1 września, pierwsze początki, pierwsza klasa. I kluski na parze w piątek.

Obudziłam się dzisiejszego poranka Obudziły mnie dzisiejszego poranka odgłosy charakterystyczne dla placu budowy, który rozkłada się pod naszym domem od jakiś pięciu lat. Zawsze w wakacje. Zawsze, gdy mam wolne. Panowie ruszyli z wielkimi łopatami zgarniać kamienie z wspaniałego, czarnego, lśniącego asfaltu, produkując przy tym donośne i upierdliwe SKRZYYYB, SKRAAAB itp. wdzierające się dramatycznie w mój miękki, pastelowy i puszysty sen. (Następnie zaś, zgodnie z relacją mojej mamy, przemieścili się na murek pod spółdzielnię GS aby spożyć śniadanie) Leniwie wyciągnęłam rękę z kołdry i spojrzałam na telefon. 8:15.
Po raz pierwszy od dwunastu lat pierwszego września nie wstałam o siódmej i nie powlokłam się do łazienki, wycierając po drodze dłonią ostatnie resztki snu spod powiek. Po prostu przewróciłam się na drugi bok i spróbowałam wyprzeć odgłosy budowy z mojej podświadomości. Wstałam o dziewiątej i patrzyłam na zdążających do szkoły młodszych znajomych. I nagle, o dziwo, zatęskniłam za tą szkołą.
Tyle było tych pierwszych września; tak samo jak kolekcja butów przedstawiały wszystkie etapy buntu, romantycznych natchnień i fascynacji pewnymi grupami kulturowymi do których przynależałam w poszukiwaniu siebie. Pamiętam to pierwsze rozpoczęcie, pełne niepewności i ciekawości. Koszulę z żabotem i czarne, eleganckie buty na których metce było napisane : pantofle szkolne. I były boskie, bo nosiłam je z uporem maniaka chyba ze trzy lata. Były początki września tak słoneczne, że szłam na rozpoczęcie ubrana w białą sukienkę i - do dziś to pamiętam - baleriny, które na drodze do szkoły (tak pi razy drzwi 300m) obtarły mnie do krwi. Nie założyłam ich nigdy więcej.  Rok temu lało jak z cebra, a wszystkie buty na obcasie które posiadałam były zamszowe. Poszłam w glanach. 
Nic już nie będzie takie samo. Od października każdy poniedziałek będę zaczynać z myślą, że w piątek czeka mnie powrót do domu, i do niego będę odliczać dni.
W podstawówce biegłam co tchu w poniedziałek na stołówkę i czytałam jadłospis na nadchodzący tydzień. I jeśli - zawsze w piątek - pojawiały się tam kluski na parze, to do nich odliczałam pozostałe dni. Bo tak pokochałam te dziwne kluchy o miękkiej, sprężystej skórce i puszystym wnętrzu, które parzyły palce gdy próbowaliśmy się do nich czym prędzej dobrać.
2 jajka 
50g masła
2 łyżki cukru 
250ml mleka 
1/2 łyżeczki soli 
500g mąki pszennej
30g świeżych drożdży
Drożdże rozkruszyć w kilku łyżkach letniego mleka  i zasypać łyżką cukru. Delikatnie wymieszać i odstawić do wyrośnięcia. Masło roztopić i pozostawić do ostygnięcia. W tym czasie do sporej miski przesiać mąkę, dodać sól, letnie mleko, łyżkę cukru i wbić dwa jajka. Następnie dodać przestudzone masło, wyrośnięty rozczyn drożdżowy i wyrobić dłonią ciasto (powinno odchodzić od ręki, ale nie musi być idealnie gładkie i na pewno będzie się nieco kleić). Do tego dobrze jest przygotować sobie jeszcze ok. 100g mąki i w razie potrzeby podsypywać nią delikatnie zaczyn. Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut. Ciasto powinno do tego czasu urosnąć - gotowe dzielimy na około 15 części. W początkowej fazie buchty powinny być wielkości piłki do ping-ponga, w przeciwnym razie urosną do monstrualnych rozmiarów. Naprawdę. Powinny się Wam mieścić w zagłębieniu dłoni, ustalmy że każdy robi kluski dla siebie, więc jego dłoń powiedzmy odpowiada 1/3 przewidzianej porcji, zależnie oczywiście od apetytu ;-) Uformowane kluski pozostawić pod przykryciem ponownie do wyrośnięcia na 30 minut. 
Przygotowujemy garnek do gotowania na parze lub obwiązujemy zwykły garnek czystą gazą. Gotujemy wodę i układamy po 3-4 pampuchy. Pierwsze kluski dobrze jest parować ok. 10 minut - każde kolejne można o minutę krócej. Nie należy trzymać ich zbyt długo - potrafią naciągnąć zbyt wiele pary i po wystudzeniu skurczyć się i nieestetycznie zmarszczyć. A przede wszystkim, stracą smak.

