Zatapiane drożdżowe rogaliki


Przepisów na rogaliki jest mnóstwo. Drożdżowych, kruchych, z serem, półdrożdżowych… i każdy ma ten jeden ulubiony, po który sięga zawsze, gdy poszukuje czegoś sprawdzonego. Nie pamiętam odkąd talerze pełne tych rogalików pojawiały się w domu – były po prostu od zawsze, a potem nauczyłam się je piec sama. Są tak banalnie proste, że można od nich spokojnie zacząć swoją przygodę z ciastem drożdżowym; zawijanie nie wymaga żadnych talentów artystycznych, a nadziać można je marmoladą, orzechami, kawałkami owoców czy słodkim białym serem z dodatkiem wanilii. Ciasto nie jest nadmiernie słodkie, więc doskonale równoważy słodycz nadzienia. Można je posypać cukrem pudrem (czego nie czynię nigdy) albo przed upieczeniem posmarować rozkłóconym jajkiem i posypać gruboziarnistym cukrem kryształem. A poza tym to z sympatii dla wszystkiego, co nietypowe, najbardziej w tym cieście lubię moment zatapiania ciasta w letniej wodzie.


Zatapiane rogaliki
2 jajka
500g mąki
50g drożdży
1/4 szklanki cukru
1/2 szklanki śmietany
3/4 kostki margaryny
Drożdże rozetrzeć z cukrem i odrobiną letniej wody. Odstawić do wyrośnięcia. W misce wymieszać przesianą mąkę, śmietanę, jajka i posiekaną margarynę. Dodać rozczyn, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto - włożyć je do szczelnego worka i wrzucić do letniej wody. Zostawić na ok. 30 minut. Po wyrośnięciu podzielić na kilka części, każdą rozwałkować (im cieńsze będzie ciasto, tym bardziej kruche będą rogaliki). Wykroić koło, następnie podzielić na dwanaście równych części po przekątnych. Na każdą nakładać łyżeczkę nadzienia i zawijać. Układać na blasze, piec ok. 20-25 minut. 


#niesądziłamżepowstanietakipost, czyli literackie podsumowanie 2016



Wpisawszy tytuł jakoś sobie pomyślałam, że może ktoś trafi tutaj z myślą, że to podsumowanie największych literackich dokonań w 2016 – najlepszych debiutów, kontynuacji, premierowych publikacji i innych tego typu wydarzeń. Rozczarowani zatem będą ci, którzy liczyli na parę słów o tym, co się dzieje w świecie wielkiej literatury – ten post jest bowiem całkowicie o (werble) MNIE.
Z zasady nie mam postanowień noworocznych (jakby mało było rozczarowań i zdawanie sobie sprawy z tego, że niewiele udaje się osiągnąć spośród wszystkiego, czego sobie naobiecywaliśmy kilka dni wcześniej było szczególnie przyjemne) i nie zaczynałam 2016 z myślą, że przeczytam 52 książki ani książki w ogóle w liczbie zbliżonej do 50. Zwłaszcza, że w 2015 przeczytałam ich 28. Wczoraj jednak dodawałam na lubimyczytac nową półkę i uświadomiłam sobie, że od pierwszej w moim życiu realizacji postanowienia noworocznego dzieliła mnie zaledwie jedna książka, bo w ubiegłym roku udało mi się ich przeczytać jednak 51. Not too shabby.
Było w tych 51 kilka książek dość pokaźnych  - Małe Życie i Księgi Jakubowe, objętością sięgające prawie czterech cyfr, Kobiety w kąpieli, Ktoś we mnie i Historia Pszczół czyli między 400 a 500 stron lektury. Najwięcej przeczytałam w grudniu, bo aż 8 – głównie to chyba zasługa długich wieczorów i Świąt. Przede wszystkim jednak to zasługa Kindle; ten prezent od rodziców otrzymałam tuż po obronie i od tamtej pory jestem z nim praktycznie nierozłączna. Kiedy dojeżdżałam codziennie do biura około 40 minut w jedną stronę prawie zawsze czytałam w drodze; książki woziłam ze sobą sporadycznie, bo zabieram ze sobą tylko torbę na laptopa i do niej już żadne nadprogramowe pakunki mi się nie mieszczą. Kindle mieści się jednak wszędzie, a jak się okazuje, w czasie pół godziny można przeczytać całkiem sporo.
Na przestrzeni tych dwunastu miesięcy trafiłam na książki znakomite i na te, których wspomnienie powinno chyba pojawiać się chyba tylko w sennych koszmarach. 10 w skali LC otrzymały u mnie tylko dwie pozycje – Solaris i Małe Życie. Gwiazdka mniej przypadła Księgom Jakubowym, Fatum i Furii i Annie Kareninie (razem ze wstydem, że dopiero teraz się zabrałam za tę klasykę). Było kilka ósemek, które głównie pojawiają się przy książkach Zygmunta Miłoszewskiego. Były też spektakularne rozczarowania – takim akurat stały się długo wyczekiwane Lampiony (zwłaszcza w kontekście trylogii z Meyerem, którą też czytałam w tym roku) i Maestra, która jest chyba pierwszą książką, której nie mogę ocenić nijak inaczej niż na 1. Trochę miałam wrażenie, że w jakiejś 1/3 książki autorka nie pamiętała już czy chce napisać coś w stylu 50 Shades of Grey, scenariusza Mody na Sukces czy też najbardziej chciałaby pochwalić się znamienitą znajomością luksusowych marek. Brr.  Były też odkrycia, w postaci Dziewczyny z portretu (ale nie wiem jak duży wpływ miał na to film z Alicią Vikander) czy książek Filipa Springera.
Ogólnie zatem – był to dobry rok pod względem literatury. Sporo tych książek wpadło mi w ręce całkiem przypadkiem, część wybrałam na podstawie rekomendacji albo wreszcie próbując przeczytać książki, które posiadam. Na tej płaszczyźnie też jest jakiś sukces, bo ze stosu, który ułożyłam rok temu, udało mi się przeczytać całkiem sporo J
Tradycyjnie na rok 2017 nie mam żadnych postanowień. Bądźmy poważni :D


