Historie o historii, czyli literacki kwiecień 2017


Gdybym brała udział w różnorakich wyzwaniach mających na celu przeczytanie określonej liczby książek na przestrzeni roku, kwietniowy wynik mógłby mnie głęboko zatrwożyć. Na szczęście we wszelkie tego typu postanowienia przestałam wierzyć mniej więcej na tym etapie, na którym zdałam sobie sprawę, że moje postanowienie powinnam trochę poćwiczyć przed latem co roku krystalizuje się w okolicach końc sierpnia. A poza tym to mogę poświęcić na określoną książkę tyle czasu, ile tylko mi się podoba. Co w przypadku jednej z tych kwietniowych lektur było wręcz niezbędne.

Większość kwietnia spędziłam w towarzystwie Opowieści o miłości i mroku, której autorem jest Amos Oz. Tytuł stał się szczególnie popularny teraz, po pojawieniu się ekranizacji (będącej równocześnie reżyserskim debiutem Natalie Portman) – i całe szczęście, bo do literatury twórców izraelskich jest mi szalenie daleko i pewnie nigdy nie trafiłabym na tę perłę. Opowieść jest opowieścią w każdym tego słowa znaczeniu. Bardziej niż powieść przypomina snutą zimowym wieczorem historię pełną dygresji i nawiązań; książka jest autobiografią, ale napisaną w sposób absolutnie fenomenalny. Niezbyt często zdarza mi się zastanawiać podczas lektury jak to się tworzy, że potem jest czyta się w taki sposób – jak zapisać własne myśli, by przyniosły taki efekt? – ale takie wrażenie towarzyszyło mi przez cały czas zagłębiania się w kolejne warstwy tej historii. Amos Oz sztukę operowania słowem opanował do perfekcji. Nie ma tutaj tanich sztuczek ani żonglerki formami – rozwijające się wątki ubrane są w proste, choć misternie skonstruowane zdania. W tym miejscu oklaski należą się także dla tłumacza – bo w przypadku tego autora akurat porównać oryginału z przekładem nijak nie mogę, ale tę przełożoną wersję jednak w całości kupuję. To jeden z tych przypadków, kiedy na blisko siedmiuset stronach czytelnika spowija ten tytułowy mrok i z każdą kolejną stroną intryguje coraz bardziej – i naprawdę trudno się oprzeć pokusie, by nie sięgnąć w tę gęstą ciemność po więcej. Opowieść o miłości i mroku to literatura wymagająca absolutnego i całkowitego zaangażowania. Nie da się jej czytać po kilka stron w tramwaju czy w hałaśliwym centrum handlowym. Ale z pewnością jest tej chwili uwagi całkowicie warta.

Drugą z książek, której poświęciłam dość dużo czasu, było Światło, którego nie widać autorstwa Anthony’ego Doerra. Głównie dlatego, że jest to książka, której zwyczajnie warto jest oddać dość dużo swojego czasu – bo wiele można z niej odczytać dla siebie, można się zmierzyć z wieloma uniwersalnymi prawdami. Na przestrzeni kilku(dziesięciu właściwie) lat poznajemy dwójkę bohaterów – Marie-Laure i Wernera. Pozornie nie łączy ich nic, a jednak w miarę rozwoju fabuły czytelnik zauważa coraz więcej powiązań, podświadomie zaczynając kibicować ich wspólnemu spotkaniu. To sprawnie skonstruowana opowieść pogrążona w melancholii, przypływach gniewu i oczekiwaniu. Mocno zarysowanym postaciom pierwszoplanowym towarzyszą nie mniej intrygujący bohaterowie pojawiający się na kartach książki, a elementem ważnym nieomal na równi z doskonale wykreowanymi postaciami jest też pewien szlachetny kamień. Autor stosuje też dość sprytny zabieg z podzieleniem książki na krótkie rozdziały, przeplatając losy Marie-Laure i Wernera; dzięki temu naprawdę trudno się od niej oderwać, a pozostałych do przeczytania stron (nad czym w tym akurat przypadku można ubolewać) ubywa w zastraszającym tempie. Piękna powieść historyczna – a o niewielu zdarzyło mi się mieć okazję napisać coś takiego.

