Czy meatballs z pieczarek to nadal meatballs, czyli pieczarkowe pulpeciki

Z jakiegoś powodu ostatnimi czasy w kategorii comfort food wygrywa u mnie makaron z sosem pomidorowym. 
Lubię też, pomimo całej czaso- i energochłonności związanej z ich wykonaniem, makaron z dodatkiem w postaci różnego rodzaju pulpecików (co to za niewdzięczne słowo swoją drogą jest. Pulpet nie dość że nie kojarzy się fortunnie, to jeszcze od razu nasuwa bezpośrednie skojarzenia z klopsem. A stąd to już niedaleka droga do koszmaru stołówek pt. pulpet w sosie pomidorowym, serwowany obok wodnistych ziemniaków). Dotychczas były składową tylko i wyłącznie tego dania -> klik - tyle tylko, że ja jednak niespecjalnie lubię czerwone mięso. Zaczęłam szukać alternatywy i okazało się, że meatballs bez meat nie są wcale aż tak niszowe, a jedynym czynnikiem ograniczającym fantazję zdaje się być tylko ilość dostępnych warzyw.
Tym razem wybrałam pieczarki i chociaż podchodziłam do tego eksperymentu raczej z nieufnością (jak bowiem dowodzą moje ostatnie doświadczenia, tym właśnie powinny cechować się moje kulinarne przedsięwzięcia), ostateczny efekt zaskakuje bardzo pozytywnie. Z jakiegoś powodu z zewnątrz są o wiele bardziej chrupiące niż te przygotowane z mięsem, a w środku pozostają delikatne nawet kolejnego dnia. Słowem, zdecydowanie warto - i zawsze to dobry pomysł na piątkowy obiad kiedy przejedzą się Wam już naleśniki, kotlety z jajek i makaron z serem. 
Pulpeciki z pieczarek
1 jajko
sól, pieprz
500g pieczarek
3-4 łyżki bułki tartej
3-4 łyżki płatków owsianych górskich
Dwie gałązki świeżej, posiekanej pietruszki
+ olej rzepakowy do smażenia
Pieczarki umyć, zetrzeć na tarce o grubych oczkach i podsmażyć na patelni z dodatkiem soli i pieprzu. Poddusić do miękkości, zostawić do wystygnięcia. Następnie wbić jajko, dodać bułkę tartą, płatki owsiane i pietruszkę; masa powinna dać się swobodnie formować, jeżeli nie chce się kleić - można dodać jeszcze trochę płatków lub bułki tartej. Gotowe pulpeciki obtaczać delikatnie w bułce tartej i smażyć na rozgrzanym oleju na złoty kolor. 
Najlepsze są na ciepło z makaronem, ale równie dobrze smakują jako nadzienie do kanapek, z dodatkiem sosu pomidorowego. 

Coś jakby pożenić Wielkanoc z Bożym Narodzeniem, czyli kruche ciasto przekładane serem, makiem i prażonymi jabłkami

Spotkania okołoświąteczne są doskonałą okazją do zgromadzenia i zaktualizowania wszelkich niezbędnych informacji o bieżącym stanie rodzinnym. Niezbędne to rzecz jasna pojęcie czysto subiektywne, zatem informacje potrzebne do przetrwania niektórym jak tlen innym uczestnikom spotkania wpadają jednym uchem i wylatują drugim, gdzieś pomiędzy dokładką wielkanocnego sernika a opowieścią o nowo zakupionym samochodzie. 
Centrum rodzinnego zainteresowania zwykle przenosi się z roku na rok na kogoś innego, zgodnie z bieżącymi zdarzeniami. Nie mniej istotną kwestią takich zebrań jest również jego aspekt kulinarny, zwykle w takim sezonie mocno nacechowany akcentami ajerkoniakowymi i sernikowymi. O ile w przypadku Bożego Narodzenia repertuar wypieków mamy dość stabilny i wszelkiego rodzaju wariacje to albo efekt przypadku (i zakupów bez kartki) albo wypadków (rozpadnięty biszkopt, połamane kruche spody), tak Wielkanoc zwykle jest czasem różnych eksperymentów. Raczej nie pieczemy warstwowych ciast wymagających przygotowania kilku osobnych blatów (z prostej przyczyny - logistyka tego zadania sprawia, że jeszcze przed wyjściem po składniki rozważam czy na pewno mam na to ochotę), dlatego święta są dobrą okazją do poćwiczenia takiego wypiekowego origami.

W tym cieście jest wszystko. Jeśli jeszcze Wam może tęskno za klimatem Bożego Narodzenia, ale wyglądacie już trochę wiosny, a najlepiej to lata - przekrojenie tego ciasta odkrywa po kolei każdą z warstw odpowiadających (przynajmniej moim) skojarzeniom z poszczególnymi porami roku. Jest tutaj i makowiec, i sernik, i szarlotka. Wszystko otoczone od spodu i góry kruchym ciastem i posypane cukrem pudrem.
To ciasto ma miliard kalorii. Ma cukier puder, mak z puszki, pszenną mąkę przełożoną posłodzonym serem, choć i tak z dzieliłam na pół ilość sugerowaną przez autorkę. Jest przy tym również tak pyszne, tak babcine w charakterze i przywodzi na myśl tyle dobrych wspomnień, że spróbowawszy go po raz pierwszy na dobre zapomina się o sukience w rozmiarze xs, która nadal czeka w szafie na lepsze czasy. 


