Coś jakby pożenić Wielkanoc z Bożym Narodzeniem, czyli kruche ciasto przekładane serem, makiem i prażonymi jabłkami

Spotkania okołoświąteczne są doskonałą okazją do zgromadzenia i zaktualizowania wszelkich niezbędnych informacji o bieżącym stanie rodzinnym. Niezbędne to rzecz jasna pojęcie czysto subiektywne, zatem informacje potrzebne do przetrwania niektórym jak tlen innym uczestnikom spotkania wpadają jednym uchem i wylatują drugim, gdzieś pomiędzy dokładką wielkanocnego sernika a opowieścią o nowo zakupionym samochodzie. 
Centrum rodzinnego zainteresowania zwykle przenosi się z roku na rok na kogoś innego, zgodnie z bieżącymi zdarzeniami. Nie mniej istotną kwestią takich zebrań jest również jego aspekt kulinarny, zwykle w takim sezonie mocno nacechowany akcentami ajerkoniakowymi i sernikowymi. O ile w przypadku Bożego Narodzenia repertuar wypieków mamy dość stabilny i wszelkiego rodzaju wariacje to albo efekt przypadku (i zakupów bez kartki) albo wypadków (rozpadnięty biszkopt, połamane kruche spody), tak Wielkanoc zwykle jest czasem różnych eksperymentów. Raczej nie pieczemy warstwowych ciast wymagających przygotowania kilku osobnych blatów (z prostej przyczyny - logistyka tego zadania sprawia, że jeszcze przed wyjściem po składniki rozważam czy na pewno mam na to ochotę), dlatego święta są dobrą okazją do poćwiczenia takiego wypiekowego origami.

W tym cieście jest wszystko. Jeśli jeszcze Wam może tęskno za klimatem Bożego Narodzenia, ale wyglądacie już trochę wiosny, a najlepiej to lata - przekrojenie tego ciasta odkrywa po kolei każdą z warstw odpowiadających (przynajmniej moim) skojarzeniom z poszczególnymi porami roku. Jest tutaj i makowiec, i sernik, i szarlotka. Wszystko otoczone od spodu i góry kruchym ciastem i posypane cukrem pudrem.
To ciasto ma miliard kalorii. Ma cukier puder, mak z puszki, pszenną mąkę przełożoną posłodzonym serem, choć i tak z dzieliłam na pół ilość sugerowaną przez autorkę. Jest przy tym również tak pyszne, tak babcine w charakterze i przywodzi na myśl tyle dobrych wspomnień, że spróbowawszy go po raz pierwszy na dobre zapomina się o sukience w rozmiarze xs, która nadal czeka w szafie na lepsze czasy. 


Kruche ciasto z serem, makiem i jabłkami
Kruche ciasto:
3 żółtka
100g masła
100g margaryny
100g cukru pudru
400g mąki pszennej
3-4 łyżki śmietany 18%
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Mąkę wysypać na blat, dodać posiekane zimne masło i margarynę. Dodać żółtka, śmietanę, cukier puder i proszek do pieczenia, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto. Podzielić na dwie części, jedną upiec w dużej blaszce na złoty kolor (ok. 15-20 minut). Drugą część ciasta podpiec przez ok. 5-10 minut, do momentu gdy nabierze lekko rumianej barwy. Następnie: na upieczony i lekko ostudzony spód wyłożyć masę makową - ja używam gotowej. 
Masa serowa:
5 jajek
100g masła
100g cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
500g sera (może być zmielony, wiaderkowy)
W mikserze utrzeć masło z cukrem pudrem. Jajka rozdzielić, z masą utrzeć tylko żółtka. Dodać ser oraz mąkę ziemniaczaną, utrzeć na gładką masę. Ubitą pianę z białek dodać do masy serowej, delikatnie wymieszać i wyłożyć na masę makową. Piec przez około 50 minut w temperaturze 180 stopni Celsjusza.
Masa jabłkowa:
1 kg jabłek
1 galaretka pomarańczowa
Jabłka umyć i obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Prażyć do miękkości, następnie dodać galaretkę i wymieszać, jeszcze przez chwilę smażyć. Autorka oryginalnego przepisu zaleca co prawda dodanie do masy jeszcze 100g cukru - wiele zależy tutaj od wybranych przez Was owoców. Słodkie nie wymagają dodatku słodzika, tym kwaskowym czasem przyda się jeszcze trochę cukru.
Montaż:
Gotowe ciasto powinno wyglądać tak:
- kruche ciasto
- masa makowa
- masa serowa
- masa jabłkowa
- kruche ciasto
Wierzch można potraktować polewą czekoladową lub tuż przed podaniem posypać cukrem pudrem.


