Chleb, który nie może się nie udać. Prosty pszenny chleb z oliwą

Z chlebem jest trochę inaczej niż ze zwykłymi wypiekami. Najprostszy chleb to w sumie mieszanina mąki, drożdży, wody i odrobiny soli. Wymieszane, wyrośnięte i wstawione do piekarnika "zwykłe ciasto" budzi nagle tyle emocji, gdy nazwiemy je chlebem. Nie znam osoby, która piekąc swój pierwszy chleb byłaby pozbawiona wątpliwości. To pierwsze pieczenie zawsze niesie ze sobą tyle różnych emocji - począwszy od ekscytacji z odtwarzania czegoś we własnym domu, potem kiedy po domu zaczyna rozchodzić się zapach, aż w końcu gdy przychodzi pora wyjęcia chleba z piekarnika. To taka nieszkodliwa magia, którą można czynić w domu. Zawsze jest lęk, że się nie udało, i nadzieja, że wyrósł jak szalony. Nie znam niczego przyjemniejszego w pieczeniu od dźwięku, który wydaje chleb kiedy się w niego zastuka. Ani od zapachu świeżo wypieczonego bochenka, z chrupiącą skórką. Tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z pieczeniem chleba polecam z czystym sumieniem ten przepis. Wymaga tylko nieco cierpliwości podczas oczekiwania aż wyrośnie - i niczego więcej.  Uzyskany wypiek jest bardzo delikatny, z przyjemną, chrupiącą skórką i nadaje się do jedzenia zarówno ze słonymi jak i słodkimi dodatkami. 
na podstawie Easy White Bread
2 łyżeczki soli 
500g pszennej mąki
7g suchych drożdży
350ml letniej wody
 2,5 łyżki oliwy z oliwek
Mąkę przesiać, dodać do niej drożdże oraz sól. Starannie wymieszać, aby rozprowadzić równomiernie drożdże. W mieszaninie zrobić zagłębienie, wlać wodę i oliwę. Zagniatać ciasto aż będzie gładkie i nieklejące (może się okazać, że trzeba będzie podsypać je mąką). Ciasto przełożyć do naoliwionej miski, przykryć czystą ściereczką i odstawić do wyrośnięcia aż podwoi objętość (zwykle zajmuje to około 1 godziny do półtorej, w zależności od ciepłoty miejsca w którym wyrasta). Po upływie tego czasu ponownie zagnieść ciasto i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 22cm. Ponownie nakryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę. Po upływie tego czasu wierzch chleba oprószyć mąką i naciąć tak, aby rozcięcia uformowały krzyż na górnej powierzchni chleba. Odstawić do wyrośnięcia jeszcze na pół godziny. Do rozgrzanego piekarnika wstawić naczynie żaroodporne z wrzącą wodą i kiedy zacznie parować, wstawić do środka chleb. Piec ok. 30-40 minut, do momentu w którym postukany od spodu bochenek wydaje głuchy odgłos.
 