Kruche ciasto z serem, makiem i jabłkami
Kruche ciasto:
3 żółtka
100g masła
100g margaryny
100g cukru pudru
400g mąki pszennej
3-4 łyżki śmietany 18%
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Mąkę wysypać na blat, dodać posiekane zimne masło i margarynę. Dodać żółtka, śmietanę, cukier puder i proszek do pieczenia, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto. Podzielić na dwie części, jedną upiec w dużej blaszce na złoty kolor (ok. 15-20 minut). Drugą część ciasta podpiec przez ok. 5-10 minut, do momentu gdy nabierze lekko rumianej barwy. Następnie: na upieczony i lekko ostudzony spód wyłożyć masę makową - ja używam gotowej. 
Masa serowa:
5 jajek
100g masła
100g cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
500g sera (może być zmielony, wiaderkowy)
W mikserze utrzeć masło z cukrem pudrem. Jajka rozdzielić, z masą utrzeć tylko żółtka. Dodać ser oraz mąkę ziemniaczaną, utrzeć na gładką masę. Ubitą pianę z białek dodać do masy serowej, delikatnie wymieszać i wyłożyć na masę makową. Piec przez około 50 minut w temperaturze 180 stopni Celsjusza.
Masa jabłkowa:
1 kg jabłek
1 galaretka pomarańczowa
Jabłka umyć i obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Prażyć do miękkości, następnie dodać galaretkę i wymieszać, jeszcze przez chwilę smażyć. Autorka oryginalnego przepisu zaleca co prawda dodanie do masy jeszcze 100g cukru - wiele zależy tutaj od wybranych przez Was owoców. Słodkie nie wymagają dodatku słodzika, tym kwaskowym czasem przyda się jeszcze trochę cukru.
Montaż:
Gotowe ciasto powinno wyglądać tak:
- kruche ciasto
- masa makowa
- masa serowa
- masa jabłkowa
- kruche ciasto
Wierzch można potraktować polewą czekoladową lub tuż przed podaniem posypać cukrem pudrem.


Na pełnoziarnistej mące pszennej, bez pustych kalorii i wcale nie bez sensu

Chyba jak każdy miewam takie etapy, kiedy stwierdzam, że powinnam więcej ćwiczyć i lepiej jeść. Zauważyłam, że występowanie takich momentów dziwnie zbiega się w moim życiu z chwilami, kiedy cierpię na nadmiar czasu i mam ten moment w ciągu dnia, by porozciągać się z Jillian zamiast paść w płaszczu na łóżko i obliczać w myślach ile też czeka mnie snu, jeśli uda mi się wyłączyć dosłownie w tym momencie. Po pierwsze, jak każda początkująca w pewnych kwestiach osoba spędzam mnóstwo czasu na (mentalnym również) przygotowaniu do takich manewrów kuchennych. Po drugie, zwykle podczas pierwszego zajrzenia do szafki stwierdzam, że z pożądanych składników posiadam co najwyżej świeży mielony pieprz. A po trzecie, bądźmy szczerzy, za bardzo lubię puszysty biszkopt przełożony masą z gorzkiej czekolady, cukru i śmietany. Niestety.
No dobrze, mniejsza o to, nie każdy spożywa olej palmowy i cukier z dodatkiem kakao wprost ze słoika. Można również przy lodówce spożyć takie ciasto i gwarantuję Wam, że ochota na słodkie mija na długi, długi czas. 
Czekoladowo-orzechowy tort z awokado i orzechami laskowymi
Ciasto:
2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
ok. 150 ml wody
100g cukru demerara
5 łyżek gorzkiego kakao
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 średnie, dojrzałe awokado
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
90g zmielonych orzechów laskowych
200g mąki pełnoziarnistej (użyłam pszennej)
1 czubata łyżka oleju kokosowego (roztopiony)
Awokado rozgnieść widelcem, a następnie umieścić w misie miksera. Dodać wodę i ekstrakt z wanilii, miksować na gładką masę. Wymieszać razem wszystkie suche składniki (przesiać kakao) poza cukrem. Stopniowo dodawać do awokado, miksować do uzyskania gładkiej masy (można dodać więcej wody, jeśli ciasto będzie zbyt suche, powinno być nieco gęstsze od standardowej masy na ciasto ucierane). Dno dwóch tortownic o średnicy 20-21cm wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować delikatnie olejem. Podzielić masę na pół, upiec dwa ciasta - będzie to trwało ok. 30-35 minut, do suchego patyczka. Zostawić do wystygnięcia.
Czekoladowy krem z awokado:
szczypta soli
60g gorzkiego kakao
1 bardzo dojrzałe awokado
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
do dosłodzenia: ok. 100g cukru pudru / 3 łyżki miodu / kilka dużych daktyli medjool
Awokado, przesiane kakao, ekstrakt z wanilii, sól oraz dowolny słodzik zmiksować na gładką masę - krem powinien przypominać standardową masę do przekładania tortu, być bardzo delikatny i puszysty. Mi taki efekt udało się uzyskać za pomocą miodu i odrobiny cukru pudru - można też zmielić cukier demerara.
Montaż:
Wystudzone blaty przełożyć częścią masy i posypać w środku drobno posiekanymi uprażonymi orzechami laskowymi. Posmarować tort masą z wierzchu i tuż przed podaniem posypać grubo siekanymi orzechami.






Bakalie mają moc! Zdrowe desery z Agnex

Luty 2017 - najlepsze książki

Luty nie był najlepszym czasem pod względem konstruowania postów – zwłaszcza tych literackich – a udało mi się przeczytać jednak kilka całkiem niezłych książek, które chciałabym Wam polecić. 

Pierwszą z przeczytanych i wartych polecenia była Inna Dusza Łukasza Orbitowskiego. Trafiła do mnie w postaci e-booka, a dzięki długiemu i starannemu błądzeniu między regałami bibliotecznymi została przeczytana w wersji analogowej. Sama fabuła intryguje i przyciąga, bo złem wszelkiej postaci (zwłaszcza ukrytym pod płaszczem dobra) fascynują się chyba wszyscy. Opisane w książce zdarzenia miały miejsce w latach 90., pozostaje zatem tylko się zastanawiać czy współcześnie sprawca miałby szansę jeszcze coś dla siebie na tej sytuacji ugrać zostając kryminalnym celebrytą. To, co jest dla mnie jednak w tej książce najlepsze, to jej lingwistyczna warstwa – opowieść prowadzona jakby z dwóch stron, rozwijająca się równolegle, ale ukazana w diametralnie inny sposób. Lata 90. pamiętam całkiem dobrze i owszem, miały swój urok (doskonale się skakało w gumę w obcisłych legginsach przy Britney Spears narzekającej przy wtórze połowy szkoły, że czuje się samotna), który w tej książce również udało się autorowi świetnie oddać.

