Talerz pełen słońca. Jarski Piątek #11

Lipiec nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Przemija czas najwyższych temperatur, największej beztroski gdy daleko do wszystkich obowiązków. Czas przecieka przez palce, dzień za dniem tak podobny do siebie, każdy jeden zaczyna się i kończy prawie tak samo. 
Dni wypełnione szelestem książek, muzyką tak dobrą, że nieomal można wyczuć jak przepływa w żyłach, wspomnieniami tego co było, nadziejami na to co będzie i beznadziejami dnia dzisiejszego. Dni odmierzane kolejnymi blachami z ciastem, wypróbowanymi przepisami, zapisanymi na skrawkach ulotek przepisami. 
Z ciągłym niedosytem; wspomnień, emocji, rozmów, wspólnych wyjść, godzin w kuchni liczę na nagły zwrot. Wciąż chcąc więcej.
Więcej słońca na nadchodzący tydzień zaklinam talerzem pełnym słonecznej zupy Nigelli.
Więcej słońca na nieboskłonie i w duszy.

Ja nie użyłam pomarańczowej papryki, i nie wykorzystałam mrożonej kukurydzy o jakiej mówiła Nigella w oryginalnym przepisie. W naszych warunkach łatwiej jest jednak dostać zapuszkowaną...

Na deszcz. Chlebek bananowy Sophie Dahl.

Sophie Dahl i jej bananowy chlebek kojarzą mi się z jesienią. A nawet jeśli nie z jesienią, to z deszczem.
Po raz pierwszy trafiłam na jej program w telewizji jakimś późnojesiennym popołudniem, i pamiętam że był poświęcony Melancholii (bądź smutkowi?) a sama Sophie była w tych melancholicznych nastrojach tak ciepła i urocza, że nie sposób było się dłużej dołować. Wniosek z tego jest taki, że powinnam sobie aplikować pannę Dahl z jej książkami i programami zawsze, gdy jest mu smutno.
Chlebki jako takie też zaczęłam piec pewnej jesieni. Było marchewkowe ciasto, było żurawinowe ciasto herbaciane, na samym końcu - ten pyszny, bananowy klasyk. 
Tradycję kontynuować można łatwo latem, gdy banany przejrzewają w ekspresowym tempie. Przyniesione do domu, perfekcyjnie wybarwione na zamaszystą żółć bez najmniejszej skazy w ciągu jednej nocy przechodzą taką transformację, że bliżej im do rodzynek.
Wtedy trzeba podjąć drastyczne środki, podziabać delikwenta widelcem i przerobić na chlebek.
za Liską, oczywiście
4 bardzo dojrzałe banany
150 g brązowego cukru
1 jajko, rozbełtane
75 g miękkiego masła
1 cukier waniliowy
170 g mąki
szczypta soli
1 łyżeczka sody

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Podłużną formę o długości 23 cm posmarować masłem i posypać tartą bułką lub mąką.
Banany rozgnieść widelcem, połączyć z cukrem, jajkiem, masłem i wanilią.
Mąkę wymieszać z solą i sodą i dodać do bananów. Dokładnie wymieszać.
Wlać do formy, wstawić do piekarnika i piec godzinę.

First World People Problems. Norwegian Wood is too short.