Piernikowe ciasto czekoladowo-śliwkowe

Śnieg za oknem ma jedną niewątpliwą, choć może nieoczywistą zaletę. Nic nie cieszy mnie zimą tak bardzo, jak długi, śnieżny poranek. Słońce leniwie wytacza się coraz wyżej na niebo, jest coraz jaśniej, a czas odmierza mi miarowe skrzypienie towarzyszące krokom przechodniów. Takie poranki jak te stworzono właśnie po to, by albo zapakować wszystkie swoje zimowe sprzęty i wyruszyć na stok albo wyciągnąć wszystkie swoje kuchenne sprzęty i przygotować sobie dobre śniadanie. Potem znaleźć kilka zaległych książek albo kilkanaście zaległych odcinków serialu. I spędzać swój śnieżny poranek tak, jak należy. Z własnego doświadczenia polecam pancakes zatopione w syropie klonowym, z żurawiną i mandarynkami, w towarzystwie Grey's Anatomy. Tylko nie za dużo tego drugiego, bo śmierć wszystkich możliwych bohaterów niechybnie zlikwiduje dobry humor wynikający z przykrycia błota i przymarzniętej trawy świeżą warstwą śniegu.

Utrzymując klimat świąteczny, bo ze względu na śnieg jakoś ta atmosfera trwa nadal w najlepsze, przedstawiam Wam nasze tegoroczne odkrycie - mocno czekoladowe ciasto przełożone warstwą puszystej czekolady i powideł.
Ciasto bazowe pieczemy z tego przepisu, z jedną różnicą: dodajemy 1 płaską łyżeczkę przyprawy do piernika.

Masa czekoladowa
100g masła
100g cukru pudru
300ml śmietany 36%
300g gorzkiej czekolady
Połamaną czekoladę, śmietankę, masło i cukier umieścić w rondelku, na małym ogniu rozpuścić i zagotować, stale mieszając by się nie przypaliła. Gdy masa zacznie bulgotać należy ją odstawić i pozostawić na całą noc (nie chować do lodówki). Kolejnego dnia jedynie zmiksować przed przełożeniem, nie dodając już żadnych dodatkowych składników.

Ciasto przekroić na trzy części. Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej jest jednak masę czekoladową umieścić wyżej - spód posmarować powidłami, a dopiero górną warstwę masą czekoladową. Dobrze jest go potem wstawić do lodówki i dopiero później potraktować polewą czekoladową lub gorzkim kakao.