczywiste jak fakt, że w centrum szopki znajduje się Dzieciątko. Wspólną cechą wszystkich przygotowywanych w naszym akurat domu wypieków są orzechy - świąteczne ciasta są z zasady ponadziewane bogato bakaliami, ale orzechy włoskie pełnią rolę całkowicie odmienną. Głównie chyba dlatego, że przygotowania do świąt pośrednio rozpoczynają się już latem, kiedy tuż po własnoręcznym strząsaniu orzechów z drzewa (co proste nie jest, zwłaszcza gdy co i rusz komuś przypomina się odcinek Przyjaciół with the giant poking device) należy je rozłupać, wysuszyć, a potem rozważyć po 100g, zapakować i zamknąć za pomocą zszywek.
Drożdżowy zawijaniec z orzechami

Ciasto:
1 jajko
2,5 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
160ml letniego mleka
15g świeżych drożdży
2,5 szklanki mąki pszennej
30g roztopionego masła 82%
Rozkruszyć drożdże w letnim mleku, zasypać łyżeczką cukru. Do miski przesiać mąkę, dodać sól i cukier. Wlać rozczyn, dodać jajko i masło, zagnieść gładkie, elastyczne, nieklejące się ciasto. Gotowe podzielić na cztery w miarę równe części - można je nawet zważyć.

Nadzienie:
80ml śmietany 30%
100g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
200g zmielonych orzechów włoskich
Wszystkie składniki wymieszać do równomiernego połączenia.

Ciasto rozwałkować dość cienko. Ten placek, który wybrałam na spodnią część ciasta, od razu umieściłam na papierze do pieczenia - potem po prostu przeniosłam całość na płaską blaszkę i wsunęłam do piekarnika. Między warstwy ciasta podzielić równomiernie nadzienie, na wierzchu ułożyć samo ciasto. Sztuka skręcania tego ciasta jest nadzwyczaj prosta - teraz wszyscy patrzą na Steve'a ;).
Gotowe ciasto posmarować rozbitym jajkiem i wstawić do piekarnika - w oryginalnym przepisie autorka podaje 15-17 minut w temperaturze 180ºC. Mój piekarnik nie ma regulacji temperatury, a ciasto na pewno piekłam dłużej - co najmniej 35 minut.


Fatum i Furia (Mojry i Furie??) Lauren Groff


            Kwestia małżeństwa jest ostatnio nadzwyczaj chętnie podnoszonym w literaturze problemem, a dodatkowo można odnieść wrażenie, że źródłem wszelkich nieporozumień jest w tych związkach pierwiastek żeński. Przywołać tu wystarczy Zaginioną dziewczynę, a potem Dziewczynę z portretu, a na końcu jeszcze Dziewczynę z pociągu (dziewczyn w różnych wariantach było jeszcze więcej, ale z nimi się jeszcze nie zapoznałam). Związki międzyludzkie rozebrano też na części pierwsze w Małym Życiu, a ostatnim tego typu tytułem, po który sięgnęłam, było Fatum i Furia.

            Bohaterowie książki są bardzo wyraziści i bez trudu zaprzątają umysł czytelnika nawet wtedy, gdy odkłada on książkę na bok. Większość osób ma słabość do osób pięknych, nie sposób zatem przejść obojętnie wobec Mathilde – tym bardziej, gdy postać ta jest tak spowita w tajemnicę. Równie intrygującą postacią jest Lancelot zwany Lottem, bezustannie dążący do realizacji przeznaczonej mu sławy i wybitności. Książka podzielona jest na dwie części – jak nietrudno się domyślić, pierwszą z nich jest Fatum, a drugą Furia. Fabuła rozwija się zatem na dwóch płaszczyznach, pozwalając na niezwykłą możliwość dokładnej obserwacji związku z perspektywy obydwu zaangażowanych w niego stron. Szansa na tak nietypowe spojrzenie na tę niezwykle zażyłą ludzką relację otwiera oczy na kompletnie inne aspekty życia w bliskości.

            Lotto nie jest chyba postacią, którą można polubić. Cichą bohaterką tego związku (której żadne działanie nie jest jednak przypadkowe i bezinteresowne) jest Mathilde. Nawet jeśli po lekturze całości można próbować ją odsądzać od czci i wiary, przede wszystkim starała się stworzyć sobie namiastkę szczęścia, dobrobytu i życia wśród ludzi otaczających ją miłością – co jest właściwie pewnym niezbędnym minimum potrzebnym do funkcjonowania chyba każdemu z nas. To, co z wierzchu wydaje się być związkiem idealnym, wymaga tak naprawdę olbrzymich pokładów poświęcenia i sprytu. Dowiadujemy się z tej książki wiele o miłości, ale też o manipulacji, trudnościach, bezustannych kompromisach i emocjach (lub ich braku) towarzyszących codzienności w związku. Nic w tej książce nie jest oczywiste, co nasuwało mi na myśl powieść z dziewczyną w tytule napisaną przez Gillian Flynn. Kiedy mogłoby się wydawać, że o Mathilde wiemy wszystko, zaczyna nam ona w drugiej części odkrywać karty swojej przeszłości. Odarty z wyidealizowanych przekonań męża portret kobiety – nie żony, ale po prostu kobiety – jest też całkowicie inny niż postać Mathilde widziana przez pryzmat wyobrażeń Lotta. To wiele mówiący wątek w tej powieści, o którym sporo się potem myśli po odłożeniu powieści na bok.