Letnie orzeźwienie - Key Lime Pie

Key Lime Pie to kwintesencja lata, upału i wszędobylskiej wilgoci w powietrzu. Nie byłoby tego ciasta, gdyby nie oddalony od lądu o długość mostu siedmiomilowego Key West, ani bez braku lodówek i świeżego mleka.  Nikt tak naprawdę nie wie, kto je wynalazł. Mówi się o "ciotce Sally" jak również o lokalnym poławiaczu gąbek, który jako pierwszy wymyślił to ciasto. Teraz jest to jeden ze znaków rozpoznawczych Key West. Można powiedzieć nawet, że wyspę ogarnęło swoiste "Key Lime Pie'owe" szaleństwo, bo wszystko o zapachu, smaku i kolorze ciasta atakuje z wystaw sklepowych wzdłuż deptaków i uliczek rzadziej uczęszczanych - od smoothies i limenady począwszy, na kosmetykach skończywszy, lawirując po drodze gdzieś pomiędzy ciastem na patyku (!).  Z ciekawostek można dodać, że Key Lime Pie jest prawnie uznane za oficjalne ciasto stanu Floryda - a także że próbowano wprowadzić ustawę, zgodnie z którą nazwanie wypieku do którego nie użyto limonek Keys (odmiany o drobniejszych i bardziej okrągłych owocach) jako "Key Lime Pie" będzie złamaniem prawa. Ustawa nie przeszła ;-) Ale rajskie ciasto można spotkać w każdej kawiarence na Key West.
 Pierwszy kawałek Key Lime Pie jadłam właśnie tam, w jego ojczyźnie. Przywiozłam go do domu na rowerze, w plastikowym pudełeczku opatrzonym logo The Blond Giraffe. Było zaskakujące. Słodkie, ale jednocześnie orzeźwiające. Słodkie na tyle, że po kilku łyżeczkach miało się dość, a jednocześnie działające  kojąco na rozpalony i nieprzyzwyczajony do tropikalnych temperatur europejski organizm. Niedawno sprawdzając parę miejsc, w których byłam odkryłam smutny fakt - kryzys zmusił The Blond Giraffe do zamknięcia ich "Key Lime Pie Factory", uhonorowanego nagrodami i chyba najpopularniejszego miejsca sprzedającego ciasto na wyspie.
Wszystko, co jest potrzebne do przygotowania Key Lime Pie to trzy składniki - limonki, słodzone mleko skondensowane i jajka. Ponieważ Key West swego czasu nie miał połączenia ze stałym lądem (które teraz stanowi  Most Siedmiomilowy, łatwiej było dostać mleko skondensowane od świeżego. Limonki odmiany Keys rosły na każdym kroku (jak i większość cytrusów na wyspie) a kury zapewne były wtedy najpopularniejszym zwierzątkiem domowym, skoro obecnie mają tam swoisty immunitet (kura na skrzyżowaniu rzecz święta). Dawniej ciasto nie było pieczone - dzięki zachodzącej między skondensowanym mlekiem a kwasowym sokiem z limonek reakcji masa cytrusowa sama się ścinała i nie wymagało to pieczenia. Teraz raczej ze względów bezpieczeństwa spożywa się je po upieczeniu, chociaż wersje mrożone również są dostępne. 
100g masła  
225g ciastek Digestive bez czekolady 
Masa cytrusowa:
4 jajka 
1/2 szklanki soku z limonek 
Otarta skórka z jednej limonki 
400g skondensowanego mleka słodzonego 
Ciastka pokruszyć na drobną masę i połączyć z roztopionym, ostudzonym masłem. Powstałą masą wylepić formę do tarty o średnicy 26cm, podpiec przez około 5 minut w piekarniku.
Limonki sparzyć, zetrzeć z jednej skórkę i wycisnąć sok. Mleko skondensowane przelać do średniej wielkości miski i połączyć starannie z żółtkami jaj. Białka zostawić do wykonania bezy.  Na koniec do masy jajecznej dolać sok z limonek oraz otartą skórkę i mieszać aż do powstania gładkiej, jednolitej masy (poczujecie sami, jak masa się zagęszcza!). Masę wylać na ciasteczkowy spód i zapiekać 20 minut.
Białka jaj ubić na sztywną pianę, dodać cztery łyżki cukru i nadal ubijać do czasu, gdy piana będzie gładka i lśniąca. Wyciągnąć gorące ciasto z piekarnika, na wierzchu dekoracyjnie ułożyć ubitą pianę i wstawić do piekarnika jeszcze na 15 minut, do zrumienienia się bezy. 
Następnie pozostawić do ostygnięcia na kilka godzin (lub nawet wstawić przed podaniem do lodówki) i podawać kompletnie wystudzone. 
P.S. Doskonale wiem, że na zdjęciu jest cytryna. Dostawców w moim mieście przerasta niestety zadanie dostarczenia więcej niż trzech dojrzałych limonek jednocześnie ;)