W kwietniu udało mi się też trafić w bibliotece na Z Pokorą Przez Życie, czyli książkę w formie niezwykle ostatnio popularnego wywiadu-rzeki, przeprowadzoną z Wojciechem Pokorą. Pomimo wykreowania kultowych wręcz ról filmowych i imponującego dorobku teatralnego, aktor pozostaje niezwykle skromną osobą – i jest to zauważalne na nieomal każdej stronie tej książki. Jest tu sporo anegdot z życia zawodowego aktora (w tym – co zaskakujące – wiele o negatywnej aurze otaczającej Poszukiwany, poszukiwana i późniejszych reperkusjach przyjęcia roli Marysi), o pracy nad filmami oraz w teatrze. Nie brakuje tutaj też wspomnień ze współpracy z kultowymi postaciami polskiej sceny teatralnej, jest kilka historii napisanych przez innych aktorów o samym panu Wojciechu. Fani sensacji raczej nie będą zachwyceni, bo to jednak człowiek całkiem poważny, poukładany, pełen szacunku do innych – dlatego trudno tu szukać tanich plotek, ale na tym akurat książka tylko zyskuje. W całej tej aurze pozytywów pojawia się jednak pewne ale, i tutaj niestety tak strasznie chciałabym się nie zgodzić z opinią większości o trącącym banałem sposobie prowadzenia rozmowy – ale jest inaczej. Trochę tak, zwłaszcza kiedy ma się w pamięci czytaną przed kilku laty, a nadal doskonale pamiętaną rozmowę Elżbiety Baniewicz z Anną Dymną – fakt niepamięci to jedno, kwestia wypełniania powstałego wolnego miejsca sernikami i papieroskami to już co innego.Co ciekawe, na portalu LC wykopałam opinię-odpowiedź samego autora. I przyznam szczerze, że jest ona dość zaskakująca – cyt. „Jeżeli na kimś książka zrobiła fatalne wrażenie - żaden problem - każdy z nas sam może spróbować swoich sił i przeprowadzić podobny wywiad. Czytelnicy portalu Lubimy Czytać pewnie również chętnie go ocenią;)”. Mało to dojrzałe, bo szanse na to, by każdy z użytkowników miał szansę porozmawiać z legendą polskiego teatru i telewizji choćby na przystanku autobusowym są nikłe, co dopiero wspominać o wywiadzie-rzece. Urodą zawodów artystycznych jest natomiast to, że efekty takiej pracy podlegają dość brutalnej i szeroko zakrojonej ocenie – i z tym wypadałoby się liczyć. Nie muszę napisać własnej książki żeby wiedzieć, czy coś mi się podoba. Podobnie jak nie muszę mieć wykształcenia muzycznego żeby być świadomą faktu, że Lana Del Rey strasznie fałszuje na żywo.

I tym optymistycznym akcentem zakańczam swoją podróż przez zimowy kwiecień 2017 – i zachęcam Was bardzo, bardzo do sięgnięcia po Opowieść o miłości i mroku i Światło, którego nie widać.

