Cinco de Mayo - słowem, każdy pretekst jest dobry, by zjeść awokado

Cinco de Mayo niekoniecznie jest świętem dotykającym Amerykanów bezpośrednio, ale niespecjalnie im to przeszkadza w obchodzeniu go ze szczególnym rozmachem. Każda okazja do rozpalenia grilla, przygotowania ilości jedzenia stosownych dla wojska i spożycia pseudopiwa o wdzięcznej nazwie Corona jest w końcu dobra, by zgromadzić wokół siebie bliskich. Kultura latynoska jest też w narodzie amerykańskim zakorzeniona tak silnie, że nawet urzędujący współcześnie prezydent nie zdoła jej wyrwać. Na lotniskach położonych w stanach na południu o wiele łatwiej jest uzyskać informacje posługując się hiszpańskim, a w niektórych sieciówkach tylko pojedyncze osoby wspinają się na wyżyny swoich zdolności interpersonalnych i sięgają do anglojęzycznego leksykonu. Fraza "Yo hablo español" spotyka się z powszechnym uznaniem i otwiera wiele, wiele drzwi. Poza tymi oczywistymi trudnościami, Ameryka byłaby pośrodku dzikiego stepu bez ukochanych nachos (najlepiej zalanych plastikowym serem z tubki), guacamole, a kuchnia Tex-Mex zostałaby tylko Tex-, przez co zapewne na suchym steku by się zaczynała i równie szybko w tym miejscu kończyła. 
Wrodzona sympatia do awokado skłoniła mnie już w tym roku do upieczenia go w cieście z orzechami laskowymi i przerobienia na krem czekoladowy z bananem. Jak się zatem zapewne domyślacie, nie mogłam przejść obojętnie obok takiego pomysłu. A że pogoda nie sprzyja temu, żeby podejmować działania typu fit, przepis nie jest fit, tym bardziej nie po moich modyfikacjach. 
Sałatka
1 puszka kukurydzy
1 duże, dojrzałe awokado
100g startego żółtego sera
garść posiekanego szczypiorku
250-300g wysmażonego boczku
kilka posiekanych gałązek kolendry
250g ugotowanego makaronu (wybrałam Farfallini)
Sos:
4-5 łyżek majonezu
świeżo zmielony pieprz
2 łyżeczki soku z cytryny
1/2 łyżeczki papryki chilli w proszku
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
1-1,5 łyżeczki sosu (Hot Chilli lub Sriracha - użyłam tego drugiego)

Wszystkie składniki połączyć - awokado najlepiej pokroić w kostkę i od razu delikatnie skropić cytryną. Delikatnie wymieszać z ostudzonym makaronem. Wszystkie składniki sosu wymieszać, doprawić do smaku. Wymieszać, odstawić na co najmniej pół godziny do lodówki.


Znalazłam wreszcie chwilę czasu, by napisać kilka słów o przeczytanych w marcu książkach (i powinnam chyba już zabrać się za podsumowanie kwietnia) – a warto! Choć niewiele w tym stosiku było nowości. 

W końcu udało mi się zacząć serię książek Katarzyny Puzyńskiej – do serii w dalekim stadium zaawansowania zwykle zniechęca mnie fakt, że ich chronologiczne czytanie jest mocno utrudnione przez np. brak aktualnie niezbędnej mi części w bibliotece albo kosmiczny czas oczekiwania w kolejce. Odkąd mam czytnik jest to dużo prostsze, bo serie mogę przechowywać w całości pod ręką i sięgać po książki w dowolnej chwili - zaczęłam zatem od Motylka i był to początek zaskakująco dobry (a debiut nawet doskonały). Przede wszystkim wyraźnie zarysowane jest tutaj tło obyczajowe, chwilami miałam wrażenie, że wręcz dominuje nad intrygą kryminalną – to po części zaleta, bo książka w ten sposób doskonale oddaje klimat małomiasteczkowej mentalności, ale ilość tych wątków była nieco przytłaczająca. Bohaterów jest wielu - są to za to postaci dobrze zarysowane, zapadające w pamięć (może poza główną bohaterką), sam wątek kryminalny poprowadzony jest sprawnie, choć trudno w pewnym momencie oprzeć się przekonaniu, że coś nam umknęło i daliśmy się autorce sprowadzić na manowce celem wzbudzenia późniejszego zaskoczenia. Niemniej jednak jest to lektura ciekawa, a przede wszystkim bardzo wciągająca – każdy kolejny podrozdział kończy się w taki sposób, że nie podobna książki odłożyć.
Może w kolejnej części uda mi się za to bardziej przekonać się do Weroniki; za dużo w jej historii typowych cliché i historii opowiedzianych już tyle razy, że kolejna przeprowadzka na wieś do zrujnowanego dworku zaczyna mi trochę zbyt intensywnie pachnieć naiwnością.