Najlepsze z najlepszych. Letnie crumble z ananasem, truskawką i bananem

Kiedyś, kiedy odkryłam urok kruszonki wydziubywanej palcami z drożdżowego placka, zaczęłam się zastanawiać, czy da się zrobić dobrą kruszonkę bez ciasta. A potem odkryłam crumble i dotarło do mnie, że owszem - da się. Chrupkość swoją bowiem kruszonka uzyskuje podczas wypiekania, kiedy styka się z owocami. Nie od dzisiaj w końcu wiadomo wszystkim kruszonkowyskubywaczom, że najlepsze jej kawałki na placku drożdżowym z owocami to te, które nasiąkły mocno owocowym sokiem. Dzisiaj będzie najprościej, najszybiciej i chyba najbardziej letnio jak się da.  Wszystko, czego do tego celu potrzebujemy to dobre owoce, trochę mąki, masła i cukru. Dzisiaj będzie zdrowiej i nieco lżej - będą płatki owsiane, brązowy cukier i owocowa fuzja tropików z najlepszą na świecie polską truskawką. 
 Crumble ma jeszcze jedną niewątpliwą zaletę - robi się je dosłownie chwilę, piecze nie dłużej niż pół godziny, a zjada - jeszcze ciepłe i w towarzystwie lodów - w kilka chwil. W dodatku daje tyle możliwości - można je zrobić wykorzystując niemal każde owoce, dorzucając do masy orzechy, które przyjemnie chrupią wśród miękkich owoców. A. No i jest niezwykle fotogeniczne ;-)
na podstawie przepisu z Joy the baker, z moimi zmianami
3 łyżki mąki 
300g truskawek
2 łyżki cukru brązowego  
 1 średniej wielkości ananas 
2 średnie banany (ok. 350g w skórkach)  
Truskawki, banany i ananasa pokroić (ananasa zgodnie z instrukcjami zawartymi tutaj). Owoce wymieszać w misce i zasypać cukrem oraz mąką, starannie wymieszać i odstawić na bok. Przygotować kruszonkę:
100g masła 
1/4 łyżeczki soli 
120g mąki pszennej
50g cukru brązowego 
 200g płatków owsianych górskich
Wszystkie składniki wsypać do miski, rozetrzeć palcami aż powstanie kruszonka. Owoce ułożyć w naczyniu żaroodpornym, zasypać równomiernie kruszonką...
I wstawić do piekarnika na 30 minut, lub po prostu do momentu w którym masa owocowa będzie bąbelkować pod kruszonką. Sugeruję wstawienie naczynia żaroodpornego (swoje crumble umieściłam w jednej średniej wielkości formie oraz trzech ramekinach) na większą, zwykłą blaszkę do pieczenia, bo masa owocowa pomimo mąki ma tendencje do wychodzenia na spacery po piekarniku po bokach foremek ;)


Aa..nanas może! Jak kupić dobrego ananasa i jak go obrać?

