Jesienna kasza gryczana z warzywami, zapiekana w sosie


Powoli (albo i nie tak powoli) nadciąga ten sezon, kiedy jest się permanentnie zmarzniętym. Albo ma się chociaż lodowate dłonie. Albo stopy. Albo jedno i drugie. Niespecjalnie mnie to martwi, bo to po prostu jeden powód więcej, żeby zawinąć się w szal / ponczo / koc i dolać do herbaty nieprzyzwoitą ilość soku malinowego; z jakiegoś powodu jesień od pięciu lat co roku cieszy mnie coraz bardziej, pomimo deszczu i wiatru. Jesień przede wszystkim pachnie cynamonem, prażonymi jabłkami, miodem z cytryną i orzechami w cukrowych skorupkach. To sezon gęstych warzywnych kremów z grzankami, zawiesistych sosów i wszystkiego, co rozgrzewa od środka. Moda na kaszę gryczaną dotarła do mnie po dobrych kilku latach od jej szczytu popularności - i to właśnie to, całkiem nowe (bo dosłownie sprzed kilku dni) odkrycie przedstawiam dzisiaj - w tej nieziemsko rozgrzewającej formie.


Zaczynamy od przygotowania kurczaka, w czym zbyt wielkiej filozofii nie ma - do tego dania (które w zupełności wystarczy dla trzech osób) wykorzystałam podwójny filet, podzielony na mniejsze części. Wystarczy doprawić go ulubionymi przyprawami - w moim przypadku solą, pieprzem, słodką/ostrą papryką i skropić olejem roślinnym (wykorzystałam rzepakowy). Kurczaka grilluję przez ok. 15-20 minut - będzie się jeszcze przez chwilę podpiekał z gotową kaszą.


Jesienna kasza gryczana z warzywami, zapiekana w ciemnym sosie Łowicz
700 g pieczarek
2 duże pietruszki
3 średnie marchewki
zielona część małego pora
200 g kaszy gryczanej prażonej
1 słoiczek ciemnego sosu uniwersalnego Łowicz
ok. 400-600 ml wody (do podlewania w czasie pieczenia)
przyprawy: sól, pieprz, dowolne przyprawy według upodobania

Warzywa umyć, obrać, pokroić - pieczarki najlepiej w grube plastry (mniejsze na ćwiartki), marchewkę i pietruszkę w kostkę, pora w grube paski. Na patelni rozgrzać ok. trzy łyżki oleju rzepakowego, podsmażyć warzywa przyprawione solą i pieprzem, dusić je przez ok. 15 minut. Część pieczarek odłożyć do ułożenia na kurczaku (można ten etap pominąć). Następnie dosypać kaszę, wymieszać, zalać ok. 200 ml wody. Dodać sos, wymieszać, przełożyć do naczynia żaroodpornego. Całość jest gotowa po 40-45 minutach w temperaturze 180 stopni, ale co ok. 15 minut dolewamy stopniowo wody - tak, aby zapobiec przywieraniu. Na 10 minut przed końcem pieczenia na wierzchu układamy kurczaka i pieczarki, zapiekamy (można podnieść temperaturę do ok. 200 stopni).



Jeden sos, wiele dań. Odkryj kulinarne możliwości takie, że Łooo!

Kosmiczny tort z prażonym kokosem i gorzką czekoladą


Przepis na ten tort obiecywałam wrzucić jeszcze zimą - a tymczasem stało się jakoś tak, że nadeszło w międzyczasie lato, a potem jesień. Tort jest jednak kosmicznie fenomenalny, więc nie zasługuje na to, by jeszcze dłużej się nim egoistycznie nie podzielić. Co roku sama wymyślam sobie tort i w jeden z moich okołourodzinowych weekendów (co zwykle składa się także z celebracją ubierania bożonarodzeniowego drzewka) pieczemy go razem z Mamą. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych wypieków zawsze jest czekoladowy biszkopt i puszysta masa z gorzkiej czekolady; różne są tylko dodatki, które też - nie ukrywajmy - zimą są raczej ograniczone.W tym roku wymyśliłam sobie kokos, co jest o tyle zaskakujące, że z kokosem mam historię podobną do kawy: zapach uwielbiam, smak niekoniecznie. Bywają tygodnie, że mogłabym kokosowe słodycze jeść codziennie, potem równie dobrze asortyment na bazie tego orzecha mógłby dla mnie nie istnieć. W grudniu akurat akcje kokosa zwyżkowały, dlatego wymogi były dwa: podjąć próbę wykonania drip cake, a do tego upchnąć w torcie prażone wiórki kokosowe.Plan został zrealizowany w 100%, a jego fantastycznym efektem dzielę się poniżej.  