Krótką lekturą, która zresztą trafiła do mnie przez polecenie na Instagramie było opowiadanie Daniela Keyesa, Kwiaty dla Algernona. Z jakiegoś powodu nigdy nie trafiłam na tę opowieść, a to niezwykle wzruszająca historia (i niechże samo to, że używam tutaj słowa wzruszające, którego chyba organicznie nie cierpię), która skłania do przemyśleń i pozostaje w pamięci na długo po zamknięciu okładki. Książka jest wręcz hipnotyzująca – nie sposób jej odłożyć na bok, nie przeczytawszy całości. W kontekście kilkusetstronicowych opowieści, z których wyciągnąć można po długim namyśle zwięzły i miałki morał, ta króciutka opowieść pozwala rozważyć wiele rozmaitych aspektów pod zupełnie innym kątem.

Lutową lekturą była też powieść Cecelii Ahern, Love, Rosie. Obecnie mam wrażenie, że z najwyższego stopnia podium dla najpopularniejszych autorek kobiecej literatury Ahern została zepchnięta przez Jojo Moyes, a po tę akurat pozycję z jej dorobku udało mi się sięgnąć dopiero teraz – kiedy zdołano już wydać film, i który to film udało mi się w międzyczasie obejrzeć. Z tego co pamiętam jest między tymi dwoma historiami spory rozdźwięk, ale tuż po zapoznaniu się z książką chyba powtórzę raz jeszcze spotkanie z Lily Collins (always a pleasure, zwłaszcza kiedy występuje w towarzystwie Sama Claflina). Powieści o losach Rosie chyba jednak poświęcę osobny wpis, bo czekając na tę książkę od przeszło roku byłam pewna, że czeka mnie albo absolutna fascynacja książką albo spektakularne rozczarowanie.

Jedną z najciekawszych przeczytanych w lutym książek były Absurdy PRL-u autorstwa Piotra Lipińskiego i Michała Matysa. Podchodziłam do książki raczej ostrożnie, po moim ostatnim bolesnym starciu ze „Skandalami PRL-u” (tudzież czegoś w tym rodzaju, w każdym bądź razie miało być skandalicznie – a wyszło jak zawsze). Popularność tej absurdalnie barwnej w swej szarości epoki jest ostatnimi czasy wyjątkowo rentowna, co skutkuje pojawianiem się licznych związanych z nią publikacji. Problem w tym, że większość z nich rzuca na ten czas światło niezwykle ciepłe i pozytywne, wydobywając z sytuacji tak absurdalnych, że aż fascynujących, pozytywne tony. Są tutaj historie lekkie - możemy się dowiedzieć dlaczego w Poszukiwany, Poszukiwana z taką pieczołowitością „badano zawartość cukru w cukrze”. Dlaczego brakowało absolutnie wszystkiego, ze słynnym papierem toaletowym na czele. Historie pozwalające zajrzeć w życie codzienne przeciętnego Kowalskiego są jednak swego rodzaju preludium (a potem antraktem) w realnych dramatach. I to jest właśnie ta część, dzięki której ta książka zdobyła mój wielki szacunek – śmiech przez łzy z octu na półkach zastępuje tutaj przerażenie i niedowierzanie. Opresyjna rzeczywistość Polski Ludowej była o wiele bardziej brutalna, brzydka i bezwzględna niż prezentuje się to często w telewizji czy materiałach prasowych. Chętnie sięga się po przeszłość absurdalną, bo łatwo można ją wyśmiać i wytknąć jej niedoskonałości – trudniej jednak opisać żywą rozpacz, dramat rozdzielonych rodzin i problemy o wiele bardziej przekraczające trudność wynikającą z wystawania pod sklepem po telewizor. 
Najważniejsze jednak jest to, że stanowiąc swoiste kompendium, książka skłania do samodzielnego zgłębiania tematu. To umożliwia też znajdująca się na końcu kompleksowa bibliografia. Bez wątpienia będzie to jedna z moich ulubionych książek dotyczących tego tematu – obiektywna, rzetelnie napisana opowieść oparta na wiarygodnych źródłach. Oby było takich więcej.

Zaczęłam od morderczego tematu, to i morderczym tematem skończę – ostatnią przeczytaną w lutym książką była Aorta Bartosza Szczygielskiego. W pierwszych słowach wypadałoby pogratulować tak udanego debiutu. O książce słyszałam już całkiem sporo, do sięgnięcia po nią skłonił mnie także tytuł (bo to szalenie wdzięczne słowo) i ciekawość spowodowana umiejscowieniem powieści; mając do wyboru Warszawę i jej niedalekie okolice, gros pisarzy przenosi jednak bohaterów do metropolii. Okazuje się jednak, że i w Pruszkowie dużo się dzieje (jakby nie było o tym od dość dawna wiadomo). O ile ostatnio książki z kategorii kryminału jakoś miały tendencje do rozczarowywania, Aorta od początku do samego końca wciąga, intryguje i uniemożliwia odłożenie książki na bok. Jest to też rezultatem bardzo sprawnie prowadzonej narracji; w książce bowiem kolejne rozdziały pozwalają nam na spojrzenie na rozwój zdarzeń z perspektywy dwójki pozornie niepowiązanych ze sobą bohaterów, Kasi i Gabriela. Fabuła jest prowadzona w sposób – wydawałoby się – bezwiedny, ale uważny czytelnik zauważa wszystko. To trochę tak jak z filmami, w których mnóstwo jest niedopowiedzeń i kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce między sekwencjami pełnymi akcji i dramatycznych zmian. Piękna to zatem książka o okrutnym temacie, której bohaterowie nie są kompletnie pozbawieni kontaktu z rzeczywistością. Paradoksalnie to właśnie te ułomności i słabości bohaterów sprawiają, że są bardzo wyraziście zarysowani i wzbudzają w czytelniku pewne uczucia – nie są tylko niewyraźnymi postaciami plączącymi się w tle. A jest to jednak, jak zaobserwowałam w ostatnim czasie, trudna sztuka.  

Podsumowując -  pod względem literackim to dobry miesiąc był. Niezbyt często bowiem zdarza się, żebym miała ochotę polecać każdą książkę, po którą sięgam, a tak właściwie stało się w tym przypadku (ponadto przeczytałam jeszcze jedną, która nie znalazła się w tym zestawieniu, a może warto jednak o niej wspomnieć, choćby w nawiasie: Projekt Matka, który może trafi do mnie bardziej na innym etapie życia). Trudno mi nawet wybrać tę ulubioną powieść, bo na finałowym podium mam niesamowity tłok.