Na pełnoziarnistej mące pszennej, bez pustych kalorii i wcale nie bez sensu

Chyba jak każdy miewam takie etapy, kiedy stwierdzam, że powinnam więcej ćwiczyć i lepiej jeść. Zauważyłam, że występowanie takich momentów dziwnie zbiega się w moim życiu z chwilami, kiedy cierpię na nadmiar czasu i mam ten moment w ciągu dnia, by porozciągać się z Jillian zamiast paść w płaszczu na łóżko i obliczać w myślach ile też czeka mnie snu, jeśli uda mi się wyłączyć dosłownie w tym momencie. Po pierwsze, jak każda początkująca w pewnych kwestiach osoba spędzam mnóstwo czasu na (mentalnym również) przygotowaniu do takich manewrów kuchennych. Po drugie, zwykle podczas pierwszego zajrzenia do szafki stwierdzam, że z pożądanych składników posiadam co najwyżej świeży mielony pieprz. A po trzecie, bądźmy szczerzy, za bardzo lubię puszysty biszkopt przełożony masą z gorzkiej czekolady, cukru i śmietany. Niestety.
No dobrze, mniejsza o to, nie każdy spożywa olej palmowy i cukier z dodatkiem kakao wprost ze słoika. Można również przy lodówce spożyć takie ciasto i gwarantuję Wam, że ochota na słodkie mija na długi, długi czas. 
Czekoladowo-orzechowy tort z awokado i orzechami laskowymi
Ciasto:
2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
ok. 150 ml wody
100g cukru demerara
5 łyżek gorzkiego kakao
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 średnie, dojrzałe awokado
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
90g zmielonych orzechów laskowych
200g mąki pełnoziarnistej (użyłam pszennej)
1 czubata łyżka oleju kokosowego (roztopiony)
Awokado rozgnieść widelcem, a następnie umieścić w misie miksera. Dodać wodę i ekstrakt z wanilii, miksować na gładką masę. Wymieszać razem wszystkie suche składniki (przesiać kakao) poza cukrem. Stopniowo dodawać do awokado, miksować do uzyskania gładkiej masy (można dodać więcej wody, jeśli ciasto będzie zbyt suche, powinno być nieco gęstsze od standardowej masy na ciasto ucierane). Dno dwóch tortownic o średnicy 20-21cm wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować delikatnie olejem. Podzielić masę na pół, upiec dwa ciasta - będzie to trwało ok. 30-35 minut, do suchego patyczka. Zostawić do wystygnięcia.
Czekoladowy krem z awokado:
szczypta soli
60g gorzkiego kakao
1 bardzo dojrzałe awokado
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
do dosłodzenia: ok. 100g cukru pudru / 3 łyżki miodu / kilka dużych daktyli medjool
Awokado, przesiane kakao, ekstrakt z wanilii, sól oraz dowolny słodzik zmiksować na gładką masę - krem powinien przypominać standardową masę do przekładania tortu, być bardzo delikatny i puszysty. Mi taki efekt udało się uzyskać za pomocą miodu i odrobiny cukru pudru - można też zmielić cukier demerara.
Montaż:
Wystudzone blaty przełożyć częścią masy i posypać w środku drobno posiekanymi uprażonymi orzechami laskowymi. Posmarować tort masą z wierzchu i tuż przed podaniem posypać grubo siekanymi orzechami.