Bazą są biszkopty - jasny i czekoladowy - oraz masa z gorzkiej czekolady.
biszkopt czekoladowy
5 jajek
1 szklanka cukru
2 łyżeczki gorzkiego kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 budynie czekoladowe bez cukru
Budyń wsypać do szklanki, dodać kakao, szklankę dopełnić mąką pszenną. Jajka rozdzielić, żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia i odstawić. Białka ubić na sztywno z odrobiną soli, następnie dodać cukier. Do ubitej piany z białek dodać spulchnione żółtka i przesiane suche składniki ze szklanki. Delikatnie wymieszać, wlać do tortownicy (d=26 cm), wykładając jedynie dno papierem do pieczenia (boków nie smarujemy tłuszczem ani nie osypujemy bułką tartą). Piec ok. 20 minut, następnie zrzucić z wysokości kolan na złożony koc ułożony na podłodze. Ostudzony biszkopt przekroić na pół.
biszkopt jasny
4 jajka
1/2 szklanki mąki
1 szklanka cukru pudru
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki (lub więcej) ostudzonych, uprażonych wiórków kokosowych

Na suchej patelni uprażyć na rumiany kolor wiórki (w całym przepisie wykorzystamy ich ok. 100-150 g, w zależności od waszych preferencji. Najlepiej zrobić to za jednym zamachem). Ostudzić. Żółtka z proszkiem do pieczenia połączyć w miseczce do wyrośnięcia. Białka ubić z cukrem pudrem. Wyrośnięte żółtka (powinny przypominać piankę) dodać do białek. Następnie dodać przesiane mąki i delikatnie wymieszać. Biszkopt wlać do okrągłej tortownicy (jak wyżej - dno wyłożone papierem do pieczenia, boki suche) i piec przez ok. 20-25 minut. Powtórzyć manewr z rzucaniem, zostawić do ostygnięcia. Nie przecinać.


masa z gorzkiej czekolady
75g masła
75g cukru pudru
225g śmietanki 36%
225g gorzkiej czekolady
Połamaną czekoladę, śmietankę, masło i cukier umieścić w rondelku, na małym ogniu rozpuścić i zagotować, stale mieszając by się nie przypaliła. Gdy masa zacznie bulgotać należy ją odstawić i pozostawić na całą noc (nie chować do lodówki). Kolejnego dnia jedynie zmiksować przed przełożeniem, nie dodając już żadnych dodatkowych składników.
kokosowa masa grysikowa
100g masła
500ml mleka
1/2 szklanki cukru
16g cukru wanilinowego
5 czubatych łyżek kaszy manny
100-150g uprażonych wiórków kokosowych

Mleko z cukrem i cukrem wanilinowym zagotować, następnie stopniowo wsypywać kaszę mannę. Gotować do zgęstnienia, dodać pokrojone w kostkę masło i wmieszać je w masę. Na końcu dodać wiórki kokosowe i odstawić do przestygnięcia - blaty najlepiej przekłada się letnią, ale nie kompletnie wystudzoną masą.

Bułeczki do hamburgerów

Po raz pierwszy upiekłam te bułki gdzieś w okolicach 2009-2010 roku - co świadczy o tym, że jeśli udało mi się to tych kilka lat temu, to powinno udać się każdemu. Dopiero zaczynałam przygodę z pieczeniem, większość kwestii technicznych związanych z wypiekiem chleba była dla mnie czarną magią, a jedyną rzeczą, a drożdże instant dopiero zaczynały podbijać rynek, skutkiem czego ich upolowanie gdziekolwiek kończyło się wrzucaniem do koszyka nieprzyzwoitych ilości saszetek. Za to w kwestii drożdżowego pieczywa, które nie jest chlebem, te bułki są dla mnie od tego momentu numerem jeden. Upiekłam je też rok temu jako jedną z pierwszych rzeczy, do których wróciłam po bardzo długiej podróży - tak, jak powraca się do miejsc bezpiecznych i kojących. Nie ma w tym ani słowa przesady, bo to właśnie wtedy wiele się przewartościowało i właśnie od tych bułek gdzieś znów zatęskniłam za wypiekami, kuchnią, a przede wszystkim - za blogiem. Bułki za to można wyrabiać na kolanie i pozostawić do wyrośnięcia na nieprzyzwoicie długo, a i tak z piekarnika wyciągniecie puszyste, mleczne, miękkie bułeczki (a przynajmniej tak działa to u mnie). Teoretycznie to bułeczki hamburgerowe, ale dzięki dodatkowi mleka w proszku świetnie sprawdzają się też jako dodatek do dżemów, maseł orzechowych, kremów czekoladowych, konfitur, kawy i kakao. 
Bułeczki hamburgerowe (za Liską)
1 jajko
3/4 łyżeczki soli
1,5 łyżeczki cukru
3/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżeczka drożdży instant
2,5 szklanki mąki pszennej
1/3 szklanki mleka w proszku 
2 łyżki roztopionego i ostudzonego masła
Wodę, mleko, masło i cukier wymieszać w misce. Dodać drożdże i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 10 minut. Dodać jajko, połowę mąki oraz sól, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, stopniowo dodając resztę mąki. Ja nie zawsze dodaję całość mąki - im jest jej więcej, tym mniej puszyste są bułeczki po upieczeniu. Ciasto przełożyć do miseczki, przykryć suchą ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 8-10 równych części, uformować je w kulkę i delikatnie spłaszczyć. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, ponownie zostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Przed upieczeniem posmarować żółtkiem rozkłóconym z łyżką mleka. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 200°C na ok. 13-15 minut, aż nabiorą złotego koloru. 