Dobry, świeży ananas powinien być w smaku jeszcze lepszy niż te z puszki. Na pewno jeszcze bardziej słodki, chociaż nie pływa w słodkim syropie. Pływa za to w soku, który ścieka po nadgarstkach gdy podejmuje się próbę konsumpcji świeżo pokrojonego owocu. Pierwsze podejście do świeżego ananasa mieliśmy z rodzicami jakieś dziesięć lat temu, kiedy to tego typu egzotyczne owoce można było nabyć w większych miastach, w dopiero rozrastających się sieciowych hipermarketach, i za wyższą cenę niż krajowe owoce (gdy teraz taniej można kupić ananasa czy pomarańcze niż jabłka...). I wtedy na długo się do niego zraziliśmy, bo zakupiony owoc był twardy, łykowaty i podczas jedzenia szczypał w język - a po konsumpcji pozostawił na języku tarkę. Ananas poszedł w odstawkę.
Potem pojawił się Pascal i jego słynna porada z wyrywaniem liści z ananasowego pióropusza. I coś w tym faktycznie jest.
Najczęściej wyszukiwane w Internecie frazy zwykle zaczynają się od Jak... - ja dzisiaj udzielam odpowiedzi na pytanie Jak wybrać i obrać ananasa.
Chociaż właściwie zastanowimy się jak wybrać DOBREGO ananasa.  
Dzieląc się własnym doświadczeniem oraz wypróbowanymi metodami "prób i błędów" - idziemy na zakupy uzbrojeni w płócienną siatkę (jest najwygodniejsza do transportu ananasa, bo jego pancerna skorupka i twardy pióropusz mogą przebić zwykłe plastikowe reklamówki i ananas popełni nam samobójstwo) i trochę pieniędzy. Polowanie rozpoczynamy zgodnie z zasadą obowiązującą na wszystkich wyprzedażach, w second-handach, a którą wpoiła mi moja mama po krótkim szkoleniu przeprowadzonym przez jej przyjaciółkę ;-) mianowicie - PATRZ NA PODŁOGĘ! Na podłodze bowiem najczęściej stoją skrzynki z owocami, które wg. sklepowej obsługi nie nadają się już do spożycia. Otóż nic bardziej mylnego, najlepsze ananasy znajdziemy właśnie tam. Ogólnie rzecz biorąc wypraktykowałam następujące zasady:
  • Skórka ananasa nie może być zielona - chociaż spotkałam się z opinią, że kolor skórki nie ma nic wspólnego z jego dojrzałością. Powinna być lekko brązowawa, barwy mokrego piasku.
  • Ananas powinien być nieco miękkawy pod naciskiem. Jeśli jest zupełnie twardy, będzie niedojrzały.
  • Powąchajcie owoc od spodniej strony - jeśli aromat jest lekko winny, oznacza to że ananas zaczyna się psuć. Sama kupuję takie ananasy, po prostu czasem trzeba je zjeść szybciej i odkroić nieco więcej owocu z jednej strony.
  • Możecie spróbować przeprowadzić test na pióropusz, aczkolwiek jeśli owoc jest już lekko przywiędnięty, wszystkie listki będą się go kurczowo trzymać.
Jeśli wybierzecie już swojego idealnego ananasa, ładujemy go do koszyka, potem do naszej eko-torby i przynosimy do domu.  Można zostawić go na dzień lub dwa, zanim zajmią się nim na dobre muszki-owocówki. Jeśli pewnego pięknego poranka wejdziecie do kuchni i zostaniecie zaatakowani przez chmarę upierdliwych muszek, możecie być pewni, że wasz ananas osiągnął ostateczne stadium dojrzałości i jest gotowy do spożycia.
Zatem...
JAK PRZYGOTOWAĆ ANANASA? 
Potrzebne narzędzia: deska do krojenia i ostry, długi nóż. Opcjonalnie również przyrząd do wycinania gniazd nasiennych z jabłek.
Aby zacząć, układamy ananasa w pozycji horyzontalnej i odcinamy mu stanowczym ruchem pióropusz ( z częścią owocu) oraz dolną część (tą, na której stoi). Jeśli wasz owoc zaczął się już psuć, może zajść konieczność obcięcia większej części.
Następnie obieramy wycięty środek ze zdrewniałej skóry. Czynimy to obcinając jednym ruchem z góry na dół, na stojącym w takiej pozycji jak na zdjęciu poniżej owocu skórę o takiej grubości, by na obranym ananasie nie pozostawały brązowe kropki. W nich mogą zdarzyć się sterczące igiełki i napotkanie takiej podczas konsumpcji nie jest niczym przyjemnym.
Ciach ciach...
Ewentualne resztki skóry - właśnie te drobne brązowe kropki, warto jest wyciąć mniejszym nożykiem. Są naprawdę twarde... 
Konieczne jest także wycięcie zdrewniałego środka z ananasa, który jest na tyle twardy, że zjedzenie go jest niewykonalne, a na pewno niezbyt przyjemne. Można do tego celu użyć zwykłego noża o długim ostrzu, jednak znacznie łatwiej można to zrobić przy pomocy przyrządu do wycinania gniazd nasiennych z jabłek.

