Oponki klasyczne

Smażenie tego kalibru organizuje się zwykle raz - dwa razy do roku. Zwykle też niewiele więcej razy w ciągu tych 365 dni myślę w ogóle o faworkach czy oponkach.  Zgroza wszelkich niepowodzeń i wizja wielkiego kabum! następującego po niezjedzeniu chociaż jednego pączka w tłusty czwartek jest jednak tak przejmująca, że zwykle postanawiam to piękne święto celebrować jeszcze przez kolejnych kilka dni wdychając zawieszoną w powietrzu smażelinę. Sugestii dotyczących otwarcia okien, drzwi, machania ręcznikami nie przyjmuję, bo smażone drożdżowe tak łatwo się nie poddaje.
Jest to również czas, kiedy krzywa jakości cukiernianych pączków zwykle zmierza na łeb na szyję w dół, a sam ww. czwartek jest dniem smakowej apokalipsy. Jedno z moich największych rozczarowań to pączki przechwycone po kilkunastominutowym odstaniu swego w kolejce w drodze między zajęciami a biurem - jedna z najlepszych chyba znanych mi cukierni wrzuciła mi do pięknego pudełeczka pączki tak twarde, że mogłam śmiało jechać z tym pakunkiem na ustawkę na A4. 
Dlatego w okolicach tłustego czwartku w domu zawsze jednak pojawia się coś smażonego. 
Pamiętam taki czas, kiedy hitem blogosfery i ostatecznym potwierdzeniem umiejętności kulinarnych były pączki/oponki z obrączką. Metod uzyskania takiego efektu wysmażenia było tysiące, niektóre przypominające mi czary Phoebe - wiecie, typu wystarczy rozebrać się do naga i tańczyć z kijami. Obrączki na moim drożdżowym cieście są zwykle kwestią przypadku, niefrasobliwego szturchania smażących się właśnie oponek lub zbyt wczesnego ich zdjęcia z patelni. Nie są może idealne, ale są pyszne. Puszyste, wyrośnięte i miękkie.
Oponki (za mojewypieki)
3 żółtka
1/2 łyżeczki soli
1/3 szklanki cukru
14g świeżych drożdży
60g roztopionego masła
1 szklanka letniego mleka
430g mąki pszennej + do podsypania
Drożdże, cukier i pół szklanki mleka wymieszać w szklance. Zostawić do wyrośnięcia. Przesiać mąkę do dużej miski, dodać sól, żółtka, przestudzone masło i mleko, a na końcu wlać rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, w razie potrzeby podsypując mąką (przy długotrwałym wyrobieniu przestaje się lepić - wolę zwykle nie dodawać zbyt wiele mąki, bo ciasto traci wtedy swoją puszystość). Ciasto odstawić do wyrośnięcia przykryte suchą, czystą ściereczką. Gdy podwoi objętość wyłożyć ciasto na blat podsypany mąką, delikatnie rozwałkować i wykrawać oponki. Ponownie pozostawić do wyrośnięcia do podwojenia objętości, układając je wcześniej na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. 
Oponki smażyć na rozgrzanym oleju, po kilka minut z każdej strony. Nie powinny zbyt szybko nabierać ciemnego koloru - zwykle wtedy są surowe w środku. Posypać cukrem pudrem lub polukrować i od razu podawać.

