sobota, 17 września 2016

Zmiany zmiany

Fuzja Smaków już od dawna nie jest tym miejscem, którym była na początku. Sześć lat to szmat czasu, a mniej więcej tyle minęło od momentu, kiedy zaczęłam tutaj coś publikować. Nic nie jest takie samo; jestem na takim etapie życia, na którym jedni ludzie intensywnie pracują nad znalezieniem swojej drugiej połówki i odszukaniem swojego miejsca na ziemi, a drudzy gorąco wierzą w to, że uda im się zmienić świat. Nie należę ani do jednej, ani do drugiej grupy, bo wybrawszy całkiem pewnie swoją ścieżkę w wieku lat 18, kilka lat później stwierdzam, że nie wiem, czego chcę. Dylemat, który większość moich rówieśników przeżywała przed maturą, u mnie pojawił się długo, długo później.
Nie publikuję tutaj, bo wszystko, o czym miałabym akurat ochotę napisać, jakoś w ostatnim czasie nie jest związane z jedzeniem. Nie pełni już ono dla mnie tak fundamentalnej roli w życiu, nadal lubię coś upiec, nadal lubię poszukać czegoś nowego, ale opieram się coraz częściej na tym, co lubię najbardziej i na rzeczach najprostszych – świeżym, pszennym chlebie, esencjonalnym rosole, mocnej herbacie i gorzkiej czekoladzie. Dlatego Fuzja się zmienia. Nadal będzie Fuzją Smaków, ale teraz tych trochę innych – kulinarnych, literackich, muzycznych. Posty zamieszczane na dwóch odrębnych blogach od tej pory będą znajdowały się w jednym miejscu – właśnie na Fuzji.
Towarzyszyliście mi tutaj przez tyle lat, więc będzie mi tym bardziej miło, jeśli ze mną pozostaniecie. Jeśli książki, muzyka gatunków wszelkich i okazjonalne gotowanie nie są tym, co Anglicy zwą your cup of tea, było mi niezwykle miło, że tutaj zaglądaliście. Może z ciekawości co jakiś czas jeszcze tu wpadniecie. Z tego bloga raczej nigdy nie będzie imperium (bo w ciągu sześciu lat, przy odrobinie dobrych chęci i przedsiębiorczości, zapewne już by mi się to udało), ale może będzie emanowało ciepło, i będzie tu można przysiąść w towarzystwie dobrej książki i herbaty z pomarańczą i zawsze tą jedną łyżeczką soku malinowego za dużo.