Skoro przebrnęliśmy już przez teorię, jutro zapraszam was na egzamin praktyczny - zrobimy ze świeżego ananasa coś naprawdę dobrego ;-) 

Ostatnie podrygi - jogurtowa krajanka z rabarbarem i orzechowym karmelem. I technika.

Facebook ma to do siebie, że oprócz spełniania podstawowej funkcji - pomagania ludziom w nawiązywaniu kontaktu (i tym samym upośledzania naszej naturalnej zdolności do szukania go w rzeczywistym świecie), ma tysiące stron, nie tylko reklamujących konkretnego producenta czy produkt. Są też te, które lubię najbardziej, a do których zapisuję się "bo robię to samo" albo "faktycznie tak jest...".  Należę do kilku(nastu) takich grup, w tym do jednej, którą polubiłam najbardziej - Making up nicknames for people you don't know but see all the time. Musicie tutaj powstrzymać się od mimowolnego okrzyku oburzenia i zamknięcia strony. Albo nie musicie, ale bardzo bym chciała, żebyście przeczytali ciąg dalszy ;) Przydomki, które ludziom nadaję, nie mają nigdy charakteru złośliwego lub wrednego. Mają zwykle rodowód literacki, filmowy, kulturowy bądź muzyczny, głęboko zresztą zakorzeniony w podświadomości ogólnej. I nie jest to również tak, że całymi dniami siedzę w oknie wypatrując swojej potencjalnej ofiary. Pewnych ludzi po prostu da się zakwalifikować do konkretnej kategorii i czasem trudno jest zwalczyć w sobie ten stereotyp.
Przydługawy ten wstęp prowadzi do kolejnej przydługawej opowieści. Wpisując tytuł, szukałam dobrego określenia na kończący się sezon rabarbarowy. I padło na "ostatnie podrygi" a w głębi mojej głowy od razu odbiło się "...zdechłej ostrygi". To powiedzonko natomiast, dość zabawne, wtłoczył mi do głowy pewien Pan, z którego to rodziną przez absolutny przypadek przebywaliśmy dwa lata temu w jednym hotelu na wakacjach w Turcji. A że hotel był kameralny i mały, a rodaków w nim tyle, co właśnie w naszej grupie - natomiast zachowanie Pana już pierwszego dnia nasunęło konkretny przydomek - tak mi się wzięło na wstęp o facebookowych grupach i "lajkach". I wtedy też pomyślałam, że istniejąca już od roku (!) Fuzja Smaków nie ma też własnej strony na facebooku. Jak widać (mam nadzieję, że widać) po prawej stronie, już ma. Można klikać!
Jogurtowa krajanka z rabarbarem i orzechowym karmelem 
100g masła 
1 duże jajko 
300g rabarbaru 
1 łyżka cynamonu
225g mąki pszennej 
80g cukru brązowego 
1/2 łyżeczki soli 
130g cukru kryształu 
250g jogurtu naturalnego 
1 łyżeczka proszku do pieczenia 
100g orzechów (użyłam włoskich i laskowych) 
Około 20g masła rozpuścić w rondelku. Zasypać cukrem demerara,  cynamonem i wymieszać. Dodać do masy grubo posiekane orzechy i odstawić do wystygnięcia. Resztę masła zmiksować z cukrem kryształem oraz jajkiem na puszystą masę. W misce wymieszać przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sól. Do puszystej masy maślanej dodawać stopniowo mieszankę mąki z proszkiem, a na końcu porcjami wlewać jogurt. Na końcu do masy dodać umyty i pokrojony w drobną kostkę rabarbar. 
Blaszkę 33x23cm wyłożyć papierem do pieczenia i wylać na to ciasto. Na cieście ułożyć lekko rozgrzany (ciepłą masę się łatwiej rozkłada) karmel z orzechami. Może okazać się konieczne wykładanie go punktowo, łyżką - niekoniecznie całe ciasto musi być nim pokryte. Krajankę piec ok. 30 minut, do suchego patyczka. 