O wielkich podróżach w głąb Europy i własnej duszy - "Droga do Ciebie"

            Podróż po Europie wydaje się być wielu Amerykanom szalenie atrakcyjna – i trudno im się w zasadzie dziwić. Po pięciu godzinach jazdy samochodem na Starym Kontynencie można zwiedzić trzy kraje; jadąc przez Teksas, po pięciu godzinach nadal jest się gdzieś w Teksasie, może nieco bliżej granicy. Tuż po ukończeniu college’u Heather Mulgrew planuje zatem, i to z nadzwyczajną starannością, wymarzoną podróż po Europie. Jedyną rzeczą, której nie udaje jej się uwzględnić, jest szansa poznania kogoś niezwykłego – i taką właśnie osobą jest Jack. I choć początkowe rozdziały raczej nie wróżą czytelnikowi, że zapała sympatią do obsesyjnie porządnej Heather i nadmiernie wyluzowanego Jacka, z każdą stroną, gdzieś między wersami, trudno oprzeć się pokusie przywiązania do całej podróżującej paczki.   

            Każda strona tej książki pełna jest niezwykłych zdarzeń, zbiegów okoliczności, emocji i porywów najbardziej kontrastowych uczuć. Trudno się zatem nudzić podczas tej szalonej podróży, zwłaszcza gdy zaledwie kilku przedstawionych bohaterów pozwala na tak różne postrzeganie tej samej podróży. Chwilami jednak miałam wrażenie, że dzieje się aż za dużo wszystkiego – zwłaszcza, gdy w grę wchodzą nastoletnie fantazje o pocałunkach w świetle księżyca, paryskich balkonikach i wielkiej miłości. Powieść jest jednak dobrze wyważona wątkami całkiem poważnymi, skłaniającymi do refleksji i dorzucającymi nieco dziegciu do tej wszechobecnej szczęśliwości; to też dobrze ukazane studium dojrzewania, które nie zawsze musi objawiać się przejściem z tego bardziej beztroskiego końca spektrum w to odpowiedzialne. „Droga do Ciebie” to tak naprawdę opowieść bardzo uniwersalna, o poszukiwaniu drugiej połówki, ale też odnajdywaniu w tych poszukiwaniach ukrytych ścieżek do przedziwnych zakątków własnej duszy.



            
       Powieści drogi w kulturze amerykańskiej cieszą się nadzwyczajną popularnością, nic dziwnego zatem, że autor tak chętnie osadził wątki swoich bohaterów właśnie w realiach pociągowo-podróżniczych. Dla mnie jednym z najciekawszych punktów ich podróży był oczywiście Kraków – trudno, żeby było inaczej, kiedy już od dłuższego czasu tutaj mieszkam. Miasto było jednak opisane dość pobieżnie, a zaraz po lekturze najlepiej pamiętałam fakt, że spośród wszystkich możliwych jadalnych rzeczy związanych z Krakowem, autor postanowił poczęstować swoich bohaterów kiełbaskami z frytkami (jedynym uzasadnieniem tego wyboru byłby fakt, że były to Kiełbaski z Niebieskiej Nyski – w przeciwnym razie skłaniam się ku stwierdzeniu, że chyba miał on na myśli currywurst). Skojarzenia związane z Polską są bardzo stereotypowe – wuj w Chicago, wódka Żubrówka (z przedziwną teorią, że jest zrobiona z anielskich łez; nie jestem koneserem alkoholi wysokoprocentowych, ale o istotach niebiańskich maczających ręce w destylacji słyszałam po raz pierwszy), Wieliczka; to z kolei nasuwa mi mało optymistyczny wniosek, że autor w Krakowie nigdy nie był, a większość podawanych informacji miała charakter typowo przewodnikowy. Najbardziej jednak rozbawiła mnie Heather pytaniem „skąd też Jack wie o kopalni w Wieliczce” – zwłaszcza, że podobno w drodze do Polski zaczytywała się w przewodniku Lonely Planet ;).
            Chwilami trudno się oprzeć pokusie, że kolejne miejsca na mapie są tylko bladym tłem dla bogatych przeżyć wewnętrznych bohaterów i ładnym plenerem, w którego okolicznościach mogą tonąć wzajemnie w swoich oczach. Warstwa lekkich zdarzeń skrywa jednak uniwersalne prawdy o pokonywaniu własnych słabości, poddawaniu swoich wyborów ponownej ocenie i zbaczaniu z utartych ścieżek. Dlatego nawet jeśli chwilami męczył mnie ocean miłości Heather – to doskonała powieść na podróż, a jeszcze lepsza, by kogoś w tę podróż wysłać. Przynajmniej ja po odłożeniu jej na półkę miałam przemożną chęć spakowania plecaka i wyruszenia w dal. I chyba właśnie o to chodzi...

