Wesołych.

Dzisiaj będą tylko zdjęcia
Wesołych Świąt Wam życzę.
Spokojnych i rodzinnych.
A tymczasem, tak właśnie było u Nas...



A jeśli spędzicie te święta na stoku, to życzę Wam bezpiecznych, białych Świąt i powrotu w jednym kawałku ;)



Krucho-drożdżowe z marmoladą.

Mam wrażenie, że pieczenie pomaga na wszystko. Trochę tak, jak Twoja ulubiona piosenka którą słyszysz, podkręcasz głośność, tańczysz, przypominasz sobie wszystkie najlepsze chwile i świat przez te trzy - cztery minuty jest piękny. 
Z pieczeniem jest tym lepiej, że zajmuje uwagę na dłuższy czas. Więc mając świadomość tego, że za oknem znów pada śnieg ( a w myślach już posadziłam surfinie na balkonie), chaos do którego zdołałam się na chwilę przyzwyczaić zamieni się w jeszcze większy chaos (zawsze wydaje mi się, że to już niemożliwe) jak również że nie mam pojęcia co zdarzy się jutro i co mam dalej zrobić ze swoim życiem (oprócz faktu, że muszę nabyć semestralny bilet na wszystkie linie, żeby nie zostać bez środków do życia przed upływem najbliższego tygodnia). I o dziwo, zawsze robi się lepiej kiedy z piekarnika wyciąga się blachę pełną ciasta, drożdżowych rogalików, kruchych ciastek, czekoladowych muffinek czy czegokolwiek innego co wypełnia dom cudownym zapachem i co można pożreć w nieprzyzwoitych ilościach żeby poprawić sobie humor.
A może to też dlatego, że prawidłowe zagniecenie drożdżowego ciasta wymaga takich nakładów siły, że to trochę jak codzienny trening i wyzwalają się różne substancje które czynią nas automatycznie szczęśliwszymi. Najlepszą zatem kombinacją jest upieczenie ciasta z czekoladą, słuchając w tym czasie swojej ulubionej muzyki. Działa. Rogalików upiekłam w swoim życiu setki, a zjadłam chyba tysiące. Tym razem nie wykorzystałam przepisu na topione ciasto z którego zwykle korzystam; z tego wychodzą równie pyszne krucho-drożdżowe rogaliki, które nadziać można i marmoladą, i czekoladą, i orzechami. Cokolwiek wam przyjdzie do głowy i cokolwiek macie pod ręką.
1/2 kostki margaryny
1/8 szklanki mleka
4 łyżeczki cukru
2 szklanki mąki
2,5 dag drożdży
szczypta soli
1 jajko
W letnim mleku rozkruszyć drożdże i wymieszać je z cukrem. Zostawić rozczyn do wyrośnięcia; w tym czasie w misce wymieszać mąkę, sól i jajko. Margarynę (miękką - nie rozpuszczoną) posiekać na mniejsze kawałki i dorzucić do mąki. Kiedy zaczyn zacznie nam rosnąć, przelewamy do go miski i zagniatamy gładkie, lśniące ciasto. Zostawiłam je do wyrośnięcia na ok. pół godziny. Potem dzielimy ciasto na kilka części, rozwałkowujemy, odcinamy od dużego talerza okrąg i dzielimy go na osiem trójkątów. Nadzienie układamy przy zewnętrznej krawędzi, a potem zwijamy. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia albo folią aluminiową, wkładamy na 20 minut do piekarnika rozgrzanego do 180°C. Po ostudzeniu oprószamy cukrem pudrem - albo i nie.