Między postami jestem tutaj:
 INSTAGRAM

niedziela, 14 lutego 2016

Szarlotka w drożdżach czyli bułki piekielne

Drożdżowe wypieki podobno albo się upiec potrafi, albo nie. 
Nie wydawało mi się jakoś, że to możliwe, dopóki nie podjęłam dziesiątek prób upieczenia ciasta ucieranego. Każde jedno które wyciągałam miało pięknie wypieczoną skórkę i skrywało równie śliczny zakalec, w związku z czym ich pieczenie było wybitnie nieekonomiczne. Założyłam zatem, że to wina piekarnika (w innym nawet zakalcowate brownie zrobiło się tak cudownie pulchne, że przestało być brownie) i zaprzestałam podejmowania prób. Jedyny piekarnik, który nadałby się do ciasta ucieranego znakomicie, w chwili obecnej pełni już od jakiegoś czasu rolę szafki nocnej. Mistrzostwo prowizorki idzie u mnie w linii prostej w genach.
Zdolność do wykorzystywania zatem taśmy naprawczej we wszystkich domowych naprawach jest całkowicie uzasadniona. Zdolność do upieczenia ciasta drożdżowego, które wychodzi z blaszki i traci swój piękny kształt, jest też genetyczna i nie mogło chyba być inaczej, skoro od całkiem niedawna wiem, jak głęboko zakorzeniona była w mojej rodzinie tradycja piekarska.
Wypiekami w naszej rodzinie zajmowali się mężczyźni, bo to oni prowadzili piekarnię. Do dziś przetrwały już tylko wspomnienia i pamięć starszych mieszkańców miasteczka o najlepszych pączkach, które można było tam właśnie dostać. Mi nie było dane ich spróbować, przepisu nikt nie pamięta, nie udało mi się go też odnaleźć w czasie żadnej z licznych eskapad w głąb przepastnych regałów i stosów książek. Może to jednak tłumaczyć dlaczego moje ciasto drożdżowe rośnie nawet w przeciągu, przy włoskiej rodzinie energicznie wyrażającej swoje zdanie, w chaosie, w zimnie, zamieszane niechlujnie ręką prawą, lewą, obiema, w dowolnym kierunku. Zwykle ma tendencje do wychodzenia na blat gdy kończy się miejsce w pojemnikach, w których powinno grzecznie wyrastać, w 99% przypadków nieomal wciąga do środka ściereczkę, którą jest przykryte, a ponad połowa wypieków nieco przybiera w piekarniku i ma formę grzyba atomowego wypełniającego bardzo ściśle wszystkie zakamarki blaszki.
Drożdżowe bułki z jabłkami i orzechami włoskimi
na podstawie: Joy the Baker
Ciasto:
1 kg mąki +100g mąki 
500ml mleka
100ml oleju
120g cukru
szczypta soli
2,25 łyżeczki drożdży instant
1/2 łyżeczki sody +1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Mleko, olej oraz cukier podgrzewamy na wolnym ogniu do momentu rozpuszczenia cukru. Można użyć dowolnego oleju, który nie ma charakterystycznego smaku - w moim przypadku był to olej rzepakowy, ale równie dobrze sprawdzi się rozpuszczony kokosowy. Sprawdzamy, czy mieszanina nie jest zbyt gorąca, po czym posypujemy po wierzchu drożdżami - zostawiamy na kilka minut. Powinny zacząć rosnąć. Zasypujemy mleko z dodatkami przesianym kilogramem mąki, kilka razy mieszamy niedbale drewnianą łyżką i odstawiamy do wyrośnięcia na około godzinę. W tej chwili ciasto nie będzie w ogóle przypominało ciasta, a raczej budyń - o dziwo, tak właśnie być powinno. Po godzinie ciasto powinno co najmniej podwoić swoją objętość. W czasie wyrastania ciasta zajmujemy się jabłkami i kruszonką.
Po wyrośnięciu ciasto wyciągnąć na podsypaną mąką powierzchnię, dodać odłożone 100g mąki, szczyptę soli, sodę i proszek do pieczenia. W kwestii proszku... w moim przypadku to była 1/4 łyżeczki proszku i szczypta sody. Nie okiełznałabym tego ciasta na takiej ilości dopalaczy. Zagniatamy ciasto - w swojej ostatecznej formie powinno być gładkie i nieklejące.
Jabłka
ok. 700g miękkich, średnio soczystych jabłek
1/2 łyżeczki cynamonu
Jabłka myjemy, obieramy i kroimy w dość dużą kostkę. Dusimy z cynamonem przez ok. 15-20 minut na wolnym ogniu, potem zestawiamy. Jeżeli wasze jabłka nie są słodkie lub wolicie słodsze wypieki (ciasto jest mało słodkie, więc można dodać więcej cukru do owoców), dodajcie jeszcze cukier.
Kruszonka
Masło
Mąka pszenna
Cukier trzcinowy
Posiekane orzechy włoskie
W palcach rozkruszyć zimne masło, dodać mąkę pszenną, cukier trzcinowy i grubo posiekane orzechy włoskie. Zagniatać razem do osiągnięcia pożądanej formy. Proporcje w moim przypadku po prostu są na oko... ale z przepisów to zwykle 100g masła, ok. 70g mąki i tyle samo cukru. Jeżeli widzę, że któregoś składnika mi brakuje, po prostu dodaję go więcej. 
Montaż
Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 36x24 cm. Na cieście ułożyć jabłka i posypać połową kruszonki. Ciasto zwijamy wzdłuż krótszego brzegu, układając gotową zawiniętą roladę na łączeniu. Moje ciasto podzieliłam na ok. 15 plastrów, które następnie ułożyłam w blaszce posmarowanej delikatnie masłem. Po wierzchu posypać resztą kruszonki i piec do zrumienienia - w moim przypadku było to ok. 40-50 minut, podejrzewam że w przeciętnym piekarniku czas ten skróci się o +- 10 minut.
Bułki doczekały się tego piekielnego przydomka, bo w wyniku manewrów kuchennych z sześciu talerzyków, które widzicie na zdjęciach, zostało pięć. W ciągu ostatnich pięciu lat unicestwiłam tylko trzy rzeczy - dwie szklanki, drogą zalania ich wrzątkiem (kiedy w dłoni zostawała mi pięknie odcięta górna część, a denko - w zlewie) i Ikeową miskę pojemności idealnej do posiłków wieczornych, w fantastycznym błękitnym kolorze. To była jedna ze skorup takiej grubości, że ma się (mylne, jak się okazuje) wrażenie, że ich stłuczenie jest niemożliwe. 
Wydaje mi się jednak, że chyba tylko stłuczenie pamiątki rodzinnej potrafi doprowadzić nawet najbardziej zrównoważoną osobę do skrajnych nawet nie tyle emocji, co uczuć.