Letnie origami; truskawkowe tartaletki z czekoladowym kremem z awokado

Lato pachnie truskawkami - i jest to fakt, któremu raczej trudno zaprzeczyć. Długie letnie wieczory nie sprzyjają też raczej długim i misternym działaniom w kuchni, a każde włączenie piekarnika bywa starannie rozważane pod względem potencjalnego podniesienia temperatury w pomieszczeniu. Standardowy sernik na zimno albo biszkopt z galaretką wjeżdżają na stół przy prawie każdej okazji, kiedy letnim wieczorem w ogrodzie/na balkonie gromadzi się więcej niż kilka osób. Biszkopty jednak nie są - przynajmniej dla mnie - ciastem prostym, i nie wiem też dlaczego mają taką opinię. Moje mają duże tendencje do niewyrastania, wyrastania nierówno, przywierania i opadania, przez co ich upieczenie proste raczej nie jest. Takie tartaletki (lub tartę) polecałabym właśnie osobom poszukującym jakiegoś prostego wypieku na lato, od którego mogłyby zacząć swoją przygodę z ciastami - z ciastem się świetnie pracuje, przy odrobinie dodatkowego wysiłku mogą być niezwykle efektowne, a ich największą zaletą jest chyba ich smak.
Zwykle w kuchni obowiązuje u nas w kwestii masła polityka zero tolerancji, tj. margaryna przebywa na banicji, gdy w grę wchodzą maślane kremy, świeże chleby, kruche ciasto i kanapki. Sęk w tym, że raz upiekłam to ciasto kruche z margaryną i temu właśnie przepisowi udało się tę politykę podważyć raz, a bardzo dobrze.
Kruche ciasto (ok. 6 tartaletek)
2 żółtka
200g mąki*
100g margaryny
50g cukru pudru Diamant
1-2 łyżeczki śmietany (12-18%)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
*Mąkę możecie zamieniać dowolnie. Może to być mąka wyłącznie pszenna, ale równie dobrze możecie wybrać pół na pół np. mąkę pszenną i pszenną pełnoziarnistą. Możecie też wymieszać pszenną i owsianą.
Mąkę, cukier puder i proszek do pieczenia przesiać. Dodać żółtka, margarynę i śmietanę, szybko zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto. Najlepiej schłodzić je w lodówce przez kilka godzin, zawijając je w folię spożywczą. Następnie rozwałkować, wyłożyć foremki (lub dużą formę na tartę), delikatnie nakłuć, a potem przykryć papierem do pieczenia i wysypać środek dowolnym obciążnikiem. Piec ok. 15-20 minut do zrumienienia.
Krem orzechowo-czekoladowy z awokado
1 duże awokado
30g orzechów laskowych
2 łyżeczki gorzkiego kakao
1 łyżeczka naturalnego miodu
1 średniej wielkości, dojrzały banan
Orzechy laskowe podprażyć na suchej patelni. Zawinąć w ściereczkę, delikatnie pocierając dłońmi zdjąć uprażoną skórkę. Orzechy zmielić w blenderze na pył. Dodać pokrojony miąższ awokado i banana, kakao i miód. Zblendować na gładki krem.
Wypraktykowałam też, że dodatek cukru pudru zamiast miodu sprawia, że krem nie jest już tak zdrowy, ale za to nabiera nadzwyczajnej wręcz delikatności.
Przestudzone tartaletki wypełnić do 3/4 wysokości kremem czekoladowym. Następnie ozdobić dowolnymi owocami (ja wybrałam truskawki, maliny, borówkę amerykańską i czarną porzeczkę), zalać tężejącą galaretką - najlepiej malinową lub truskawkową. Tartaletki najlepiej smakują po kilku godzinach w lodówce lub następnego dnia.

Czasem mniej znaczy lepiej, czyli o tym "czego najbardziej żałują umierający".