            To ważna książka – dużo o niej pisano w mediach, wspominał o niej sam amerykański prezydent (a biorąc pod uwagę fakt, że Obamowie dość często byli określani uroczym relationship goals, może to dobra rekomendacja) i stosunkowo szybko osiągnęła status najważniejszej książki ubiegłego roku. Nieprzypadkowo – bo prezentuje piękne stadium rozwijającej się relacji i dwóch stron związku z głębokiej perspektywy obydwu osób. Niezbyt często mamy szansę spojrzeć aż tak daleko w zakątki czyjegoś umysłu. Warto po nią sięgnąć niekoniecznie po to, by przekonać się jak zdumiewająco „niechcący” możemy stać się ofiarami zgrabnej manipulacji drugiej strony w związku. Raczej po to, by spojrzeć z globalnej perspektywy na bliską zażyłość dwojga osób i posłuchać tych wszystkich niewypowiedzianych myśli.



P.S. Wydźwięk Fates and Furies jest zupełnie inny niż Fatum i furia. Dlaczego? Dlatego, że zarówno fates, jak i furies odnosi się w języku angielskim do bóstw. Furie są nam chyba bliżej znane jako Erynie, bo tak najczęściej przedstawia się je na szkolnych lekcjach polskiego poświęconych mitologii – sporo rzeczy ginie w tłumaczeniu i szkoda, że tak się właśnie stało z tym tytułem. Choć jak zawsze podkreślam, intencje tłumacza są zwykle mało istotne w kontekście marketingowej chwytliwości.

Murzynek z serem bez sera, czyli jak pozbawić ciasto zakalca

W każdej rodzinie jest chyba takie ciasto, które jakoś nigdy się nie udaje. Takie na przykład drożdżowe, które pomimo długotrwałego i przypłaconego zakwasami w ramionach wyrabiania jest gumowate i daleko mu do puszystości. Albo ucierane, w którym wszystkie owoce smętnie zbliżają się w miarę pieczenia do dna – zamiast utrzymywać się tuż pod kruszonką na powierzchni rumianego ciasta. Taki status w naszej rodzinie miał zawsze murzynek (swoją drogą, ciekawe jak długo będzie zwać się to ciasto murzynkiem – zanim poprawność polityczna przestanie pozwalać beztrosko przerzucać się słowami w rozmowie) – sama podejmowałam te próby kilkakrotnie i absolutnie nigdy nie udało mi się upiec czegoś zbliżonego do puszystego, nieco wilgotnego, przełożonego warstewką powideł ciasta, które pamiętałam z dzieciństwa. Pamiętam je przede wszystkim jako ciasto, którym częstowała nas na podwórku koleżanka, przynosząc je ilekroć piekła je w domu jej babcia.
Ostatnio jednak znalazłam przepis na murzynek z serem, który wypiekany bez sera okazuje się być ciastem idealnym. Polecam ten przepis przede wszystkim osobom, którym nie wychodzą za bardzo ciasta ucierane / chlebki marchewkowe – to bardzo dobrze wyrasta w piekarniku, jest bardzo delikatne, nie jest gliniaste i ciężkie. Jeśli nie macie też problemów z piekarnikiem, najpewniej będzie dla was za suche – wtedy polecam raczej klasyczne przepisy. 
Nie używam do mas surowych jajek, dlatego w tym przypadku do polewy wykorzystuję masę odlaną przed dodaniem żółtek. Jeśli Wam to nie przeszkadza, po prostu zamieńcie kolejność. 
Murzynek
4 jajka
5 łyżek wody
1 szklanka cukru
250g margaryny
4 łyżki gorzkiego kakao
1,5 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki cukru waniliowego
3 łyżeczki proszku do pieczenia

Wodę, kakao, margarynę, cukier i cukier wanilinowy podgrzać w garnuszku z grubym dnem do połączenia składników, co jakiś czas mieszając. Odlać pół szklanki mąki, odstawić masy do przestygnięcia. 
W międzyczasie przesiać mąkę i połączyć ją z proszkiem do pieczenia.
Żółtka oddzielić od białek i połączyć z masą czekoladową, następnie dodać mąkę z proszkiem i starannie połączyć. Białka ubić na sztywno, delikatnie połączyć z masą czekoladową. Wlać do keksówki o wymiarach 34x25 cm (ja wykładam papierem do pieczenia tylko dno). 
Po upieczeniu przekrojone ciasto przekładam powidłami i polewam masą czekoladową.