Koncertowe podróże czyli zwiedzając Pragę

Na jedno nie można z pewnością narzekać przygotowując się do wyjazdu do stolicy Czech - Praga jest jednym z najszerzej opisanych w Internetowych przewodnikach europejskich miast, co zdecydowanie ułatwia zaplanowanie pobytu. Jeszcze zanim w ogóle postawimy stopę na praskim bruku (a co bardziej prawdopodobne, zanim stopa wpadnie nam pomiędzy kostki w praskim bruku) mamy szansę dokładnego wytyczenia tras i spisania w oparciu o doświadczenia mnóstwa turystów listy miejsc, do których koniecznie należy zajrzeć. Popularność Pragi ma swoje plusy i minusy; do tych pierwszych bez wątpienia zalicza się mnogość opinii o restauracjach, zabytkach, hotelach, środkach komunikacji - słowem, po prostu wszystkiego co upraszcza kwestie organizacyjne. Do grupy mało korzystnych czynników zaliczam jednak fakt, że przez Pragę naprawdę przetaczają się każdego dnia tłumy turystów. Mieszkając w jednym z najbardziej chyba oblężonych turystycznie miast Polski przyznaję, że nie mamy nawet startu do stolicy Czech. 
Kluczowe w zwiedzaniu Pragi jest przygotowanie dobrego planu. Miasto wcale nie jest małe i naprawdę, konia z rzędem temu, kto przez kilka dni tylko spaceruje i nie wsiada do metra czy tramwaju. Ja miałam jeszcze w planie jednego dnia wieczorny koncert (nie mam natomiast w zwyczaju stać w bezruchu kiedy gra Muse), dlatego plan modyfikowany był tak, żeby nie opaść z sił już w południe. Popieram zatem ideę zakupienia biletu czasowego (24-godzinnego lub 3 dniowego) na komunikację miejską - dzięki temu macie szansę zobaczyć więcej, zaoszczędzić czas i aż tak bardzo się nie zmęczyć. 
Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze jest podzielić sobie czas w Pradze na konkretne etapy (to zwiedzamy do południa, tam jedziemy po południu), uwzględniając jeszcze w tym naszym promieniu działania miejsce na jedzenie/kawę. IDEALNIE przygotowany turysta (czyli zdecydowanie nie ja) uwzględnia również wersję deszczową i słoneczną. Praga jest miastem o tyle sympatycznym, że w obydwu przypadkach trudno się nudzić.
(tu oczekiwaliśmy na możliwość wejścia do wynajętego apartamentu; muzeum jest tymczasowo przeniesione, choć ta tymczasowa sytuacja podobno już trochę trwa)
O wszelkich aspektach organizacyjno-noclegowo-podróżniczych dobrze jest pomyśleć ze stosownym wyprzedzeniem. Kwestię podróży rozpatruję z punktu widzenia kogoś ruszającego w drogę z Krakowa, co jeszcze rok temu (właśnie kiedy się tam wybierałam) wcale aż tak proste nie było. Oferta bezpośrednich przejazdów do Pragi obejmowała tylko LeoExpress (podróż prosta, ale dla mnie raczej trudna do zniesienia ze względu na Pendolinopodobny pociąg), natomiast najbliższe przejazdy PB zaczynały się z Wrocławia. Dostanie się tam wymagałoby  z kolei wyruszenia w drogę dzień wcześniej, bo czas jazdy autostradą A4 jest równie nieprzewidywalny jak huśtawki nastrojów ciężarnej Phoebe Buffay. Poza tym każda jedna opcja podróży komunikacją naziemną wiązała się z minimum 7-mio godzinną podróżą. Z różnych powodów w końcu skrystalizowała się opcja samolotowa, jednak i tutaj NIE BYŁO tak prosto. Z Krakowa do Pragi się nie lata, bo jest to chyba taka nijaka odległość - trochę za daleko na szybki wyjazd samochodem, trochę za blisko na lot. Temu właśnie podróż z Krakowa do Pragi wymaga zwiedzenia warszawskiego Okęcia. Ostatnio jeden z tanich przewoźników poszerzył siatkę krakowskich połączeń i - YAY - nareszcie będzie można polecieć bezpośrednio do czeskiej stolicy. 
(w Pradze jest mnóstwo luksusowych sklepów. Polska wydaje się być pod tym względem białą plamą na mapie - pomiędzy krajami Zachodu oraz Wschodu)
Większego problemu nie powinno natomiast sprawić przedostanie się z lotniska do centrum. Cała droga nie trwa więcej niż 35-40 minut; wystarczy wsiąść na lotnisku do autobusu, a potem (dojeżdża z tego co pamiętam na coś w rodzaju pętli) przesiąść się na metro. Stamtąd bez problemu dojedziemy już w dowolne miejsce na starym mieście. Przy stacji metra co prawda nie ma windy, ale są pracownicy oferujący pomoc przy przenoszeniu większego - lub cięższego - bagażu. Pogoda pierwszego dnia była niespecjalna, padało, było ciemno i pochmurno; dopiero po południu zaczęło się rozjaśniać. Kolejnego dnia było cieplej, a tuż przed wyjazdem sama sobie dziękowałam, że przed spakowaniem walizki jednak wybrałam szorty zamiast długich dżinsów.
Oczekiwania względem Pragi były wielkie - chyba dlatego, że tyle osób odwiedza to miasto i upiera się, że jest nieziemskie, niesamowite, piękne, że takie klimatyczne. Pod wieloma względami mi przypominało akurat Kraków i czasem miałam wrażenie, że jak jeszcze ze dwa razy skręcę w lewo to w końcu wyjdę na Rynku. Praga jest jednak o wiele, wiele bardziej rozległa i należy to uwzględnić planując wyjazd. 
Jedną z przyjemniejszych do podziwiania rzeczy jest bez wątpienia praska architektura. Mnóstwo pięknych kamienic, zaglądanie w uliczki (czasem w celu skrycia się przed tłumem) prawie zawsze wiąże się z odkryciem jakiejś wizualnie zachwycającej perełki. W całą tę warstwę zabytkowo-kamieniczkową wkrada się już nowoczesność (tu widoczna po lewej na ten przykład). Gdy skręci się z tych bardziej turystycznych szlaków i zbłądzi w rejony położone nieco głębiej, można znaleźć miejsca, gdzie dominuje właściwie już tylko szkło i beton:
Nie jestem za to przekonana do "Tanecznego Domu" - nadal nie jestem pewna, czy to działa i sprawdza się w mieście tak spójnym pod względem architektonicznym jak Praga w okolicach starówki. Tripadvisor lokuje budynek na 68 pozycji spośród 909 potencjalnych miejsc do odwiedzenia w Pradze, co uważam za nieporozumienie - jest mnóstwo ciekawszych budynków do zobaczenia, które nie kaleczą oczu. 
Za jedną z najprzyjemniejszych atrakcji Pragi uważam fakt, że spacer w dowolnym właściwie kierunku prawie zawsze zawiedzie nas w różne bardziej turystyczne okolice (co właściwie uniemożliwia zgubienie). Tak naprawdę wystarczy podążać za tłumem, bo przewalające się masy ludzkie zwykle zmierzają w stronę najpopularniejszych miejsc w mieście. To jest ten moment, w którym się zorientowałam, że Kraków jest bardzo daleko w tyle za Pragą pod względem liczby odwiedzających - nawet setki schodów i bezustanne podążanie w górę nie odstrasza setek turystów przed wspinaniem się pod Zamek na Hradczanach. 
Most Karola to oczywiście żelazny punkt na liście każdego zwiedzającego - trudno zresztą choć raz nie zaplątać się w jego okolice, bo przez niego właśnie przebiega trajektoria najprostszej trasy w kierunku Hradczan. O ile idziecie rzecz jasna pieszo, czego akurat przed wyprawą na wzgórze nie polecam - jeszcze się zdążycie naspacerować, uwierzcie. 