            Bronnie Ware zadeklarowała w jednej ze znajdujących się w książce dygresji (bardzo zresztą licznych), że stara się przede wszystkim żyć uczciwie i prosto. Po zapoznaniu się z całością tej książki trudno jednak nie zmierzyć się z pytaniem dlaczego zatem oszukuje czytelników? - prawdę powiedziawszy mam bowiem takie wrażenie zostania nabitym w butelkę, że posunę się wręcz do stwierdzenia: właśnie zostałam perfidnie oszukana.
            Czego najbardziej żałują umierający jest doskonałym przykładem na to, że temat sprawdzający się doskonale przy małej formie literackiej może czasem tylko stracić na jego rozbudowaniu. Trudno jest mi w tej chwili dotrzeć do źródłowego posta, od którego zaczęło się zainteresowanie światowych mediów tym tematem – bo co ciekawe, nie ma go również na oficjalnej stronie internetowej samej Ware, choć odnośniki znajdują się m.in. na witrynie the Guardian. Pamiętam jednak, że kiedyś się już z nim zetknęłam, i było to spotkanie krótkie, podczas którego kilku ciekawych rzeczy się dowiedziałam, ale które nie zmieniło zasadniczo mojego życia – bo poza potwierdzeniem własnych przewidywań nie dowiedziałam się niczego odkrywczego. Dla samej autorki był to tekst przełomowy, bo dzięki niemu znalazła się m.in. na konferencji TED, udzieliła wielu wywiadów telewizyjnych i radiowych, a wreszcie popełniła tę, hmm, trudną książkę.
            Bronnie Ware przedstawia tu kilka bardzo ważnych obserwacji, oswajając czytelnika równocześnie ze śmiercią i całą serią towarzyszących jej zdarzeń, od których zwykliśmy odwracać się plecami. Są to spostrzeżenia niezwykle istotne, podobnie jak i tytułowe ubolewania – i gdyby na tym poprzestać, to książka byłaby szalenie cennym, ciekawym źródłem informacji zaczerpniętych od ludzi doświadczonych życiowo, których priorytety uległy w niektórych przypadkach całkowitemu przewartościowaniu. Sęk w tym, że autorka nie mogła oprzeć się psychologiczno-radosnej, bełkotliwej narracji. I nie jest to wcale jeszcze największy problem tej książki – ona po prostu nie jest o tym, co rzekomo zapowiada. W gąszczu autobiograficznych wątków i opowieści o przeprowadzkach, podróżach po świecie i w głąb siebie, drodze do rozwoju i artystycznego sukcesu oraz medytacjach znajdują się krótkie (choć napisane z niezwykłą wrażliwością i świadczące bez wątpienia o głębokim szacunku Bronnie do opisywanych osób) wzmianki o tytułowych zagadnieniach. O ile początkowo potraktowałam nakreślenie tła autobiograficznego jako całkiem dobry pomysł dla zarysowania ogólnego kontekstu powstania tej książki, o tyle gdzieś w połowie książki ta dominacja wszechobecnej mnie zaczęła być zwyczajnie nie do zniesienia. Dygresje te zwykle zaczynały się od próby wyjaśnienia czego autorka dzięki temu spotkaniu się nauczyła, co zrozumiała – ale były tak obszerne, że przedarłszy się przez podróż na drugi koniec świata lub detaliczny opis jednej nocy po ecstasy, ja ledwo przypominałam sobie do czego w ogóle nawiązywał główny wątek.

            Nie jest to jednak książka z gatunku każdy powinien to przeczytać, żeby samemu ustrzec się podobnych błędów. Dlatego, że te same informacje da się uzyskać przeczytawszy dowolny artykuł nawiązujący do książki Bronnie bądź posłuchać udzielonego przez nią wywiadu. Zniosłabym jeszcze wszystko, ale kiedy przeczytałam o depresji ocierającej się o popełnienie samobójstwa ustępującej na przestrzeni jednej nocy, sama nie wiedziałam czy lepiej się śmiać czy płakać. Do mnie jednak nie przemawia. Od dawna nie trafiłam na książkę, po którą autentycznie nie miałam w pewnym momencie ochoty sięgnąć – chyba z żalu, że tak dobrze zapowiadający się temat przytłoczyły personalne rozterki autorki. 

Zupa-krem z zimowych warzyw w środku lata

Jestem trochę na bakier z zupami, co nie do końca pasuje do stereotypu przeciętnego Polaka. Stereotypy stereotypami, ale wychodzę też z założenia że one skądś się jednak biorą, a większość znanych mi osób ma wrażenie, że obiad bez zupy jest niekompletny, a świadomość posiadania w kuchni garnka pełnego zupy jest z kolei niezwykle kojąca. Może to takie comfort food po polsku.
Latem większą popularnością cieszą się raczej chłodniki i wszystko to, co pozwala chociaż nieznacznie się orzeźwić. Kiedy jednak lato jest takie, jakie jest - i pozwala na zjedzenie deszczowych truskawek i raczej zachęca do wypijania hektolitrów gorącej herbaty - myśl o podgrzewaniu w kółko garnka pełnego tej gęstej, rozgrzewającej zupy jakoś pozwala przeczekać kilka chłodniejszych, deszczowych dni. Przez długi czas wszystkie moje zupy-kremy zdecydowanie bardziej przypominały te pierwsze, a celem zwiększenia możliwości rozgrzewających chciałam uzyskać efekt odwrotny. Dopiero po jakimś czasie wymyśliłam rzecz bardzo prostą, a efektywną - szczegóły poniżej.
Zimowa zupa-krem na chłodne lato
1,5-2 szklanki rosołu*
3 duże ziemniaki
1,5 dużej pietruszki
1/4 dużego selera
2,5 duże marchewki
ok. 1/2 szklanki zielonej części pora pokrojonego w półksiężyce
do wywaru: 4 ziarna czarnego pieprzu, sól do smaku
Do rosołu (*lub w wersji na skróty wodę +kostkę rosołową) wrzucić pokrojone w sporą kostkę warzywa i por. Dodać pieprz, posolić, zagotować - a następnie zostawić na małym ogniu i gotować do miękkości (zwykle trwa to ok. 45 minut - 1,5 godziny). I tu właśnie jest ten prosty, a bardzo pomocny skrót - zamiast miksować od razu całość warzyw z wywarem, odlewam część płynu do szklanki. Jeśli krem jest zbyt gęsty, dolewam - w drugą stronę to raczej nie działa ;) Potem doprawić do smaku świeżo zmielonym pieprzem i zmieloną papryką chili. Ja najbardziej lubię tego typu zupy z nieprzyzwoicie maślanymi grzankami.
Tak naprawdę to od was zależy czy będzie to bardziej zupa marchewkowa, krem z ziemniaków czy błotna zupa z pora w stylu Nigelli. W mojej wersji jest niewiele selera, bo po prostu za nim nie przepadam - wypróbujcie tę wersję, która smakuje wam najbardziej. 