Oponki klasyczne

Smażenie tego kalibru organizuje się zwykle raz - dwa razy do roku. Zwykle też niewiele więcej razy w ciągu tych 365 dni myślę w ogóle o faworkach czy oponkach.  Zgroza wszelkich niepowodzeń i wizja wielkiego kabum! następującego po niezjedzeniu chociaż jednego pączka w tłusty czwartek jest jednak tak przejmująca, że zwykle postanawiam to piękne święto celebrować jeszcze przez kolejnych kilka dni wdychając zawieszoną w powietrzu smażelinę. Sugestii dotyczących otwarcia okien, drzwi, machania ręcznikami nie przyjmuję, bo smażone drożdżowe tak łatwo się nie poddaje.
Jest to również czas, kiedy krzywa jakości cukiernianych pączków zwykle zmierza na łeb na szyję w dół, a sam ww. czwartek jest dniem smakowej apokalipsy. Jedno z moich największych rozczarowań to pączki przechwycone po kilkunastominutowym odstaniu swego w kolejce w drodze między zajęciami a biurem - jedna z najlepszych chyba znanych mi cukierni wrzuciła mi do pięknego pudełeczka pączki tak twarde, że mogłam śmiało jechać z tym pakunkiem na ustawkę na A4. 
Dlatego w okolicach tłustego czwartku w domu zawsze jednak pojawia się coś smażonego. 
Pamiętam taki czas, kiedy hitem blogosfery i ostatecznym potwierdzeniem umiejętności kulinarnych były pączki/oponki z obrączką. Metod uzyskania takiego efektu wysmażenia było tysiące, niektóre przypominające mi czary Phoebe - wiecie, typu wystarczy rozebrać się do naga i tańczyć z kijami. Obrączki na moim drożdżowym cieście są zwykle kwestią przypadku, niefrasobliwego szturchania smażących się właśnie oponek lub zbyt wczesnego ich zdjęcia z patelni. Nie są może idealne, ale są pyszne. Puszyste, wyrośnięte i miękkie.
Oponki (za mojewypieki)
3 żółtka
1/2 łyżeczki soli
1/3 szklanki cukru
14g świeżych drożdży
60g roztopionego masła
1 szklanka letniego mleka
430g mąki pszennej + do podsypania
Drożdże, cukier i pół szklanki mleka wymieszać w szklance. Zostawić do wyrośnięcia. Przesiać mąkę do dużej miski, dodać sól, żółtka, przestudzone masło i mleko, a na końcu wlać rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, w razie potrzeby podsypując mąką (przy długotrwałym wyrobieniu przestaje się lepić - wolę zwykle nie dodawać zbyt wiele mąki, bo ciasto traci wtedy swoją puszystość). Ciasto odstawić do wyrośnięcia przykryte suchą, czystą ściereczką. Gdy podwoi objętość wyłożyć ciasto na blat podsypany mąką, delikatnie rozwałkować i wykrawać oponki. Ponownie pozostawić do wyrośnięcia do podwojenia objętości, układając je wcześniej na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. 
Oponki smażyć na rozgrzanym oleju, po kilka minut z każdej strony. Nie powinny zbyt szybko nabierać ciemnego koloru - zwykle wtedy są surowe w środku. Posypać cukrem pudrem lub polukrować i od razu podawać.