Mnóstwo jest w Internecie tych wszystkich prześlicznych zdjęć mostu spowitego mgłą, w brzasku wstającego poranka, z nostalgicznie zamyślonymi rzeźbami pochylonymi nad pojedynczymi przechodniami. ZAPOMNIJCIE. Jeśli przestaniecie dość szybko panikować, że tętent turystów przepływających w obydwu kierunkach rychło doprowadzi do wypadku konstrukcyjno-budowlanego, możecie podjąć próbę przejścia. Zarówno za dnia, jak i wieczorem jest to chyba właściwie niewykonalne bez:
a) użycia łokci
b) oberwania łokciem fotografującego współzwiedzającego
c) zdeptania kogoś oraz zostania zdeptanym
d) opracowania na gorąco skomplikowanego manewru wyminięcia stoisko z magnesami, gitarzystę, karykaturzystę lub sprzedawcę pocztówek
e) zatrzymania się na kimś, kto uznał że sam środek przejścia to świetne miejsce na przemyślenia natury egzystencjalnej. 
Przygotowałam się do tego mentalnie (kamery internetowe są zbawienne), ale i tak widok TYLU ludzi w jednym miejscu was zaskoczy. Jeszcze lepiej będzie wtedy, kiedy spróbujecie sobie wykonać pamiątkową fotografię.
Wydaje mi się, że jedyny sprzyjający ku temu moment w sezonie letnim to okolice między 5 a 7 rano, kiedy słońce dopiero wstaje, a większość turystów natomiast dopiero zasypia.
Poza pocztówkami, portretami, pejzażami oraz ogólnym asortymentem turystyczno-pamiątkowym na Moście Karola są też muzycy - i to jest ta przyjemniejsza część, bo z tego co się zorientowaliśmy, nie każdy może po prostu przyjść i grać. Ta piątka miała w swoim repertuarze zarówno powszechnie znaną i lubianą klasykę rocka (jak Smoke on the water), jak i standardy muzyki poważnej. Grali świetnie, spędziliśmy w ich towarzystwie dłuższą chwilę.
Na tym z kolei zdjęciu widać - moim zdaniem - to, co zwiedzanie Pragi całkiem nieźle utrudnia. Segwaye są bardzo popularnym sposobem przemieszczania się po mieście i chyba całkiem niezłą alternatywą dla komunikacji miejskiej. Fakt, że są drogie, wydaje się mniej istotny dla mnóstwa korzystających z ich dobrodziejstwa turystów. Wszystko byłoby w porządku, tylko że przy takim zaludnieniu ulic, jakie spotyka się w Pradze, ostatnie czego brakuje w tym tłumie to grupa osób jadących na Segwayach. Serio. Wolę już króliczki na rowerach.