Krajanka jaka jest, każdy widzi. Bardzo wilgotna od jogurtu i rabarbaru, miękka - na ciepło bardziej jak pudding, na zimno trochę jak niski biszkopt. Najlepszą w tym wypieku częścią jest bezapelacyjnie orzechowy karmel, i będę z całą pewnością szukać dla niego innych zastosowań, choć doskonale komponuje się z puszystym ciastem i wilgotnym rabarbarem. 

Przepis dorzucam do akcji Olciaky, Ra-bar-bar

(nie)spodziewajkowe ciasto czekoladowe z owocami i galaretką

Czasem łatwo jest przewidzieć, co zostanie podane na przyjęciu.
Szczególnie latem.
Na większości imprez imieninowych, urodzinowych czy mniej formalnie, grillach i pogawędkach przy kawie odbywających się w okresie maj-lipiec gwoździem menu jest wtedy biszkopt z owocami i galaretką. Spotykałam się już z tym ciastem w okresie letnim tyle razy będąc czyimś gościem - i naturalnie częstując się nim, że w domu nigdy tego ciasta nie odtwarzam. Jest po prostu tyle ciekawych przepisów do wypróbowania, że - przyznaję szczerze - czasem po prostu szkoda mi czasu na pieczenie czegoś tak oczywistego. Dziwna była więc moja ekscytacja, gdy zobaczyłam to ciasto u Doroty, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że spód wyglądał mi na typowe brownie, a za tym też nie przepadam (chociaż po zjedzeniu tego ciasta mam ochotę zneutralizować w ten sposób kilka tabliczek gorzkiej czekolady zalegających w szafce). Upiekłam je chyba tylko dlatego, że w szafce czekała otwarta połówka 90% czekolady - leżącej tam chyba tylko ze względu na smak i fakt, że nie da się jej zjeść ot tak...;) Na cieście się nie zawiodłam, co więcej - mam zamiar nawet je kilkakrotnie powtórzyć. Spód jest mocnoczekoladowy, ale nie zakalcowaty. Dzięki galaretce wypełnionej owocami - u mnie także rabarbarem, który nadał górnej warstwie chrupkość - ciasto jest doskonale zrównoważone. Gorąco polecam.

Ciasto:
1 jajko 
1/2 szklanki mleka
1/2 łyżeczki sody 
1 szklanka mąki pszennej
1/2 szklanki gorzkiego kakao
1/2 szklanki kwaśnej śmietany 
1/2 szklanki drobnego cukru
70ml oleju słonecznikowego 
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia 
50g gorzkiej czekolady (użyłam 90%)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
Mleko podgrzać, rozpuścić w nim połamaną czekoladę i odstawić do ostygnięcia. Mąkę pszenną, kakao, sodę i proszek do pieczenia przesiać. Jajko w całości ubić, dodać stopniowo cukier. Następnie wciąż ucierając dodawać olej, śmietanę, ekstrakt waniliowy oraz rozpuszczoną w mleku czekoladę. Potem dodać przesianą mąkę z resztą składników i krótko zmiksować, tylko do połączenia składników. Ciasto przelać do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia (tylko dno), i piec ok. 25-30 minut w temperaturze 160ºC, do suchego patyczka. Ciasto istotnie rośnie "z górką" - można ją ściąć lub odwrócić ciasto czekoladowe do góry nogami. Na cieście zapiąć obręcz tortownicy i przystąpić do dalszego etapu:
Galaretka owocowa:
2 galaretki truskawkowe 
500g dowolnych owoców (wykorzystałam truskawki, czereśnie i akcent warzywny - rabarbar) 
Owoce umyć, pokroić i rozłożyć na wystudzonym cieście. Galaretki wcześniej rozpuścić w 750ml wody, odstawić do ostygnięcia. Gdy będą miały konsystencję żelu, zalać nimi owoce i pozostawić - najlepiej na całą noc - do schłodzenia w lodówce.