Sposobów spożywania pampuchów są tysiące i każdy ma jakiś swój styl. Ja najbardziej lubię je podane z bułką tartą na maśle. Z czasów szkolnych pamiętam śmietankę na słodko i cukier kryształ w roli dodatków. W sezonie można podawać je z musem truskawkowym lub z każdych innych łatwo dostępnych owoców. Na zdjęciu powyżej przedstawiona jest moja ulubiona metoda spożywania klusek ;-) 

36 komentarzy:

  1. Nigdy jeszcze nie robiłam ich sama. A uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam je z dzieciństwa, jadłam zawsze z powidłami lub bez dodatków. Nawet zimne uwielbiałam wieczorem przed snem. A później poznałam ich smak z jogurtem owocowym oraz z rumianym masłem i cynamonem. Cudny smak.

    OdpowiedzUsuń
  3. mam znajomych mieszkających w kanadzie i jak tylko przyjeżdżają do Polski wpraszają się na te kluski, większych miłośników klusek na parze nie znam ;p
    p.s. pamiętam jak dziwnie czułam sie rok temu we wrześniu i jak z zazdrością patrzyłam na te grupki białych koszul :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moje ulubione parowańce ! :) Babcia je robiła, a potem mama . To zdecydowanie smak dzieciństwa. U nas jedzone na słodko:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Swietnie Ci wyszly. Nie robilam ale jadlam kiedys w pewnej knajpie z sosem waniliowym. Byly pyszne.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. U nas pączki na parze:) Zawsze wtedy,kiedy pojawiały się pierwsze truskawki:) Bo do nich był sos truskawkowy:). Pyszne ciepłe pączki i sos. Wspomnienie dzieciństwa...

    OdpowiedzUsuń
  7. przyleć do mnie i zrób takie dziś na obiad! błagam :D:D:D:D

    OdpowiedzUsuń
  8. witaj!
    cukini nie czuć w tym cieście, a jest naprawdę znakomite :)

    Jeju, jak przytulnie tu u Ciebie :) I te profesjonalne zdjęcia... od samego patrzenia mogę się najeść ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Twojej wersji jeszcze nie jadłam, muszę spróbować :) ja zawsze jem z jogurtem truskawkowym mmm pyycha :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja także pamiętam początki roku szkolnego. Od gimnazjum porzuciłam strojenie się na rzecz jeansów, białej koszulki i tenisówek. Czasem dodatki były inne. To były dobre czasy. Z perspektywy czasu niedoceniane.
    A buchty to niezeimskie ciocia moja robiła. Muszę wziąc od niej przepis. Choć i na Twoje się pokusze.
    Pozdrawiam
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam takie kluchy. W domu robiło się czasami nadziane śliwką z kompotu. Pycha :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Ech, az mi sie tak sentymentalnie jakos zrobilo... Lubilam szkole, na 1 wrzesnia czekalam juz tak gdzies od polowy sierpnia. A kluski na parze lubie do dzis :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Szkoła.. wspaniale jest powspominać. Najpiękniejsze lata.. Lata młodości, buntu, poznawania świata :)

    Kluchy wspaniałe :)

