Najlepsze bagietki.

Maj jak na razie jest duszno-deszczowy, z przewagą jednego z wcześniej wymienionych w zależności od tego zakątka kraju, w którym się aktualnie znajdujecie. 
Deszcz z reguły nie kojarzy mi się z niczym złym (no dobrze, ta jedna ulewa po której rozpadły mi się ulubione baleriny nie do końca mi się podobała, ale pewnie gdybym przezornie nosiła parasol to nie miałabym takich problemów) i nie do końca prawdą jest też, że deszcz od razu uniemożliwia wszelkie przyjemne majowe działania działkowo-ogrodowe.
Pewnie, że rozpalenie grilla na balkonie najpewniej zakończy się interwencją straży (miejskiej lub pożarnej), a w najlepszym przypadku nienawiścią sąsiadów. Ale można zawsze wejść do środka, a z powodu deszczu i obniżonej temperatury przygotować sobie coś całkiem nie-letniego i nie-lekkiego. Takie bagietki na przykład.
Z pewnych powodów przestałam odwiedzać sklep, w którym się w nie zaopatrywałam najczęściej, stąd też chciałam upiec je sobie w domu. Wyszły o stokroć lepsze. 
To jedna z tych rzeczy które stanowczo w przepisie nakazują podawać gorące, a prawda jest taka, że dawno nie ma po nich już śladu zanim zdołają ostygnąć na dobre.
Ciasto:
1 szklanka letniej wody
1 łyżka miodu
paczka drożdży instant
1 łyżeczka soli
3 niepełne szklanki mąki pszennej*
szczypta suszonych ziół prowansalskich
Postępujemy jak z typowym ciastem drożdżowym: w miseczce rozpuszczamy drożdże z miodem w niewielkiej ilości wody, odstawiamy na chwilę. Powinno po chwili się ruszyć, wtedy dodajemy rozczyn do mąki wymieszanej z solą i suszonymi ziołami. Ciasto zagniatamy aż będzie gładkie i nieklejące (ręcznie to może zająć kilka[naście] minut ;-) Odstawiamy na jakąś godzinę, do podwojenia objętości. Potem uderzamy pięścią, ciasto dzielimy na dwie równe części, formujemy podłużne bagietki. Gotowe układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wstawiamy do piekarnika na ok. 20 minut. W tym czasie przygotowujemy masło:
*w oryginalnym przepisie jest mąka chlebowa - ja użyłam klasycznej, pszennej - i były fantastyczne. Nie zaszkodzi im, jeśli nie macie pod ręką chlebowej.
3 łyżki masła
2-3 ząbki czosnku (to zależy od tego, jak bardzo daleko będziecie potem od siebie siedzieć po spożyciu)
i przygotowujemy ok. 8-10 plastrów żółtego sera, pokrojonego w kratkę
Masło powinno być miękkie, żeby potem je łatwo połączyć z czosnkiem. Czosnek przeciskamy przez praskę, ucieramy na pastę. Do posmarowania bułek wyjętych z piekarnika potrzebne nam będzie masło albo bardzo mocno miękkie, albo płynne. 
Po 20 minutach wyciągamy bułki, smarujemy wierzch masłem i wstawiamy jeszcze na 5-7 minut do piekarnika, aż się zrumieni.
Potem, jeśli jesteście cierpliwi, odstawiacie bułki na ok. 15 minut do ostygnięcia. Jeśli nie jest to Wasza najlepsza cecha, a do tego macie ręce z azbestu, możecie pokroić gorące bagietki. Ja tak właśnie uczyniłam, stąd też wizualnie nie prezentują się najlepiej...ale mniejsza o to. Nacięcia smarujemy masłem i wtykamy w nie żółty ser (ja zwykle dawałam pół plastra, przekrojone jeszcze na pół). I jeszcze raz do piekarnika, do stopienia sera. I wprost na stół ;-)

8 komentarzy:

  1. No co ty, jak dla mnie i tak wyglądają bardzo dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ulubione bagietki mojego synka. :) Z masłem czosnkowym. :)Piękne!

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszą być przepyszne: ))

    OdpowiedzUsuń
  4. Pychotka! *.*
    Bagietki z ciągnącym serem - idealnie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciepła bagietka z ciągnącym się serem - to istne niebo w gębie :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej!
    Zapraszam do mnie na bloga!:)

    Dopiero zaczynam swoją przygodę z blogowaniem, ale może kiedyś znajdziesz u mnie coś ciekawego.

    www.paczekwkuchni.blogspot.com

    Zapraszam! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. ser , czosnek..bagietka...cudo!

    OdpowiedzUsuń