Cytrusowe tartaletki

Owocowe tarty nie są chyba w moim przypadku tym, co Anglicy nazywają your cup of tea. Właściwie to mogłyby one dla mnie nie istnieć i nie sądzę, bym odczuła ich brak w jakikolwiek dotkliwy sposób - nawet owoce na maślanym kremie nie wywołują we mnie odczuć równie ekstatycznych co ciastka Oreo w czekoladowym kremie na czekoladowym spodzie. Myślę, że pora się przestać tym samym wreszcie oszukiwać, że nadejdą jeszcze w moim życiu dobrowolne czasy kruchych spodów na komosie ryżowej, z dwóch prostych powodów: 1) nie potrafię (za pojedynczymi przypadkami) tego upiec, 2) ze wszystkich warstw upieczonej ostatnio pro-zdrowotnej krajanki najbardziej smakowała mi daktylowa pasta pod gorzką czekoladą. Spód przypominał wizualnie, co słusznie zaobserwował inż., materiał budowlany. Podobnie smakował, nie żebym miała jakieś doświadczenie w spożywaniu cementu.
W temacie tart z owocami jednak, zwykle nie poświęcam im zbyt wiele uwagi, a wybierając coś do upieczenia na weekend zwykle wygrywa drożdżowe ciasto. Tartę (z bezą i masą przygotowaną zgodnie z przepisem) wypróbowałam po raz pierwszy latem 2013/2014 roku (pamięć to jednak zawodny sprzęt) -  pracuję wśród osób, które mają nieco szersze horyzonty kulinarne (ukłony w kierunku Marty). I jakkolwiek nie spodziewałam się, że coś podobnego może mi się spodobać (bo z Key Lime Pie mamy już napięte relacje), pudrowo-cytrusowo-kwaskowy smak tej tarty wygrał wszystkie letnie wypieki wypróbowane tamtego lata. 
Sama jednak zdecydowałam się na mniejszą formę, czyli tartaletki - są poręczniejsze, łatwiej je podzielić i przetransportować. Zrezygnowałam też całkowicie z jajek w masie (a tym samym z bezy) - zamiast masy cytrynowej postawiłam na lekki, orzeźwiający krem. Dla mnie są idealne.
Jedyny problem z tymi tartaletkami jest taki, że w porze zimowej - kiedy cytrusy są najlepsze - są zdecydowanie za bardzo orzeźwiające. W porze letniej, kiedy fantastycznie chłodzą i są doskonałą alternatywą dla ciężkich ciast - trudno o dobre cytrusy.
za kwestią smaku
spód:
1 żółtko
150 g mąki
szczypta soli
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki zimnej wody
100 g zimnego masła
Mąkę wymieszać z cukrem i solą. Dodać posiekane masło, zagnieść, następnie dodać wodę i żółtko, zagnieść gładkie, nieklejące się masło. Schłodzić przez godzinę w lodówce. Następnie foremki wysmarować delikatnie masłem, wyłożyć je ciastem i piec do zrumienienia - w zależności od piekarnika między 15 a 25 minut. 
masa cytrusowa:
100 g masła
125 ml wody
60 ml soku z pomarańczy
2 łyżki mąki ziemniaczanej
125 ml soku z cytryny (2 cytryny)
skórka otarta z dwóch cytryn (sparzonych wrzątkiem)
Wycisnąć sok z cytryny i pomarańczy, przecedzić przez sitko. W rondelku z grubym dnem zagotować sok, wodę, skórkę z cytryny, mąkę ziemniaczaną i cukier. Masę zestawić z ognia i dodać pokrojone na małe kawałki masło. Mieszać bezustannie do połączenia wszystkich składników i zgęstnienia. Masę wyłożyć na kruche ciasto - można podawać od razu.
To chyba mój ulubiony przepis spośród tych, które tak bezpośrednio kojarzą mi się z latem. Mało tu jednak wspomnień toskańsko-lazurowooceanicznych, bo mi akurat przywodzą na myśl jedne z pierwszych letnich miesięcy spędzanych w dużym mieście, zapach rozgrzanego asfaltu i ulice zalane gęstym, popołudniowym słońcem, w którym każdy poruszał się po wyjściu z pracy jakby trochę wolniej. Zima ma swoje plusy - jednak letnia golden hour, gdy temperatura jest już mniej dokuczliwa, ale po wyjściu z budynku człowieka nadal otula przyjazne ciepło, jest bezkonkurencyjna. 

1 komentarz:

  1. Takie małe słoneczka. W sam raz w takie dni, kiedy słońce chowa się za chmurką ;)

    OdpowiedzUsuń