Zupełnie inny nurt literacki to Odnalezieni Anny Kamińskiej. Autorka porusza temat, który w Polsce nadal wzbudza skrajne uczucia. Mało się mówi o adopcji, mało się mówi o poszukiwaniach własnej rodziny – w tej książce za to otrzymujemy możliwość przyjrzenia się 12 odmiennym historiom związanym z odnalezieniem i poznaniem biologicznego rodzeństwa. To dobrze skonstruowana językowo i rzetelnie przygotowana pozycja, która pozwala na poznanie ludzkich reakcji w sytuacjach często wykraczających poza nasz własny zakres poznania. Są w niej momenty wzruszające zrównoważone trudnymi rozczarowaniami, są historie podnoszące na duchu i te pozbawiające wszelkich złudzeń. Choć autorka podnosi trudny temat, czyni to w sposób bardzo delikatny i pozwala, by mówili przede wszystkim rozmówcy, sama stając się jedynie transparentnym towarzyszem konwersacji.
Trudno mi też nie wspomnieć o okładce, bo uważam wydanie książki za jedno z najlepszych, jakie miałam ostatnimi czasy w ręku. Dawno nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że samo zdjęcie umieszczone na przedzie książki jest aż tak bardzo wymowne w odniesieniu do jej treści, będąc równocześnie tak subtelnym w swojej dosłowności.

Jedną z najważniejszych marcowych pozycji jest autobiograficzna książka napisana przez Hyeonseo Lee, Dziewczyna o siedmiu imionach. Mam ostatnimi czasy wrażenie, że zaistniało nadzwyczajne zapotrzebowanie na literaturę i fotoreportaże dotyczące Korei Północnej. O ile kraj ten widziany oczyma obcokrajowców zawsze zdumiewa, tak możliwość spojrzenia z perspektywy osoby wychowanej w reżimie po prostu poraża. Korea Północna stała się teraz takim miejscem, jakim dekadę temu był Czarnobyl (i Prypeć) – bardzo odległym, wzbudzającym zaciekawienie równoważne głębokiemu przerażeniu, niezwykle niedostępne i dlatego tak bardzo kuszące jako cel wypraw. Sięgnęłam po tę książkę przeczytawszy uprzednio Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit autorstwa Suki Kim (która była opowieścią nie tyle nieciekawą, co po prostu średnio sprawnie napisaną) i prawdę mówiąc, z dość dużą nieufnością podchodziłam do książki napisanej przez Hyeonseo. Niesłusznie – to książka, która daje wgląd w pełne spektrum absurdu i niesprawiedliwości rządzących życiem Koreańczyków z północy. To opowieść, która wzrusza, przeraża, porusza i skłania do przemyśleń; trudno było w pewnym momencie uwierzyć, że nie jest to fikcja literacka, a po prostu chronologiczny zapis zdarzeń wyjęty z życia jednej osoby. Czyta się tę historię jednym tchem, podążając za autorką przez meandry jej życia. Nie znamy Korei i niewiele o niej wiemy – ale ta książka uchyla nieśmiało pewne drzwi i pozwala zajrzeć z wysokości wzniesień nad Hyesan w świat tak odmienny od naszego. Lektura obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej tym tematem, bo ukazuje szeroką rangę problemów, z którymi styka się osoba, której i tak cudem udało się opuścić granice własnego kraju. 

Marzec zamknęła lektura Everest. Na pewną śmierć. Nie do końca jest to moja tematyka, nie interesuje mnie nawet na tyle wspinaczka (co dopiero wysokogórska), by zapewne zaczytywać się w książkach o tej tematyce na poziomie dogłębnego przeżycia, ale jakieś przeżycia podczas lektury były. Głównie niemożliwe do ogarnięcia zdumienie, że postać tak kreskówkowo przerysowana jak Beck Weathers istnieje naprawdę. Podzieliłabym tę książkę na trzy części – pierwsza od razu uderza czytelnika wprost, intryguje, kolejne strony przewraca się z niezwykłym zapałem, chcąc odkryć kolejne fakty dotyczące tej jednej fatalnej wyprawy na Everest. Później, przez kolejne dwie części, jest już tylko tendencja spadkowa i zanurzanie się w osobistych rozterkach oraz retrospekcjach. Samej wyprawie poświęca się tutaj mało miejsca, jest to dość pobieżny opis pasujący raczej do nieco bardziej rozbudowanej strony internetowej niż publikacji w książce; być może jednak intencją autora było właśnie bardziej ukazanie jego przemiany, własnych duchowych doznań i przewartościowania swojego życia. I to ma pewien sens, bo napisanie drugiej opowieści poświęconej w całości wyprawie byłoby powtarzaniem wszystkiego, co zdołał już na ten temat powiedzieć Jon Krakauer. Z perspektywy technicznej nie jest z pewnością napisana w sposób porywający, ułożenie trzech odrębnych części jest również co najmniej zdumiewające – nie mam pojęcia czyim zdaniem rozdział o własnym dzieciństwie miałby zaintrygować czytelnika na tyle, że poznawszy historię o zdarzeniach ze szczytu Everestu nie odłoży już książki na półkę. Przeczytałam tę książkę głównie dlatego, że nadal jestem na etapie nieodkładania książek raz zaczętych (i z chęci porównania literackiej historii z filmem z 2015), ale Beck Weathers czym dalej w książkę, tym bardziej stawał się irytujący - nawet gdy podejmowałam wszelkie próby zrozumienia i usprawiedliwienia różnych decyzji próbą uwolnienia się od przemożnego smutku. Margaret „Peach” Weathers powinna za to chyba zostać kanonizowana.