Kalafior w wersji orientalnej - czyli renesans warzywa

Mam wrażenie, że istnienie kalafiora zauważa się tylko latem, bo jest wtedy na każdym straganie. To też ten czas kiedy szkoda jest każdej minuty na gotowanie, zatem chyba 90% tych akurat warzyw występuje w towarzystwie bułki tartej. Pozostałe 10 kończy w zupach kremach. 
Kalafior jest trochę jak ubogi krewny brokuła, ale ubrany w szykowne składniki wypada nawet lepiej od swojego zielonego krewnego. Kilka ziaren sezamu, kropla octu winnego i miód - to wszystko wystarcza w zupełności, by przeistoczyć nudny dodatek do obiadu w coś zupełnie nowego i intrygującego.
750g mrożonego kalafiora Hortex w różyczkach
sos:
2 łyżki miodu
3 łyżki octu winnego
120ml sosu sojowego
1,5 łyżki ziaren sezamu
2 małe, zmiażdżone ząbki czosnku
1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru
+ płaska łyżka mąki ziemniaczanej rozrobiona w połowie filiżanki wody
Kalafior gotować w osolonej wodzie przez ok. 1-2 minuty. Dobrze odsączyć, rozłożyć w naczyniu żaroodpornym. W rondelku z grubym dnem podgrzać sos sojowy, czosnek, sproszkowany imbir, ocet i miód. Do gotującego się płynu dodać mieszaninę z mąką, starannie rozprowadzić i poczekać aż zgęstnieje. Wlać sos do naczynia żaroodpornego, zapiekać przez ok. 30 minut w międzyczasie polewając warzywa sosem. Podawać posypane świeżymi ziarnami sezamu i posiekanym szczypiorkiem.