Historie o historii, czyli literacki kwiecień 2017


Gdybym brała udział w różnorakich wyzwaniach mających na celu przeczytanie określonej liczby książek na przestrzeni roku, kwietniowy wynik mógłby mnie głęboko zatrwożyć. Na szczęście we wszelkie tego typu postanowienia przestałam wierzyć mniej więcej na tym etapie, na którym zdałam sobie sprawę, że moje postanowienie powinnam trochę poćwiczyć przed latem co roku krystalizuje się w okolicach końc sierpnia. A poza tym to mogę poświęcić na określoną książkę tyle czasu, ile tylko mi się podoba. Co w przypadku jednej z tych kwietniowych lektur było wręcz niezbędne.

Większość kwietnia spędziłam w towarzystwie Opowieści o miłości i mroku, której autorem jest Amos Oz. Tytuł stał się szczególnie popularny teraz, po pojawieniu się ekranizacji (będącej równocześnie reżyserskim debiutem Natalie Portman) – i całe szczęście, bo do literatury twórców izraelskich jest mi szalenie daleko i pewnie nigdy nie trafiłabym na tę perłę. Opowieść jest opowieścią w każdym tego słowa znaczeniu. Bardziej niż powieść przypomina snutą zimowym wieczorem historię pełną dygresji i nawiązań; książka jest autobiografią, ale napisaną w sposób absolutnie fenomenalny. Niezbyt często zdarza mi się zastanawiać podczas lektury jak to się tworzy, że potem jest czyta się w taki sposób – jak zapisać własne myśli, by przyniosły taki efekt? – ale takie wrażenie towarzyszyło mi przez cały czas zagłębiania się w kolejne warstwy tej historii. Amos Oz sztukę operowania słowem opanował do perfekcji. Nie ma tutaj tanich sztuczek ani żonglerki formami – rozwijające się wątki ubrane są w proste, choć misternie skonstruowane zdania. W tym miejscu oklaski należą się także dla tłumacza – bo w przypadku tego autora akurat porównać oryginału z przekładem nijak nie mogę, ale tę przełożoną wersję jednak w całości kupuję. To jeden z tych przypadków, kiedy na blisko siedmiuset stronach czytelnika spowija ten tytułowy mrok i z każdą kolejną stroną intryguje coraz bardziej – i naprawdę trudno się oprzeć pokusie, by nie sięgnąć w tę gęstą ciemność po więcej. Opowieść o miłości i mroku to literatura wymagająca absolutnego i całkowitego zaangażowania. Nie da się jej czytać po kilka stron w tramwaju czy w hałaśliwym centrum handlowym. Ale z pewnością jest tej chwili uwagi całkowicie warta.

Drugą z książek, której poświęciłam dość dużo czasu, było Światło, którego nie widać autorstwa Anthony’ego Doerra. Głównie dlatego, że jest to książka, której zwyczajnie warto jest oddać dość dużo swojego czasu – bo wiele można z niej odczytać dla siebie, można się zmierzyć z wieloma uniwersalnymi prawdami. Na przestrzeni kilku(dziesięciu właściwie) lat poznajemy dwójkę bohaterów – Marie-Laure i Wernera. Pozornie nie łączy ich nic, a jednak w miarę rozwoju fabuły czytelnik zauważa coraz więcej powiązań, podświadomie zaczynając kibicować ich wspólnemu spotkaniu. To sprawnie skonstruowana opowieść pogrążona w melancholii, przypływach gniewu i oczekiwaniu. Mocno zarysowanym postaciom pierwszoplanowym towarzyszą nie mniej intrygujący bohaterowie pojawiający się na kartach książki, a elementem ważnym nieomal na równi z doskonale wykreowanymi postaciami jest też pewien szlachetny kamień. Autor stosuje też dość sprytny zabieg z podzieleniem książki na krótkie rozdziały, przeplatając losy Marie-Laure i Wernera; dzięki temu naprawdę trudno się od niej oderwać, a pozostałych do przeczytania stron (nad czym w tym akurat przypadku można ubolewać) ubywa w zastraszającym tempie. Piękna powieść historyczna – a o niewielu zdarzyło mi się mieć okazję napisać coś takiego.