Koncertowe podróże czyli zwiedzając Pragę

Na jedno nie można z pewnością narzekać przygotowując się do wyjazdu do stolicy Czech - Praga jest jednym z najszerzej opisanych w Internetowych przewodnikach europejskich miast, co zdecydowanie ułatwia zaplanowanie pobytu. Jeszcze zanim w ogóle postawimy stopę na praskim bruku (a co bardziej prawdopodobne, zanim stopa wpadnie nam pomiędzy kostki w praskim bruku) mamy szansę dokładnego wytyczenia tras i spisania w oparciu o doświadczenia mnóstwa turystów listy miejsc, do których koniecznie należy zajrzeć. Popularność Pragi ma swoje plusy i minusy; do tych pierwszych bez wątpienia zalicza się mnogość opinii o restauracjach, zabytkach, hotelach, środkach komunikacji - słowem, po prostu wszystkiego co upraszcza kwestie organizacyjne. Do grupy mało korzystnych czynników zaliczam jednak fakt, że przez Pragę naprawdę przetaczają się każdego dnia tłumy turystów. Mieszkając w jednym z najbardziej chyba oblężonych turystycznie miast Polski przyznaję, że nie mamy nawet startu do stolicy Czech. 
Kluczowe w zwiedzaniu Pragi jest przygotowanie dobrego planu. Miasto wcale nie jest małe i naprawdę, konia z rzędem temu, kto przez kilka dni tylko spaceruje i nie wsiada do metra czy tramwaju. Ja miałam jeszcze w planie jednego dnia wieczorny koncert (nie mam natomiast w zwyczaju stać w bezruchu kiedy gra Muse), dlatego plan modyfikowany był tak, żeby nie opaść z sił już w południe. Popieram zatem ideę zakupienia biletu czasowego (24-godzinnego lub 3 dniowego) na komunikację miejską - dzięki temu macie szansę zobaczyć więcej, zaoszczędzić czas i aż tak bardzo się nie zmęczyć. 
Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze jest podzielić sobie czas w Pradze na konkretne etapy (to zwiedzamy do południa, tam jedziemy po południu), uwzględniając jeszcze w tym naszym promieniu działania miejsce na jedzenie/kawę. IDEALNIE przygotowany turysta (czyli zdecydowanie nie ja) uwzględnia również wersję deszczową i słoneczną. Praga jest miastem o tyle sympatycznym, że w obydwu przypadkach trudno się nudzić.
(tu oczekiwaliśmy na możliwość wejścia do wynajętego apartamentu; muzeum jest tymczasowo przeniesione, choć ta tymczasowa sytuacja podobno już trochę trwa)
O wszelkich aspektach organizacyjno-noclegowo-podróżniczych dobrze jest pomyśleć ze stosownym wyprzedzeniem. Kwestię podróży rozpatruję z punktu widzenia kogoś ruszającego w drogę z Krakowa, co jeszcze rok temu (właśnie kiedy się tam wybierałam) wcale aż tak proste nie było. Oferta bezpośrednich przejazdów do Pragi obejmowała tylko LeoExpress (podróż prosta, ale dla mnie raczej trudna do zniesienia ze względu na Pendolinopodobny pociąg), natomiast najbliższe przejazdy PB zaczynały się z Wrocławia. Dostanie się tam wymagałoby  z kolei wyruszenia w drogę dzień wcześniej, bo czas jazdy autostradą A4 jest równie nieprzewidywalny jak huśtawki nastrojów ciężarnej Phoebe Buffay. Poza tym każda jedna opcja podróży komunikacją naziemną wiązała się z minimum 7-mio godzinną podróżą. Z różnych powodów w końcu skrystalizowała się opcja samolotowa, jednak i tutaj NIE BYŁO tak prosto. Z Krakowa do Pragi się nie lata, bo jest to chyba taka nijaka odległość - trochę za daleko na szybki wyjazd samochodem, trochę za blisko na lot. Temu właśnie podróż z Krakowa do Pragi wymaga zwiedzenia warszawskiego Okęcia. Ostatnio jeden z tanich przewoźników poszerzył siatkę krakowskich połączeń i - YAY - nareszcie będzie można polecieć bezpośrednio do czeskiej stolicy. 
(w Pradze jest mnóstwo luksusowych sklepów. Polska wydaje się być pod tym względem białą plamą na mapie - pomiędzy krajami Zachodu oraz Wschodu)
Większego problemu nie powinno natomiast sprawić przedostanie się z lotniska do centrum. Cała droga nie trwa więcej niż 35-40 minut; wystarczy wsiąść na lotnisku do autobusu, a potem (dojeżdża z tego co pamiętam na coś w rodzaju pętli) przesiąść się na metro. Stamtąd bez problemu dojedziemy już w dowolne miejsce na starym mieście. Przy stacji metra co prawda nie ma windy, ale są pracownicy oferujący pomoc przy przenoszeniu większego - lub cięższego - bagażu. Pogoda pierwszego dnia była niespecjalna, padało, było ciemno i pochmurno; dopiero po południu zaczęło się rozjaśniać. Kolejnego dnia było cieplej, a tuż przed wyjazdem sama sobie dziękowałam, że przed spakowaniem walizki jednak wybrałam szorty zamiast długich dżinsów.
Oczekiwania względem Pragi były wielkie - chyba dlatego, że tyle osób odwiedza to miasto i upiera się, że jest nieziemskie, niesamowite, piękne, że takie klimatyczne. Pod wieloma względami mi przypominało akurat Kraków i czasem miałam wrażenie, że jak jeszcze ze dwa razy skręcę w lewo to w końcu wyjdę na Rynku. Praga jest jednak o wiele, wiele bardziej rozległa i należy to uwzględnić planując wyjazd. 
Jedną z przyjemniejszych do podziwiania rzeczy jest bez wątpienia praska architektura. Mnóstwo pięknych kamienic, zaglądanie w uliczki (czasem w celu skrycia się przed tłumem) prawie zawsze wiąże się z odkryciem jakiejś wizualnie zachwycającej perełki. W całą tę warstwę zabytkowo-kamieniczkową wkrada się już nowoczesność (tu widoczna po lewej na ten przykład). Gdy skręci się z tych bardziej turystycznych szlaków i zbłądzi w rejony położone nieco głębiej, można znaleźć miejsca, gdzie dominuje właściwie już tylko szkło i beton:
Nie jestem za to przekonana do "Tanecznego Domu" - nadal nie jestem pewna, czy to działa i sprawdza się w mieście tak spójnym pod względem architektonicznym jak Praga w okolicach starówki. Tripadvisor lokuje budynek na 68 pozycji spośród 909 potencjalnych miejsc do odwiedzenia w Pradze, co uważam za nieporozumienie - jest mnóstwo ciekawszych budynków do zobaczenia, które nie kaleczą oczu. 
Za jedną z najprzyjemniejszych atrakcji Pragi uważam fakt, że spacer w dowolnym właściwie kierunku prawie zawsze zawiedzie nas w różne bardziej turystyczne okolice (co właściwie uniemożliwia zgubienie). Tak naprawdę wystarczy podążać za tłumem, bo przewalające się masy ludzkie zwykle zmierzają w stronę najpopularniejszych miejsc w mieście. To jest ten moment, w którym się zorientowałam, że Kraków jest bardzo daleko w tyle za Pragą pod względem liczby odwiedzających - nawet setki schodów i bezustanne podążanie w górę nie odstrasza setek turystów przed wspinaniem się pod Zamek na Hradczanach. 
Most Karola to oczywiście żelazny punkt na liście każdego zwiedzającego - trudno zresztą choć raz nie zaplątać się w jego okolice, bo przez niego właśnie przebiega trajektoria najprostszej trasy w kierunku Hradczan. O ile idziecie rzecz jasna pieszo, czego akurat przed wyprawą na wzgórze nie polecam - jeszcze się zdążycie naspacerować, uwierzcie. 