Mój dzień z Hortex

Póki trwa sezon - kanelbullar

Bułkom cynamonowym towarzyszy historia o długości równej wiekowi tego bloga. Kiedy dopiero zaczynałam uczyć się całej tej drożdżowo-mleczno-cynamonowej alchemii wydawało mi się, że stworzenie idealnie miękkich, niezbyt słodkich i delikatnych bułek cynamonowych jest oddalone o całe lata świetlne. Być może według waszych kategorii siedem lat odpowiada tej jednostce (odległości zresztą, a nie czasu, czego jestem w pełni świadoma) - zatem tak właśnie było. Uwzględniając fakt, że w ciągu siedmiu lat osoba względnie dorosła może skończyć studia, dać się kilkadziesiąt razy pognieść na koncertach, zacząć pracę i chwilowo przenieść się na inny kontynent, to jest to równie pojemna przestrzeń czasowa. Ponieważ przepis na bułki cynamonowe testuję co najmniej raz do roku (za każdym razem inny), w ciągu tych kilku lat zdołałam już się przekonać, że nie przepadam za drożdżówkami suchymi, dobrze wypieczonymi, układanymi w stosownych odstępach na blasze. Wydaje mi się, że stan moich bułek cynamonowych (najprościej określany jako ddaaaaaamn w momencie zaglądania przez szybkę piekarnika kiedy zauważam, że część wypełzła już bokami ze względu na zastosowanie zbyt małego naczynia żaroodpornego) doskonale odzwierciedla moje codzienne próby upchnięcia w nieco zbyt krótkiej rzeczywistości wszystkich planów.
Czasem się rozłazi, ale ogólnie jest całkiem przyjemnie.
Kanelbullar (na podstawie Salt&Wind z moimi zmianami)
ciasto:
80g cukru
1 duże jajko
600g mąki pszennej
250ml letniego mleka
2,25 łyżeczki drożdży instant
1/4 łyżeczki ekstraktu waniliowego
50g roztopionego, ostudzonego masła
Mleko wymieszać z drożdżami oraz łyżeczką cukru, odstawić do wyrośnięcia. W misce wymieszać przesianą mąkę, cukier, dodać jajko, ekstrakt waniliowy, masło oraz rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, zostawić do wyrośnięcia na ok. 1/2 godziny. W międzyczasie przygotować nadzienie:
Cynamonowe nadzienie:
3 łyżki cynamonu
50g cukru demerara
4 łyżki miękkiego masła
Wszystkie składniki wymieszać razem aż powstanie gładka pasta.
Montaż i pieczenie:
Ciasto rozwałkować na dość duży prostokąt (nigdy nie mierzę z linijką w ręku - ma być tak duży, by dało się go swobodnie złożyć na pół i potem ponownie jeszcze raz na pół). Posmarować równomiernie cynamonową pastą. O sztuce zwijania można się dokształcić na youtube (np. tutaj - nie mogę znaleźć tutorialu, z którego sama korzystałam), następnie zostawiamy bułki znów na ok. pół godziny do wyrośnięcia pod suchą, czystą ściereczką. Przed pieczeniem posmarować rozkłóconym jajkiem i posypać gruboziarnistym cukrem. Piec przez około 30-35 minut, do zrumienienia.