Jarski Piątek #10 - Letnia klasyka, pierogi z owocami

Jest chłodno i pada deszcz.
Wreszcie nastąpiło upragnione ochłodzenie. Obudziłam się wczoraj rano i dotarło do mnie, że w końcu nastąpił tak długo wyczekiwany rześki poranek. Chłodne powietrze wpadało przez uchylone okno. Jeden plus.
Spędziłam cały dzień w kuchni. Z przerwami na fejsa. I książki. Jest w tej monotonii pewna metoda; jest radość z tego, że nigdzie się nie spieszę (przynajmniej do września), że przestawiłam się na swój ulubiony Bat-Mode wakacyjnego życia, że dni upływają mi między wyciąganiem z piekarnika kolejnych blach pełnych ciastek lub muffinek a wypożyczaniem kolejnych książek. 
Jest też letnie jedzenie; kupuję maliny w ilościach, w jakich nigdy wcześniej ich nie spożywałam. Mam już sto pomysłów na to, co jeszcze z nimi zrobić, i kilka już zrealizowanych. Są pierogi z owocami, które tak lubię jeść w jasnych ubraniach by potem chodzić z soczystymi dowodami zbrodni na podkoszulku dopóki nie spojrzę w lustro...
Lato to z roku na rok coś innego, ale zawsze ma kilka wspólnych elementów. Lato to cztery wycieczki do biblioteki w ciągu jednego tygodnia. Lato to nieskończone ilości kulinarnych eksperymentów. Lato to niezliczone partie scrabbli online. To seriale do trzeciej nad ranem i bieg na targ tuż po dziewiątej, rozmemłanym, ale byle zdążyć zanim wszyscy się zwiną.
To pierogi, najlepsze na świecie. Robione przez Mamę.
Ciasto:
1 żółtko
1 łyżka oleju
3 szklanki mąki
+gorąca woda
Suche składniki wysypać na stolnicę. Przygotować gorącą wodę; ma być gorąca, do tego stopnia by na początku zagniatanie ciasta było możliwe tylko przy pomocy noża. Składniki połączyć, najpierw przy pomocy noża, siekając - potem rąk. Wody należy dodać tyle, by ciasto było konsystencji ciastoliny. 
Jako wkład stosujemy dowolne owoce - truskawki, jagody, maliny...jakiekolwiek sezonowe, a Wasze ulubione. Ciasto rozwałkowujemy, wykrawamy z niego dowolnym okrągłym przyrządem o dowolnej średnicy (szklanka, wieczko...obojętnie) koła, na środku umieszczamy nadzienie i zalepiamy. W przypadku owoców dokładność zalepienia ma kluczowe znaczenie :-)
Pierogi wrzucamy na gotującą się wodę, i od momentu wypłynięcia na powierzchnię gotujemy ok. 2 minut. Wyciągamy, podajemy ze słodką śmietanką albo same...i jemy. Do wypęku.
Sezon na owoce w końcu nie trwa zbyt długo?

Muffiny z malinami i białą czekoladą

To znów ten dzień, gdy nie wiadomo co napisać.
Nie ma sensu pisać o tym, że jest gorąco, bo wszyscy wiedzą że jest. Chociaż ostatnio słupek rtęci spada niebezpiecznie do okolic 25 stopni, pora wyciągać sweterki.
Mogłabym napisać o tym, że grałam dzisiaj w Scrabble leżąc beztrosko na kocu i nie myśląc o mieście, które czekało na mnie ze swoimi mackami życia w biegu tuż za bramą parku. I uświadomiłam sobie tym samym, że najprostsze przyjemności są najlepszymi.
Mogłabym znów o koncercie, ale chyba tylko tych, którzy tam byli nie daję rady zadręczyć setnym filmem i tysięcznym zdjęciem. Od niedzieli próbuję sklecić relację na drugi blog. Ale jest za dużo słów, za dużo myśli, jak zawsze gdy przydarza mi się coś niesamowitego. Myśli wyprzedzają palce biegnące po klawiaturze, wychodzą z tego kilometrowe zdania składające się w jeszcze większy chaos.
Będzie sucho i na temat. O muffinach z malinami i białą czekoladą, które są nieprzyzwoicie ciężkie, wilgotne i pyszne równocześnie. Z lekko chrupiącymi płatkami migdałowymi na wierzchu. 
1 jajko
50g masła
225ml mleka
300g pszennej mąki
150g brązowego cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
+ 150g malin
100g białej czekolady
W jednej misce łączymy przesianą mąkę, cukier brązowy i proszek do pieczenia. W drugiej rozbijamy jajko, dodajemy mleko, ekstrakt z wanilii i rozpuszczone, przestudzone masło. Mokre składniki dodać do suchych. Na końcu dodać maliny (można podzielić je na pół) oraz posiekaną białą czekoladę. Delikatnie wmieszać owoce i czekoladę do masy. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, wypełnić je do 3/4 wysokości, ewentualnie posypać po wierzchu płatkami migdałowymi. Piec ok.30 minut w 200°C.


a na koniec, no nie mogę się powstrzymać. Wybaczcie!
...i ja tam byłam, klaskałam, i mam do dziś zakwasy ;)