czwartek, 31 grudnia 2015

Czarny las połamany

Długie nieobecności mają to do siebie, że nie wiadomo potem w którym punkcie człowiek się znajduje.
Niby się znamy, ale już nie do końca. Twarze jakby te same, ale wszystko pod spodem jakoś się poprzestawiało. Znajdzie się ten jeden wspólny temat, o którym można było zawsze rozmawiać godzinami, a potem po kilku minutach ożywionej dyskusji pojawia się niezręczna cisza. I choć powinnam już chyba nabierać z wiekiem wprawy w prowadzeniu takich rozmów i w takich spotkaniach, każde jedno zawsze jest inne. Budzi tak różne emocje, choć zawsze jest pełne niepokoju. Znamy się jeszcze, czy odpłynęliśmy już za daleko? Co się wydarzyło w ciągu ostatniego półtora roku? Jak zmieścić - nawet w kilkugodzinnych spotkaniach - pięćset dni życia?

Moje 500 ostatnich dni to dużo przyglądania się z dystansu wszystkiemu, co działo się dookoła. Komfortowe miejsca z daleka od wszystkiego i wszystkich są bardzo wygodne - równie szybko jednak można się przekonać, że jest tak tylko do pewnego momentu. A potem wychodzenie z tej strefy komfortu jest tak trudne, że już sama myśl o tym zdaje się nas przerastać.
Ostatnimi urodzinami, które szczególnie obchodziłam, były te osiemnaste. A to było już chwilę temu, choć przysięgam że tamtej nocy wydawało mi się że wszystko pozostanie już takie, jakim postrzegałam je wtedy - gdy ścieżki chwilowo się wyprostowały, gdy tego jednego dnia chodząc po trzeszczącym śniegu myślałam, że mogę wszystko. Pomyślałam zatem, krojąc, odrywając, składając, przyklejając - że może to dobry dzień. Pół roku (pół roku!!) temu obiecałam na Facebooku, że jeszcze się tu pojawię.
A mój słomiany zapał ma niestety to do siebie, że zgodnie z zasadą zero tolerancji obejmuje absolutnie wszystkie sfery życia.
Ten tort miał być czarnym lasem, ale tak jak słomiany zapał chętnie anektuje wszystko, czego się podejmuję, tak chęć poprawienia tego, do czego już faktycznie się zabieram, sprawiła że czarny las jakoś tak całkiem znacznie przybrał. Nie ma tu puryzmu kulinarnego, bo w moim lesie jest i jasny biszkopt, i ciemny biszkopt, i masa z gorzkiej czekolady, są powidła i konfitura z wiśni też. To nie jest tort na dietę ani na tę zimę, którą mamy teraz, bo zjedzenia nieprzyzwoicie dużego kawałka tego wypieku nie da się uzasadnić tym, że mamy przykładowo -10 stopni i pogrubiona warstwa izolacyjna jest mi niezbędna by w ogóle zacząć myśleć o wychodzeniu na zewnątrz.
Tort czekoladowy z wiśnią - model 2.3
Biszkopt jasny
4 jajka
1/2 szklanki mąki
1 szklanka cukru pudru
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
Żółtka z proszkiem do pieczenia wymieszać w miseczce do wyrośnięcia. Białka ubić z cukrem pudrem. Wyrośnięte żółtka (powinny przypominać piankę) dodać białek. Następnie dodać przesiane mąki i delikatnie wymieszać. Biszkopt wlać do okrągłej tortownicy (papierem do pieczenia wykładamy tylko dno, nie wykładamy ani nie smarujemy ścianek) i piec przez 20-25 minut. Po wyjęciu z piekarnika rzucić z wysokości kolan na złożony koc, zostawić w piekarniku do ostygnięcia.
Biszkopt czekoladowy
5 jajek