W kwietniu udało mi się też trafić w bibliotece na Z Pokorą Przez Życie, czyli książkę w formie niezwykle ostatnio popularnego wywiadu-rzeki, przeprowadzoną z Wojciechem Pokorą. Pomimo wykreowania kultowych wręcz ról filmowych i imponującego dorobku teatralnego, aktor pozostaje niezwykle skromną osobą – i jest to zauważalne na nieomal każdej stronie tej książki. Jest tu sporo anegdot z życia zawodowego aktora (w tym – co zaskakujące – wiele o negatywnej aurze otaczającej Poszukiwany, poszukiwana i późniejszych reperkusjach przyjęcia roli Marysi), o pracy nad filmami oraz w teatrze. Nie brakuje tutaj też wspomnień ze współpracy z kultowymi postaciami polskiej sceny teatralnej, jest kilka historii napisanych przez innych aktorów o samym panu Wojciechu. Fani sensacji raczej nie będą zachwyceni, bo to jednak człowiek całkiem poważny, poukładany, pełen szacunku do innych – dlatego trudno tu szukać tanich plotek, ale na tym akurat książka tylko zyskuje. W całej tej aurze pozytywów pojawia się jednak pewne ale, i tutaj niestety tak strasznie chciałabym się nie zgodzić z opinią większości o trącącym banałem sposobie prowadzenia rozmowy – ale jest inaczej. Trochę tak, zwłaszcza kiedy ma się w pamięci czytaną przed kilku laty, a nadal doskonale pamiętaną rozmowę Elżbiety Baniewicz z Anną Dymną – fakt niepamięci to jedno, kwestia wypełniania powstałego wolnego miejsca sernikami i papieroskami to już co innego.Co ciekawe, na portalu LC wykopałam opinię-odpowiedź samego autora. I przyznam szczerze, że jest ona dość zaskakująca – cyt. „Jeżeli na kimś książka zrobiła fatalne wrażenie - żaden problem - każdy z nas sam może spróbować swoich sił i przeprowadzić podobny wywiad. Czytelnicy portalu Lubimy Czytać pewnie również chętnie go ocenią;)”. Mało to dojrzałe, bo szanse na to, by każdy z użytkowników miał szansę porozmawiać z legendą polskiego teatru i telewizji choćby na przystanku autobusowym są nikłe, co dopiero wspominać o wywiadzie-rzece. Urodą zawodów artystycznych jest natomiast to, że efekty takiej pracy podlegają dość brutalnej i szeroko zakrojonej ocenie – i z tym wypadałoby się liczyć. Nie muszę napisać własnej książki żeby wiedzieć, czy coś mi się podoba. Podobnie jak nie muszę mieć wykształcenia muzycznego żeby być świadomą faktu, że Lana Del Rey strasznie fałszuje na żywo.

I tym optymistycznym akcentem zakańczam swoją podróż przez zimowy kwiecień 2017 – i zachęcam Was bardzo, bardzo do sięgnięcia po Opowieść o miłości i mroku i Światło, którego nie widać.

Cytrusowe tartaletki

Owocowe tarty nie są chyba w moim przypadku tym, co Anglicy nazywają your cup of tea. Właściwie to mogłyby one dla mnie nie istnieć i nie sądzę, bym odczuła ich brak w jakikolwiek dotkliwy sposób - nawet owoce na maślanym kremie nie wywołują we mnie odczuć równie ekstatycznych co ciastka Oreo w czekoladowym kremie na czekoladowym spodzie. Myślę, że pora się przestać tym samym wreszcie oszukiwać, że nadejdą jeszcze w moim życiu dobrowolne czasy kruchych spodów na komosie ryżowej, z dwóch prostych powodów: 1) nie potrafię (za pojedynczymi przypadkami) tego upiec, 2) ze wszystkich warstw upieczonej ostatnio pro-zdrowotnej krajanki najbardziej smakowała mi daktylowa pasta pod gorzką czekoladą. Spód przypominał wizualnie, co słusznie zaobserwował inż., materiał budowlany. Podobnie smakował, nie żebym miała jakieś doświadczenie w spożywaniu cementu.
W temacie tart z owocami jednak, zwykle nie poświęcam im zbyt wiele uwagi, a wybierając coś do upieczenia na weekend zwykle wygrywa drożdżowe ciasto. Tartę (z bezą i masą przygotowaną zgodnie z przepisem) wypróbowałam po raz pierwszy latem 2013/2014 roku (pamięć to jednak zawodny sprzęt) -  pracuję wśród osób, które mają nieco szersze horyzonty kulinarne (ukłony w kierunku Marty). I jakkolwiek nie spodziewałam się, że coś podobnego może mi się spodobać (bo z Key Lime Pie mamy już napięte relacje), pudrowo-cytrusowo-kwaskowy smak tej tarty wygrał wszystkie letnie wypieki wypróbowane tamtego lata. 
Sama jednak zdecydowałam się na mniejszą formę, czyli tartaletki - są poręczniejsze, łatwiej je podzielić i przetransportować. Zrezygnowałam też całkowicie z jajek w masie (a tym samym z bezy) - zamiast masy cytrynowej postawiłam na lekki, orzeźwiający krem. Dla mnie są idealne.
Jedyny problem z tymi tartaletkami jest taki, że w porze zimowej - kiedy cytrusy są najlepsze - są zdecydowanie za bardzo orzeźwiające. W porze letniej, kiedy fantastycznie chłodzą i są doskonałą alternatywą dla ciężkich ciast - trudno o dobre cytrusy.
za kwestią smaku
spód:
1 żółtko
150 g mąki
szczypta soli
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki zimnej wody
100 g zimnego masła
Mąkę wymieszać z cukrem i solą. Dodać posiekane masło, zagnieść, następnie dodać wodę i żółtko, zagnieść gładkie, nieklejące się masło. Schłodzić przez godzinę w lodówce. Następnie foremki wysmarować delikatnie masłem, wyłożyć je ciastem i piec do zrumienienia - w zależności od piekarnika między 15 a 25 minut. 
masa cytrusowa:
100 g masła
125 ml wody
60 ml soku z pomarańczy
2 łyżki mąki ziemniaczanej
125 ml soku z cytryny (2 cytryny)
skórka otarta z dwóch cytryn (sparzonych wrzątkiem)
Wycisnąć sok z cytryny i pomarańczy, przecedzić przez sitko. W rondelku z grubym dnem zagotować sok, wodę, skórkę z cytryny, mąkę ziemniaczaną i cukier. Masę zestawić z ognia i dodać pokrojone na małe kawałki masło. Mieszać bezustannie do połączenia wszystkich składników i zgęstnienia. Masę wyłożyć na kruche ciasto - można podawać od razu.
To chyba mój ulubiony przepis spośród tych, które tak bezpośrednio kojarzą mi się z latem. Mało tu jednak wspomnień toskańsko-lazurowooceanicznych, bo mi akurat przywodzą na myśl jedne z pierwszych letnich miesięcy spędzanych w dużym mieście, zapach rozgrzanego asfaltu i ulice zalane gęstym, popołudniowym słońcem, w którym każdy poruszał się po wyjściu z pracy jakby trochę wolniej. Zima ma swoje plusy - jednak letnia golden hour, gdy temperatura jest już mniej dokuczliwa, ale po wyjściu z budynku człowieka nadal otula przyjazne ciepło, jest bezkonkurencyjna. 