Bakalie mają moc! Zdrowe desery z Agnex

Luty 2017 - najlepsze książki

Luty nie był najlepszym czasem pod względem konstruowania postów – zwłaszcza tych literackich – a udało mi się przeczytać jednak kilka całkiem niezłych książek, które chciałabym Wam polecić. 

Pierwszą z przeczytanych i wartych polecenia była Inna Dusza Łukasza Orbitowskiego. Trafiła do mnie w postaci e-booka, a dzięki długiemu i starannemu błądzeniu między regałami bibliotecznymi została przeczytana w wersji analogowej. Sama fabuła intryguje i przyciąga, bo złem wszelkiej postaci (zwłaszcza ukrytym pod płaszczem dobra) fascynują się chyba wszyscy. Opisane w książce zdarzenia miały miejsce w latach 90., pozostaje zatem tylko się zastanawiać czy współcześnie sprawca miałby szansę jeszcze coś dla siebie na tej sytuacji ugrać zostając kryminalnym celebrytą. To, co jest dla mnie jednak w tej książce najlepsze, to jej lingwistyczna warstwa – opowieść prowadzona jakby z dwóch stron, rozwijająca się równolegle, ale ukazana w diametralnie inny sposób. Lata 90. pamiętam całkiem dobrze i owszem, miały swój urok (doskonale się skakało w gumę w obcisłych legginsach przy Britney Spears narzekającej przy wtórze połowy szkoły, że czuje się samotna), który w tej książce również udało się autorowi świetnie oddać.

Krótką lekturą, która zresztą trafiła do mnie przez polecenie na Instagramie było opowiadanie Daniela Keyesa, Kwiaty dla Algernona. Z jakiegoś powodu nigdy nie trafiłam na tę opowieść, a to niezwykle wzruszająca historia (i niechże samo to, że używam tutaj słowa wzruszające, którego chyba organicznie nie cierpię), która skłania do przemyśleń i pozostaje w pamięci na długo po zamknięciu okładki. Książka jest wręcz hipnotyzująca – nie sposób jej odłożyć na bok, nie przeczytawszy całości. W kontekście kilkusetstronicowych opowieści, z których wyciągnąć można po długim namyśle zwięzły i miałki morał, ta króciutka opowieść pozwala rozważyć wiele rozmaitych aspektów pod zupełnie innym kątem.

Lutową lekturą była też powieść Cecelii Ahern, Love, Rosie. Obecnie mam wrażenie, że z najwyższego stopnia podium dla najpopularniejszych autorek kobiecej literatury Ahern została zepchnięta przez Jojo Moyes, a po tę akurat pozycję z jej dorobku udało mi się sięgnąć dopiero teraz – kiedy zdołano już wydać film, i który to film udało mi się w międzyczasie obejrzeć. Z tego co pamiętam jest między tymi dwoma historiami spory rozdźwięk, ale tuż po zapoznaniu się z książką chyba powtórzę raz jeszcze spotkanie z Lily Collins (always a pleasure, zwłaszcza kiedy występuje w towarzystwie Sama Claflina). Powieści o losach Rosie chyba jednak poświęcę osobny wpis, bo czekając na tę książkę od przeszło roku byłam pewna, że czeka mnie albo absolutna fascynacja książką albo spektakularne rozczarowanie.