Mnóstwo jest w Internecie tych wszystkich prześlicznych zdjęć mostu spowitego mgłą, w brzasku wstającego poranka, z nostalgicznie zamyślonymi rzeźbami pochylonymi nad pojedynczymi przechodniami. ZAPOMNIJCIE. Jeśli przestaniecie dość szybko panikować, że tętent turystów przepływających w obydwu kierunkach rychło doprowadzi do wypadku konstrukcyjno-budowlanego, możecie podjąć próbę przejścia. Zarówno za dnia, jak i wieczorem jest to chyba właściwie niewykonalne bez:
a) użycia łokci
b) oberwania łokciem fotografującego współzwiedzającego
c) zdeptania kogoś oraz zostania zdeptanym
d) opracowania na gorąco skomplikowanego manewru wyminięcia stoisko z magnesami, gitarzystę, karykaturzystę lub sprzedawcę pocztówek
e) zatrzymania się na kimś, kto uznał że sam środek przejścia to świetne miejsce na przemyślenia natury egzystencjalnej. 
Przygotowałam się do tego mentalnie (kamery internetowe są zbawienne), ale i tak widok TYLU ludzi w jednym miejscu was zaskoczy. Jeszcze lepiej będzie wtedy, kiedy spróbujecie sobie wykonać pamiątkową fotografię.
Wydaje mi się, że jedyny sprzyjający ku temu moment w sezonie letnim to okolice między 5 a 7 rano, kiedy słońce dopiero wstaje, a większość turystów natomiast dopiero zasypia.
Poza pocztówkami, portretami, pejzażami oraz ogólnym asortymentem turystyczno-pamiątkowym na Moście Karola są też muzycy - i to jest ta przyjemniejsza część, bo z tego co się zorientowaliśmy, nie każdy może po prostu przyjść i grać. Ta piątka miała w swoim repertuarze zarówno powszechnie znaną i lubianą klasykę rocka (jak Smoke on the water), jak i standardy muzyki poważnej. Grali świetnie, spędziliśmy w ich towarzystwie dłuższą chwilę.
Na tym z kolei zdjęciu widać - moim zdaniem - to, co zwiedzanie Pragi całkiem nieźle utrudnia. Segwaye są bardzo popularnym sposobem przemieszczania się po mieście i chyba całkiem niezłą alternatywą dla komunikacji miejskiej. Fakt, że są drogie, wydaje się mniej istotny dla mnóstwa korzystających z ich dobrodziejstwa turystów. Wszystko byłoby w porządku, tylko że przy takim zaludnieniu ulic, jakie spotyka się w Pradze, ostatnie czego brakuje w tym tłumie to grupa osób jadących na Segwayach. Serio. Wolę już króliczki na rowerach.

Kalafior w wersji orientalnej - czyli renesans warzywa

Mam wrażenie, że istnienie kalafiora zauważa się tylko latem, bo jest wtedy na każdym straganie. To też ten czas kiedy szkoda jest każdej minuty na gotowanie, zatem chyba 90% tych akurat warzyw występuje w towarzystwie bułki tartej. Pozostałe 10 kończy w zupach kremach. 
Kalafior jest trochę jak ubogi krewny brokuła, ale ubrany w szykowne składniki wypada nawet lepiej od swojego zielonego krewnego. Kilka ziaren sezamu, kropla octu winnego i miód - to wszystko wystarcza w zupełności, by przeistoczyć nudny dodatek do obiadu w coś zupełnie nowego i intrygującego.
750g mrożonego kalafiora Hortex w różyczkach
sos:
2 łyżki miodu
3 łyżki octu winnego
120ml sosu sojowego
1,5 łyżki ziaren sezamu
2 małe, zmiażdżone ząbki czosnku
1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru
+ płaska łyżka mąki ziemniaczanej rozrobiona w połowie filiżanki wody
Kalafior gotować w osolonej wodzie przez ok. 1-2 minuty. Dobrze odsączyć, rozłożyć w naczyniu żaroodpornym. W rondelku z grubym dnem podgrzać sos sojowy, czosnek, sproszkowany imbir, ocet i miód. Do gotującego się płynu dodać mieszaninę z mąką, starannie rozprowadzić i poczekać aż zgęstnieje. Wlać sos do naczynia żaroodpornego, zapiekać przez ok. 30 minut w międzyczasie polewając warzywa sosem. Podawać posypane świeżymi ziarnami sezamu i posiekanym szczypiorkiem.

Mój dzień z Hortex

Póki trwa sezon - kanelbullar

Bułkom cynamonowym towarzyszy historia o długości równej wiekowi tego bloga. Kiedy dopiero zaczynałam uczyć się całej tej drożdżowo-mleczno-cynamonowej alchemii wydawało mi się, że stworzenie idealnie miękkich, niezbyt słodkich i delikatnych bułek cynamonowych jest oddalone o całe lata świetlne. Być może według waszych kategorii siedem lat odpowiada tej jednostce (odległości zresztą, a nie czasu, czego jestem w pełni świadoma) - zatem tak właśnie było. Uwzględniając fakt, że w ciągu siedmiu lat osoba względnie dorosła może skończyć studia, dać się kilkadziesiąt razy pognieść na koncertach, zacząć pracę i chwilowo przenieść się na inny kontynent, to jest to równie pojemna przestrzeń czasowa. Ponieważ przepis na bułki cynamonowe testuję co najmniej raz do roku (za każdym razem inny), w ciągu tych kilku lat zdołałam już się przekonać, że nie przepadam za drożdżówkami suchymi, dobrze wypieczonymi, układanymi w stosownych odstępach na blasze. Wydaje mi się, że stan moich bułek cynamonowych (najprościej określany jako ddaaaaaamn w momencie zaglądania przez szybkę piekarnika kiedy zauważam, że część wypełzła już bokami ze względu na zastosowanie zbyt małego naczynia żaroodpornego) doskonale odzwierciedla moje codzienne próby upchnięcia w nieco zbyt krótkiej rzeczywistości wszystkich planów.
Czasem się rozłazi, ale ogólnie jest całkiem przyjemnie.
Kanelbullar (na podstawie Salt&Wind z moimi zmianami)
ciasto:
80g cukru
1 duże jajko
600g mąki pszennej
250ml letniego mleka
2,25 łyżeczki drożdży instant
1/4 łyżeczki ekstraktu waniliowego
50g roztopionego, ostudzonego masła
Mleko wymieszać z drożdżami oraz łyżeczką cukru, odstawić do wyrośnięcia. W misce wymieszać przesianą mąkę, cukier, dodać jajko, ekstrakt waniliowy, masło oraz rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, zostawić do wyrośnięcia na ok. 1/2 godziny. W międzyczasie przygotować nadzienie:
Cynamonowe nadzienie:
3 łyżki cynamonu
50g cukru demerara
4 łyżki miękkiego masła
Wszystkie składniki wymieszać razem aż powstanie gładka pasta.
Montaż i pieczenie:
Ciasto rozwałkować na dość duży prostokąt (nigdy nie mierzę z linijką w ręku - ma być tak duży, by dało się go swobodnie złożyć na pół i potem ponownie jeszcze raz na pół). Posmarować równomiernie cynamonową pastą. O sztuce zwijania można się dokształcić na youtube (np. tutaj - nie mogę znaleźć tutorialu, z którego sama korzystałam), następnie zostawiamy bułki znów na ok. pół godziny do wyrośnięcia pod suchą, czystą ściereczką. Przed pieczeniem posmarować rozkłóconym jajkiem i posypać gruboziarnistym cukrem. Piec przez około 30-35 minut, do zrumienienia.