    OdpowiedzUsuń
  14. o mniam!!! ja zawsze je jadłam albo z truskawkami albo z borówkami i śmietaną :) Uwielbiam je :) Babcia nazywała je też paruchy lub buchty

    OdpowiedzUsuń
  15. Widzę,że jesteśmy na tym samym życiowym etapie;)
    Jakoś,wbrew pozorom,nie mogę doczekać się 1 pazdziernika i początku nowej drogi,nowych wyzwań,miejsc...
    Kluski ,jak z obrazka;),pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. Też strasznie lubię, a wręcz uwielbiam. Często jem (niestety kupne) na obiad, a raczej do obiadu, zamiast ziemniaków, czy ryżu. Na słodko, polane owocowym jogurtem, musami z owoców, również smakują wyśmienicie.
    Jestem pewna, że kiedyś je zrobię. Jak tylko najdzie mnie ochota i dużo wolnego czasu, bo coś ostatnio straciłam natchnienie do majsterkowania w kuchni. ;p
    Twoje Pyzy wyglądają bosko! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Uwielbiam kluski na parze:) Moja Babcia zawsze je przyrządzała specjalnie dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo lubię kluchy na parze, zwłaszcza jak moja mama zrobi takie nadziewane dżemem truskawkowym

    OdpowiedzUsuń
  19. Ach, uwielbiam! Jako mała dziewczynka zawsze jadłam je z sosem truskawkowym albo jagodowym - w zalezności od tego, co akurat było pod ręka :)

    OdpowiedzUsuń
  20. parzaki jadałam u mojej koleżanki, przyrządzała je jej babcia, pyszne były :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Ech, pierwszy dzwonek... już. za szybko, zdecydowanie.


    wspaniałe kluski na parze.
    moja Babcia robi najwspanialsze pod słońcem.


    http://www.karmel-itka.blogspot.com
    http://www.slodkakarmel-itka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  22. W odległych czasach podstawówki mama raz w miesiącu, w piątek robiła BUCHTY :)) to ten dzień był moim zegarem życiowym :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Pyszne kluchy! Niedawno robiłam czeskie knedliky i tak patrzę, że buchty są bardzo podobne do nich :)

    OdpowiedzUsuń
  24. uwielbiam...dawno nie robiłam i chyba się skuszę...tym bardziej,że mąż też je lubi tyle,że podane z gulaszem:)))

    OdpowiedzUsuń
  25. Uwielbiam pampuchy:) rzadko je robie, bo najczęściej jestem później bardzo poparzona, ale od czasu do czasu nei umiem sobie ich odmówić:)pozdrawiam jolanta szyndlarewicz

    OdpowiedzUsuń
  26. przepadam za kluskami na parze, najbardziej za takimi najprostszymi, bez dodatków. narobiłaś mi smaku!

    OdpowiedzUsuń
  27. Hmm, w ziciństwie często je jadłam. Sama nigdy nie próbowałam robić, ale to się chyba zmieni. ;) Twoje wyglądają smakowicie.

    yummymorning.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  28. Przypomniały mi się kluski mojej babci... Proste, smaczne, i wspomnienia wracają.
    Zapewne nie jestem oryginalna, ale ja za szkołą nie mam jeszcze okazji tęsknić. I chyba to się szybko nie zmieni ;)

    OdpowiedzUsuń
  29. Kluski na parze - smak Babcinych pamiętam do dziś! Cudowne!!!

    OdpowiedzUsuń
  30. uwielbiam:) A najlepsze z sosem pieczarkowym:) Tylko u mnie w regionie mówi się na te pyszności Pyzy:)

    OdpowiedzUsuń
  31. U mnie mówi się na nie parowańce. Obowiązkowo z konfiturą wiśniową w środku!

    OdpowiedzUsuń
  32. Bardzo lubię kluseczki niestety mój mąż już nie bardzo a ja je uwielbiam z powodu mojej św. pamięci babci robiła je pyszne to mój smak dzieciństwa.....

    OdpowiedzUsuń
  33. U mnie w przedszkolu mówiło się na nie: parowce:)

    OdpowiedzUsuń