Jedną z najciekawszych przeczytanych w lutym książek były Absurdy PRL-u autorstwa Piotra Lipińskiego i Michała Matysa. Podchodziłam do książki raczej ostrożnie, po moim ostatnim bolesnym starciu ze „Skandalami PRL-u” (tudzież czegoś w tym rodzaju, w każdym bądź razie miało być skandalicznie – a wyszło jak zawsze). Popularność tej absurdalnie barwnej w swej szarości epoki jest ostatnimi czasy wyjątkowo rentowna, co skutkuje pojawianiem się licznych związanych z nią publikacji. Problem w tym, że większość z nich rzuca na ten czas światło niezwykle ciepłe i pozytywne, wydobywając z sytuacji tak absurdalnych, że aż fascynujących, pozytywne tony. Są tutaj historie lekkie - możemy się dowiedzieć dlaczego w Poszukiwany, Poszukiwana z taką pieczołowitością „badano zawartość cukru w cukrze”. Dlaczego brakowało absolutnie wszystkiego, ze słynnym papierem toaletowym na czele. Historie pozwalające zajrzeć w życie codzienne przeciętnego Kowalskiego są jednak swego rodzaju preludium (a potem antraktem) w realnych dramatach. I to jest właśnie ta część, dzięki której ta książka zdobyła mój wielki szacunek – śmiech przez łzy z octu na półkach zastępuje tutaj przerażenie i niedowierzanie. Opresyjna rzeczywistość Polski Ludowej była o wiele bardziej brutalna, brzydka i bezwzględna niż prezentuje się to często w telewizji czy materiałach prasowych. Chętnie sięga się po przeszłość absurdalną, bo łatwo można ją wyśmiać i wytknąć jej niedoskonałości – trudniej jednak opisać żywą rozpacz, dramat rozdzielonych rodzin i problemy o wiele bardziej przekraczające trudność wynikającą z wystawania pod sklepem po telewizor. 
Najważniejsze jednak jest to, że stanowiąc swoiste kompendium, książka skłania do samodzielnego zgłębiania tematu. To umożliwia też znajdująca się na końcu kompleksowa bibliografia. Bez wątpienia będzie to jedna z moich ulubionych książek dotyczących tego tematu – obiektywna, rzetelnie napisana opowieść oparta na wiarygodnych źródłach. Oby było takich więcej.

Zaczęłam od morderczego tematu, to i morderczym tematem skończę – ostatnią przeczytaną w lutym książką była Aorta Bartosza Szczygielskiego. W pierwszych słowach wypadałoby pogratulować tak udanego debiutu. O książce słyszałam już całkiem sporo, do sięgnięcia po nią skłonił mnie także tytuł (bo to szalenie wdzięczne słowo) i ciekawość spowodowana umiejscowieniem powieści; mając do wyboru Warszawę i jej niedalekie okolice, gros pisarzy przenosi jednak bohaterów do metropolii. Okazuje się jednak, że i w Pruszkowie dużo się dzieje (jakby nie było o tym od dość dawna wiadomo). O ile ostatnio książki z kategorii kryminału jakoś miały tendencje do rozczarowywania, Aorta od początku do samego końca wciąga, intryguje i uniemożliwia odłożenie książki na bok. Jest to też rezultatem bardzo sprawnie prowadzonej narracji; w książce bowiem kolejne rozdziały pozwalają nam na spojrzenie na rozwój zdarzeń z perspektywy dwójki pozornie niepowiązanych ze sobą bohaterów, Kasi i Gabriela. Fabuła jest prowadzona w sposób – wydawałoby się – bezwiedny, ale uważny czytelnik zauważa wszystko. To trochę tak jak z filmami, w których mnóstwo jest niedopowiedzeń i kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce między sekwencjami pełnymi akcji i dramatycznych zmian. Piękna to zatem książka o okrutnym temacie, której bohaterowie nie są kompletnie pozbawieni kontaktu z rzeczywistością. Paradoksalnie to właśnie te ułomności i słabości bohaterów sprawiają, że są bardzo wyraziście zarysowani i wzbudzają w czytelniku pewne uczucia – nie są tylko niewyraźnymi postaciami plączącymi się w tle. A jest to jednak, jak zaobserwowałam w ostatnim czasie, trudna sztuka.  

Podsumowując -  pod względem literackim to dobry miesiąc był. Niezbyt często bowiem zdarza się, żebym miała ochotę polecać każdą książkę, po którą sięgam, a tak właściwie stało się w tym przypadku (ponadto przeczytałam jeszcze jedną, która nie znalazła się w tym zestawieniu, a może warto jednak o niej wspomnieć, choćby w nawiasie: Projekt Matka, który może trafi do mnie bardziej na innym etapie życia). Trudno mi nawet wybrać tę ulubioną powieść, bo na finałowym podium mam niesamowity tłok.