Śniadaniowe bułki z dżemem z czarnego bzu

Drożdżowe ciasto darzę dość dużą sympatią - od niego właśnie zaczynałam swoje wypieki, a potem próbowałam odtworzyć wszystkie możliwe ciasta i słodkie bułki zjedzone w czasach dzieciństwa (które jakimś cudem potem znikły z półek - czy ktoś pamięta jeszcze dość podobne do przedstawionych na zdjęciu drożdżówki z marmoladą i grubym cukrem kryształem??). Był więc sezon bułek cynamonowych, jagodzianek, chałek z kruszonką, a potem drożdżowego bez zagniatania. Nadal szukam jeszcze przepisu na te podle słodkie struclowate ciasta, które dało się nabyć w aluminiowych foremkach. Taki jednorazowy performęs.
Przechodziłam też etap pieczenia domowego chleba (którego repertuar ograniczał się do wszystkiego, co nie wymagało przygotowania zakwasu) i bułek, a te drożdżówki są idealnym skrzyżowaniem mlecznego, śniadaniowego pieczywa i słodkich drożdżówek z dżemem. 
1 jajko
50g masła
2 łyżeczki cukru
350g mąki pszennej
szklanka letniego mleka
2,5 łyżeczki drożdży instant
Drożdże wymieszać z cukrem w letnim mleku i odstawić na kilka minut. Mąkę przesiać, dodać roztopione i przestudzone masło i jajko, potem rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, przykryć czystą ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na ok. pół godziny. Ciasto podzielić na osiem części i przygotować bułeczki nadziewając je dżemem z czarnego bzu (zawijać w sposób dowolny - ten akurat znalazłam wśród filmowych tutoriali). Gotowe bułki przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, posmarować rozkłóconym jajkiem i piec przez ok. 35 minut na złoty kolor. 




Prozdrowotne dżemy Łowicz na śniadanie – poznaj dobroczynną moc natury taką, że Łooo!

Kokosowy pudding z croissantami i ciepłym syropem z czarnego bzu i miodu

Nie oszukujmy się, długie śniadania to domena tylko i wyłącznie dni wolnych od pracy. Pozostałe poranki to raczej kompletowanie na jednej nodze brakujących elementów garderoby i bezowocne poszukiwanie kluczy (przecież wczoraj odkładałam je O TU). Zdecydowanie od wieczorów wolę te wszystkie poranki, kiedy śniadanie właściwie powinno być już obiadem (a co nazywane jest wdzięcznie w niektórych zakątkach świata brunchem - bardzo zgrabne słowo). W sezonie zimowym są one jeszcze o tyle przyjemne, że kiedy trochę znudzi nam się wszechobecny mrok, to jedyna szansa by pochłonąć trochę promieni słonecznych. Nawet przez szybę, a może nawet najlepiej przez szybę, bo oddychanie w ostatnim czasie jest w niektórych rejonach polski średnio bezpieczne.
To, co w wydanych dość dawno polskich książkach kucharskich pod nazwą puddingu potem uległo w powszechnej podświadomości drobnej zmianie, bo przede wszystkim zaczęło się kojarzyć z czymś na rodzaj budyniu. Na co wskazywałoby właściwie nawet podobieństwo fonetyczne. Jeżeli tak jak ja nie jesteście przekonani do jedzenia lekko rozmokłego pieczywa (nawet jeśli jest to doskonały sposób na zutylizowanie zalegającego w zakamarkach kuchni lekko czerstwawego chleba), ten pudding powinien tę opinię zmienić. Jest tu kruchość croissantów, ale też gęste i słodkie mleko kokosowe. 
Pudding
2 croissanty
szczypta soli
2 duże jajka
150 ml mleka 2%
200 ml mleka kokosowego
Croissanty pokroić w dość duże kawałki. Wymieszać dwa rozbite jajka, mleko, mleko kokosowe i sól; dodać croissanty i zostawić na ok. 10 minut. W międzyczasie wysmarować naczynie żaroodporne (użyłam kwadratowej formy do zapiekania o wymiarach 22x22 cm) masłem. Przelać masę do naczynia i zapiekać przez ok. 45-55 minut; w międzyczasie sprawdźcie, czy croissanty nie przypalają się z wierzchu. Jeśli tak będzie, przykryjcie formę folią aluminiową. Pieczemy do suchego patyczka.
Ciepły syrop z czarnego bzu i miodu
1 łyżka wody
1 łyżka miodu
2 łyżki dżemu z czarnego bzu Łowicz 100% 
W rondelku z grubym dnem lekko zagrzać wszystkie składniki (nie doprowadzać do wrzenia). Zapiekankę podawać z ciepłym syropem z czarnego bzu.

Prozdrowotne dżemy Łowicz na śniadanie – poznaj dobroczynną moc natury taką, że Łooo!