Śniadaniowe bułki z dżemem z czarnego bzu

Drożdżowe ciasto darzę dość dużą sympatią - od niego właśnie zaczynałam swoje wypieki, a potem próbowałam odtworzyć wszystkie możliwe ciasta i słodkie bułki zjedzone w czasach dzieciństwa (które jakimś cudem potem znikły z półek - czy ktoś pamięta jeszcze dość podobne do przedstawionych na zdjęciu drożdżówki z marmoladą i grubym cukrem kryształem??). Był więc sezon bułek cynamonowych, jagodzianek, chałek z kruszonką, a potem drożdżowego bez zagniatania. Nadal szukam jeszcze przepisu na te podle słodkie struclowate ciasta, które dało się nabyć w aluminiowych foremkach. Taki jednorazowy performęs.
Przechodziłam też etap pieczenia domowego chleba (którego repertuar ograniczał się do wszystkiego, co nie wymagało przygotowania zakwasu) i bułek, a te drożdżówki są idealnym skrzyżowaniem mlecznego, śniadaniowego pieczywa i słodkich drożdżówek z dżemem. 
1 jajko
50g masła
2 łyżeczki cukru
350g mąki pszennej
szklanka letniego mleka
2,5 łyżeczki drożdży instant
Drożdże wymieszać z cukrem w letnim mleku i odstawić na kilka minut. Mąkę przesiać, dodać roztopione i przestudzone masło i jajko, potem rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, przykryć czystą ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na ok. pół godziny. Ciasto podzielić na osiem części i przygotować bułeczki nadziewając je dżemem z czarnego bzu (zawijać w sposób dowolny - ten akurat znalazłam wśród filmowych tutoriali). Gotowe bułki przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, posmarować rozkłóconym jajkiem i piec przez ok. 35 minut na złoty kolor. 




Prozdrowotne dżemy Łowicz na śniadanie – poznaj dobroczynną moc natury taką, że Łooo!

Kokosowy pudding z croissantami i ciepłym syropem z czarnego bzu i miodu

Nie oszukujmy się, długie śniadania to domena tylko i wyłącznie dni wolnych od pracy. Pozostałe poranki to raczej kompletowanie na jednej nodze brakujących elementów garderoby i bezowocne poszukiwanie kluczy (przecież wczoraj odkładałam je O TU). Zdecydowanie od wieczorów wolę te wszystkie poranki, kiedy śniadanie właściwie powinno być już obiadem (a co nazywane jest wdzięcznie w niektórych zakątkach świata brunchem - bardzo zgrabne słowo). W sezonie zimowym są one jeszcze o tyle przyjemne, że kiedy trochę znudzi nam się wszechobecny mrok, to jedyna szansa by pochłonąć trochę promieni słonecznych. Nawet przez szybę, a może nawet najlepiej przez szybę, bo oddychanie w ostatnim czasie jest w niektórych rejonach polski średnio bezpieczne.
To, co w wydanych dość dawno polskich książkach kucharskich pod nazwą puddingu potem uległo w powszechnej podświadomości drobnej zmianie, bo przede wszystkim zaczęło się kojarzyć z czymś na rodzaj budyniu. Na co wskazywałoby właściwie nawet podobieństwo fonetyczne. Jeżeli tak jak ja nie jesteście przekonani do jedzenia lekko rozmokłego pieczywa (nawet jeśli jest to doskonały sposób na zutylizowanie zalegającego w zakamarkach kuchni lekko czerstwawego chleba), ten pudding powinien tę opinię zmienić. Jest tu kruchość croissantów, ale też gęste i słodkie mleko kokosowe. 
Pudding
2 croissanty
szczypta soli
2 duże jajka
150 ml mleka 2%
200 ml mleka kokosowego
Croissanty pokroić w dość duże kawałki. Wymieszać dwa rozbite jajka, mleko, mleko kokosowe i sól; dodać croissanty i zostawić na ok. 10 minut. W międzyczasie wysmarować naczynie żaroodporne (użyłam kwadratowej formy do zapiekania o wymiarach 22x22 cm) masłem. Przelać masę do naczynia i zapiekać przez ok. 45-55 minut; w międzyczasie sprawdźcie, czy croissanty nie przypalają się z wierzchu. Jeśli tak będzie, przykryjcie formę folią aluminiową. Pieczemy do suchego patyczka.
Ciepły syrop z czarnego bzu i miodu
1 łyżka wody
1 łyżka miodu
2 łyżki dżemu z czarnego bzu Łowicz 100% 
W rondelku z grubym dnem lekko zagrzać wszystkie składniki (nie doprowadzać do wrzenia). Zapiekankę podawać z ciepłym syropem z czarnego bzu.

Prozdrowotne dżemy Łowicz na śniadanie – poznaj dobroczynną moc natury taką, że Łooo!