Por, kurczak i ryż. Nadal w klimatach klasycznych

Rosół ma zalet na pęczki, a najważniejszą jest chyba to, że ugotowanie sporych ilości zupy zapewnia nam automatycznie obiady na następne trzy dni. I to całkiem różne. Rosół można przerobić na wszelkiej maści zupy, w tym kremy (nie sposób tu nie wspomnieć o sztandarowym poniedziałkowym daniu jakim jest pomidorowa - u nas zawsze z lanym ciastem) a oprócz tego pozostawia nas z całkiem potężną ilością gotowanego mięsa. 
Do potrawek z kurczaka część osób podchodzi raczej nieufnie (zakładam że to ta część, która została skatowana tym wybitnym daniem na stołówkach szkolnych/szpitalnych/przyzakładowych) a część, tak jak ja, nie posiada z nim żadnych wspomnień i pewnego pięknego dnia postanawia zutylizować mięso w taki właśnie sposób. Kompletnie nie wiem skąd ten pomysł. A może to kwestia tego, że wróciłam na trzy tygodnie do domu i znów czuję się trochę tak, jakbym była w liceum i wszystko było trochę lepsze.
Wygrzebałam z Nigellowej Kuchni przepis na potrawkę z kurczaka i mocno go zmodyfikowałam; głównie dlatego że miałam już ugotowane mięso i marchewkę. W oryginalnym przepisie był również groszek.
Zieloną część pora kroimy w krążki. Na patelni roztapiamy masło, wrzucamy pora i dolewamy kilka łyżek wody. Solimy, zostawiamy pod przykryciem aż zmięknie. Kurczaka kroimy w paski (wcale nie chcę też powiedzieć, że potem się rozleci), dodajemy ugotowaną fasolkę szparagową, pokrojoną w kostkę marchewkę z rosołu i chili. Całość zalewamy resztą rosołu (to ma być ok. 300-350ml zupy, nie więcej), doprowadzamy do wrzenia. Dorzucamy sproszkowane chili i musztardę (najlepsza to Dijon), całość mieszamy.
Potrawkę Nigella poleca podawać albo z ziemniakami, albo z ryżem - wybrałam drugą wersję. Smakowało zaskakująco dobrze. Może nawet trochę jak comfort food.

Back to basics, czyli rosół

Spędziłam tu prawie trzy lata, a w międzyczasie nie pojawił się przepis na rosół. 
Więc, przy okazji gotowania go parę dni temu, przypomniałam sobie że w dawnych czasach które miały miejsce cztery lata temu i kiedy nie-do-końca potrafiłam ugotować rosół nie wykonując przy tym stu dwudziestu telefonów alarmowych do Mamy, nie mogłam nigdzie w Internecie znaleźć sensownego przepisu na rosół. To znaczy przepisy były. A każdy jeden uświadamiał mi coraz bardziej, że gotowanie rosołu to zdolność niemalże wrodzona a sama produkcja zupy jest tak intuicyjna, że nie wymaga podzielenia się z mniej zaawansowanymi wiedzą tajemną. A jak się okazało, rosół nie polega na wrzuceniu do garnka mięsa z wodą i warzywami.
Tu będzie pewnie dużo tekstu, którego połowa z Was nie przeczyta, bo umie już ugotować rosół i opowieścią o nim poczujecie się znudzeni. A jakaś niewielka część osób zapewne poczuje się urażona oczywistymi uchybieniami w tworzeniu wielebnego niedzielnego rosołku i udzieli mi w tym temacie reprymendy. 
Otóż na przykład, podobno najlepszy rosół wychodzi z mieszanego mięsa, czyli z kurczaka i dajmy na to, wołowiny. A dla mnie najlepszy rosół na świecie to ten z samego kurczaka, albo z duużą przewagą drobiu. 
Zatem na rosół po mojemu bierzemy podwójny filet z kurczaka. Oczyszczone i opłukane mięso umieszczamy w garnku średniej wielkości (umówmy się że pojemności mniejszej niż 5 litrów) i wlewamy tyle zimnej wody, by przykryć mięso i jeszcze +- 3cm ponad. Wrzucamy dwa-trzy ziarna ziela angielskiego, cztery - pięć ziarenek pieprzu, połowę większego lub jeden mały listek laurowy, łyżeczkę soli/vegety/czegokolwiek chcecie.
Zostawiamy do zagotowania, i kiedy zorientujemy się że tak się właśnie stało (w moim przypadku zwykle jakieś pół godziny po fakcie) dorzucamy do wywaru warzywa. A jeszcze wcześniej zbieramy szumowiny. Potrzebne nam będą:
2-3 średnie marchewki
1 średnia pietruszka
mały kawałek selera
spora część pora - zielona
Umyte i obrane warzywa wrzucamy do zupy, ponownie doprowadzamy do wrzenia i przykręcamy gaz na tyle, by zupa wciąż się gotowała, ale nie gwałtownie. I pozostawiamy na te dwie do trzech godzin, co jakiś czas do niego zaglądając.
Rosołowi nie zaszkodzi też dorzucenie niewielkiego suszonego grzybka, a dla koloru - opalonego nad płomieniem kawałka cebuli. 
Rosół najlepiej smakuje z domowym makaronem (jak zawsze, 1 żółtko na 100g mąki, a potem po całym zagniataniu ciasta możecie pominąć swój wieczorny trening dla ramion) albo z domowymi lanymi kluskami.
Lane kluski to 1 jajko +mąka w ilości wystarczającej, żeby masę zagęścić. Ciasto wrzucamy łyżeczką lub łyżką na gotującą się osoloną wodę (i ona zaiste ma się gotować) i gotujemy przez 3-5 minut. Odcedzamy i jemy.