Roosevelta 5 i spacery po Poznaniu Borejków

W życiu nie byłam w Poznaniu (tzn. teraz to już byłam), a jednak lata zaczytywania się w książkach Małgorzaty Musierowicz sprawiły, że niektóre jego rejony znałam jak własną kieszeń. Zdumiewające w jakich zaułkach potrafi się odnaleźć bystry czytelnik w całkiem obcym mieście, kiedy zaglądanie w takie miejsca nie przychodzi mu do głowy w jego własnych, dobrze znanych rewirach ;) Poznań zawsze był mi nie po drodze, bo daleko, bo trudno sensownie dojechać (spoglądam tu w kierunku wszystkich tych pojazdów, które do miasta dojeżdżają w okolicach godzin mocno nadrannych), a jednak zawsze chciałam go równie mocno odwiedzić. W końcu się udało, a skłoniła mnie do tego szansa wystąpienia na konferencji na UAM-ie. A takim propozycjom jednak trudno się oprzeć.
Nieprzypadkowo zaczynam od budynku Opery właśnie, choć Roosevelta 5 zauważyłam już z okien pociągu. To od Pulpecji zaczęła się moja przygoda z Jeżycjadą, toteż Pegaz w mojej pamięci pojawił się gdy miałam lat siedem i zimuje tam od lat przeszło dwudziestu. A to był właśnie ten fragment...
"Trawnik przed Operą świecił niepokalaną płaszczyzną w blasku jodowych lamp ulicznych, a na szczycie operowego dachu, ponad klasycznym tympanonem, górował zielonkawy Pegaz z wdzięcznie uniesionym kopytkiem."
Mniejsza o klimatyzator, chodzi o Jeżyce. Podczas całej tej eskapady zaskoczyła mnie bliskość wszystkich szukanych obiektów - byłam przygotowana na długi spacer i kosmiczne odległości (niech najlepszym tego przykładem będzie fakt, że w celu przemieszczenia się z Dworca do przystanku Dolna Wilda nabyłam bilet godzinny), a wszystko okazało się być położone w całkiem akceptowalnych odległościach. Spacer zaczął się - jakżeby inaczej - pod kamienicą na Roosevelta.
Drzewo rosnące na froncie budynku przez wysokość dwóch balkonów podobno na jakiś czas znikło z fasady (podobnie ponoć było z Pegazem); nie ma tutaj też balkonu, który powinien znajdować się z przodu budynku. Ten jest z boku, można zatem założyć, że to właśnie na niego wspinał się Marek po swoich własnych zaślubinach ;) Przyjemnie za to zobaczyć na własne oczy okna - jak sądzę - kuchenne. Przy okazji stwierdziłam też, że moje wyobrażenie o oknach Idowej sutereny jest nieco nieadekwatne; zawsze myślałam o apartamencie Idy jako o ciemnej piwnicy, a okna są tymczasem całkiem pokaźne.
Kolejnym punktem wyprawy była Opera, więc podziwiając fontannę - przy której, o ile dobrze pamiętam, poznali się Dambo i Beata - sprawdziłam na mapie kolejny położony najbliżej punkt na mapie (o tym później) - Kościół Dominikanów. Tutaj chyba w sumie upłynęło nam najwięcej czasu, bo eksplorowanie zarówno wnętrza świątyni, jak i przyległych jej terenów i wszystkich możliwych zaułków okazało się być odkrywaniem coraz to bardziej zaskakujących miejsc. Sam kościół zaskoczył mnie w środku swoją surowością, natomiast przestałam się dziwić temu, że Borejkowie po przyjściu z kościoła zawsze wspomagali się gorącą herbatą ;)
Kolejnym punktem wycieczki była willa przy Noskowskiego 2, zamieszkiwana w literackim wymiarze przez Tosię, Mamerta, Tomcia i Romcię, a także niezapomnianą ciotkę Lilę i uroczą Kłamczuchę. O ile kamienica przy Roosevelta 5 nie do końca odpowiadała moim wyobrażeniom - głównie dlatego, że zawsze widziałam ją jako budynek znajdujący się w cichej, małej uliczce - tak willa Mamertów w zupełności zgadzała się z tym, co sobie ukułam w głowie. Jakoś te okienka u góry pasowały mi właśnie do obrazka stworzonego przez MM i Mamerta śpiewającego Sing sing :-) 

Chronologicznie rzecz biorąc, to to zdjęcie powinno być chyba wcześniej (??? to w październiku było i wiele od tamtego czasu mam nowych zdarzeń nadpisanych w pamięci), ale mniejsza o to - to bowiem słynne popiersie Moniuszki z Szóstej Klepki:
"Wyraźnie widać było stojące na wysokim postumencie brązowe popiersie Moniuszki, otoczone bujnie rosnącymi tujami i krzewami (...) Trzeba się jakoś ukryć. O, może za tymi krzaczkami z tyłu pomnika (...) i wyjdzie na polankę przed pomnikiem z miną niezależną."
Bujnej roślinności, co widać na załączonym obrazku, raczej już wokół Moniuszki nie ma. Podrosły za to drzewa - co też bardzo mi się spodobało w Poznaniu, wszędzie jest jeszcze mnóstwo zieleni.
Przez cały czas zdążałam przez to dość spore okrążenie do pomnika nurka głębinowego, a i tak nie udało mi się go namierzyć. Próbowałam pod tym wiaduktem (a jest tam tyle świateł, torowisk i przejść dla pieszych równocześnie, że należy tu docenić moje starania) go wypatrzeć, ale jakoś mi się nie udało. Do nadrobienia następnym razem.

Jesteśmy ponownie pod Roosevelta 5 i kuchennym oknem Borejków - jeszcze jeden szczegół widoczny w tle, a mianowicie nieśmiertelna wytwórnia kołder. Ponieważ jako rasowy turysta zapragnęłam zdjęcia pod kamienicą numer 5 (domyślam się jaki ubaw mają mieszkańcy, naprawdę) do samej kamienicy wybierałam się trzy razy, bo przez praktycznie całe sobotnie przedpołudnie i część popołudnia pół interesującej mnie części budynku było zastawione pojazdem dostawczym właśnie wytwórni kołder...
O wiele bardziej moim wyobrażeniom o kamienicy Borejków odpowiada ta położona na rogu Roosevelta i Krasińskiego, a sama mniejsza ulica jest też o wiele bliższa temu, co miałam w głowie czytając Jeżycjadę. Nie do końca wiem jak miałyby się tam zmieścić tramwaje, ale jakoś na pewno by się dało. Krasińskiego to niewielka ulica, a jednak to właśnie chyba tu jest największe stężenie Jeżycjadowych charakterów na metr kwadratowy, zamieszkują tu bowiem i pan Paszkiet, i Beata z Konradem (oraz okresowo Anielą), a także Elka Stryba z rodziną.

To ten z opisanych w książkach domów, który najbardziej przypadł mi do gustu. W "Idzie Sierpniowej" opisano go tak: 'Budynek ten był dziwaczny, nieregularny, z oknami o łukowatych szczytach, wieżyczką i dwoma wejściami'. Pomimo wizji Idy o duszeniu kogoś w purpurowej poświacie zapalonego na piętrze światła budynek sprawiał całkiem przyjazne wrażenie w sobotnie, jesienne przedpołudnie. A że chwilami padało, atmosfera całkiem przypominała tę z deszczowego lata ;-) W tej właśnie willi zamieszkiwał pan Paszkiet i to do jednego z tych okien właśnie Ida wspinała się po gzymsie uciekając przed Klaudiuszem.

A to już widok z Collegium Novum i październikowa jesień - mam jeszcze ochotę odwiedzić Poznań latem i zimą :D