Cytrusowe tartaletki

Owocowe tarty nie są chyba w moim przypadku tym, co Anglicy nazywają your cup of tea. Właściwie to mogłyby one dla mnie nie istnieć i nie sądzę, bym odczuła ich brak w jakikolwiek dotkliwy sposób - nawet owoce na maślanym kremie nie wywołują we mnie odczuć równie ekstatycznych co ciastka Oreo w czekoladowym kremie na czekoladowym spodzie. Myślę, że pora się przestać tym samym wreszcie oszukiwać, że nadejdą jeszcze w moim życiu dobrowolne czasy kruchych spodów na komosie ryżowej, z dwóch prostych powodów: 1) nie potrafię (za pojedynczymi przypadkami) tego upiec, 2) ze wszystkich warstw upieczonej ostatnio pro-zdrowotnej krajanki najbardziej smakowała mi daktylowa pasta pod gorzką czekoladą. Spód przypominał wizualnie, co słusznie zaobserwował inż., materiał budowlany. Podobnie smakował, nie żebym miała jakieś doświadczenie w spożywaniu cementu.
W temacie tart z owocami jednak, zwykle nie poświęcam im zbyt wiele uwagi, a wybierając coś do upieczenia na weekend zwykle wygrywa drożdżowe ciasto. Tartę (z bezą i masą przygotowaną zgodnie z przepisem) wypróbowałam po raz pierwszy latem 2013/2014 roku (pamięć to jednak zawodny sprzęt) -  pracuję wśród osób, które mają nieco szersze horyzonty kulinarne (ukłony w kierunku Marty). I jakkolwiek nie spodziewałam się, że coś podobnego może mi się spodobać (bo z Key Lime Pie mamy już napięte relacje), pudrowo-cytrusowo-kwaskowy smak tej tarty wygrał wszystkie letnie wypieki wypróbowane tamtego lata. 
Sama jednak zdecydowałam się na mniejszą formę, czyli tartaletki - są poręczniejsze, łatwiej je podzielić i przetransportować. Zrezygnowałam też całkowicie z jajek w masie (a tym samym z bezy) - zamiast masy cytrynowej postawiłam na lekki, orzeźwiający krem. Dla mnie są idealne.
Jedyny problem z tymi tartaletkami jest taki, że w porze zimowej - kiedy cytrusy są najlepsze - są zdecydowanie za bardzo orzeźwiające. W porze letniej, kiedy fantastycznie chłodzą i są doskonałą alternatywą dla ciężkich ciast - trudno o dobre cytrusy.
za kwestią smaku
spód:
1 żółtko
150 g mąki
szczypta soli
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki zimnej wody
100 g zimnego masła
Mąkę wymieszać z cukrem i solą. Dodać posiekane masło, zagnieść, następnie dodać wodę i żółtko, zagnieść gładkie, nieklejące się masło. Schłodzić przez godzinę w lodówce. Następnie foremki wysmarować delikatnie masłem, wyłożyć je ciastem i piec do zrumienienia - w zależności od piekarnika między 15 a 25 minut. 
masa cytrusowa:
100 g masła
125 ml wody
60 ml soku z pomarańczy
2 łyżki mąki ziemniaczanej
125 ml soku z cytryny (2 cytryny)
skórka otarta z dwóch cytryn (sparzonych wrzątkiem)
Wycisnąć sok z cytryny i pomarańczy, przecedzić przez sitko. W rondelku z grubym dnem zagotować sok, wodę, skórkę z cytryny, mąkę ziemniaczaną i cukier. Masę zestawić z ognia i dodać pokrojone na małe kawałki masło. Mieszać bezustannie do połączenia wszystkich składników i zgęstnienia. Masę wyłożyć na kruche ciasto - można podawać od razu.
To chyba mój ulubiony przepis spośród tych, które tak bezpośrednio kojarzą mi się z latem. Mało tu jednak wspomnień toskańsko-lazurowooceanicznych, bo mi akurat przywodzą na myśl jedne z pierwszych letnich miesięcy spędzanych w dużym mieście, zapach rozgrzanego asfaltu i ulice zalane gęstym, popołudniowym słońcem, w którym każdy poruszał się po wyjściu z pracy jakby trochę wolniej. Zima ma swoje plusy - jednak letnia golden hour, gdy temperatura jest już mniej dokuczliwa, ale po wyjściu z budynku człowieka nadal otula przyjazne ciepło, jest bezkonkurencyjna.