1 szklanka cukru
2 łyżeczki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 budynie czekoladowe bez cukru
Budyń wyspać do szklanki, dodać kakao, wypełnić do pełna mąką pszenną. Jajka rozdzielić, żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia i odstawić. Białka ubić na sztywno z odrobiną soli, następnie z cukrem. Do ubitej piany z białek dodać wyrośnięte żółtka, przesiane suche składniki ze szklanki. Delikatnie wymieszać, wlać do tortownicy (d=26cm) gdzie jedynie dno wykładamy papierem do pieczenia, a boków nie smarujemy tłuszczem ani nie osypujemy bułką tartą. Piec ok. 20 minut, dla rozładowania przedświątecznego napięcia zrzucić z wysokości kolan na złożony w kilkoro koc ułożony na podłodze. Ostudzony biszkopt przekroić na pół. 
Przygotowując tort należy uwzględnić fakt, że masę czekoladową należy przygotować dzień wcześniej. W całej swojej niecierpliwości nigdy nie sprawdzałam, czy jest zjadliwa przygotowana tego samego dnia - podejrzewam że nie, a jest na tyle dobra, że nie warto eksperymentować.
Masa czekoladowa
100g masła
100g cukru pudru
300ml śmietany 36%
300g gorzkiej czekolady
Połamaną czekoladę, śmietankę, masło i cukier umieścić w rondelku, na małym ogniu rozpuścić i zagotować, stale mieszając by się nie przypaliła. Gdy masa zacznie bulgotać należy ją odstawić i pozostawić na całą noc (nie chować do lodówki). Kolejnego dnia jedynie zmiksować przed przełożeniem, nie dodając już żadnych dodatkowych składników.
Montaż i dodatkowe składniki
Powidła śliwkowe (1 słoik)
Konfitura wiśniowa (1 słoik)
 500 ml śmietanki 36% + usztywniacz + 2 łyżki cukru pudru
Polewa czekoladowa
Postępujemy tak:
Z biszkoptów zdejmujemy delikatnie bezę z wierzchu - dzięki temu gotowe ciasto nie będzie się rozwarstwiać. Potem przekrawamy je na pół; jasny biszkopt można ewentualnie zwilżyć bo zwykle jest dość suchy. Ubijamy śmietanę.
Ciemny biszkopt jest bazą; na nim rozkładamy 3/4 masy czekoladowej. Układamy na nim połowę jasnego biszkoptu, wierzch smarujemy całym słoiczkiem konfitury z wiśni. Na wiśniach rozkładamy ok. 1/3 bitej śmietany. Przykrywamy ciemnym biszkoptem i smarujemy ok. 3/4 słoiczka powideł. Na wierzch rozkładamy pozostałą 1/4 masy czekoladowej i przykrywamy jasnym biszkoptem. Wierzch ciasta pokrywamy równomiernie bitą śmietaną. Dekoracja zależy od Was - ja bawiłam się akurat w choinki (wygląda jak wygląda, moja koncepcja jest taka że bliżej temu do niesławnego Czerwonego Lasu niż do Czarnego akurat), można zostawić równie dobrze samą śmietanę. Nikt nie zauważy, gwarantuję.



I found solace in the strangest place
Way in the back of my mind
I saw my life in a stranger's face
And it was mine

I had a one-way ticket to a place where all the demons go
Where the wind don't change
And nothing in the ground can ever grow
No hope, just lies
And you're taught to cry in your pillow
***

I had made every single mistake
That you could ever possibly make

I took and I took and I took what you gave
But you never noticed that I was in pain
I knew what I wanted; I went in and got it
But I survived
I'm still breathing,
I'm Alive.