Cinco de Mayo - słowem, każdy pretekst jest dobry, by zjeść awokado

Cinco de Mayo niekoniecznie jest świętem dotykającym Amerykanów bezpośrednio, ale niespecjalnie im to przeszkadza w obchodzeniu go ze szczególnym rozmachem. Każda okazja do rozpalenia grilla, przygotowania ilości jedzenia stosownych dla wojska i spożycia pseudopiwa o wdzięcznej nazwie Corona jest w końcu dobra, by zgromadzić wokół siebie bliskich. Kultura latynoska jest też w narodzie amerykańskim zakorzeniona tak silnie, że nawet urzędujący współcześnie prezydent nie zdoła jej wyrwać. Na lotniskach położonych w stanach na południu o wiele łatwiej jest uzyskać informacje posługując się hiszpańskim, a w niektórych sieciówkach tylko pojedyncze osoby wspinają się na wyżyny swoich zdolności interpersonalnych i sięgają do anglojęzycznego leksykonu. Fraza "Yo hablo español" spotyka się z powszechnym uznaniem i otwiera wiele, wiele drzwi. Poza tymi oczywistymi trudnościami, Ameryka byłaby pośrodku dzikiego stepu bez ukochanych nachos (najlepiej zalanych plastikowym serem z tubki), guacamole, a kuchnia Tex-Mex zostałaby tylko Tex-, przez co zapewne na suchym steku by się zaczynała i równie szybko w tym miejscu kończyła. 
Wrodzona sympatia do awokado skłoniła mnie już w tym roku do upieczenia go w cieście z orzechami laskowymi i przerobienia na krem czekoladowy z bananem. Jak się zatem zapewne domyślacie, nie mogłam przejść obojętnie obok takiego pomysłu. A że pogoda nie sprzyja temu, żeby podejmować działania typu fit, przepis nie jest fit, tym bardziej nie po moich modyfikacjach. 
Sałatka
1 puszka kukurydzy
1 duże, dojrzałe awokado
100g startego żółtego sera
garść posiekanego szczypiorku
250-300g wysmażonego boczku
kilka posiekanych gałązek kolendry
250g ugotowanego makaronu (wybrałam Farfallini)
Sos:
4-5 łyżek majonezu
świeżo zmielony pieprz
2 łyżeczki soku z cytryny
1/2 łyżeczki papryki chilli w proszku
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
1-1,5 łyżeczki sosu (Hot Chilli lub Sriracha - użyłam tego drugiego)

Wszystkie składniki połączyć - awokado najlepiej pokroić w kostkę i od razu delikatnie skropić cytryną. Delikatnie wymieszać z ostudzonym makaronem. Wszystkie składniki sosu wymieszać, doprawić do smaku. Wymieszać, odstawić na co najmniej pół godziny do lodówki.


Znalazłam wreszcie chwilę czasu, by napisać kilka słów o przeczytanych w marcu książkach (i powinnam chyba już zabrać się za podsumowanie kwietnia) – a warto! Choć niewiele w tym stosiku było nowości. 

W końcu udało mi się zacząć serię książek Katarzyny Puzyńskiej – do serii w dalekim stadium zaawansowania zwykle zniechęca mnie fakt, że ich chronologiczne czytanie jest mocno utrudnione przez np. brak aktualnie niezbędnej mi części w bibliotece albo kosmiczny czas oczekiwania w kolejce. Odkąd mam czytnik jest to dużo prostsze, bo serie mogę przechowywać w całości pod ręką i sięgać po książki w dowolnej chwili - zaczęłam zatem od Motylka i był to początek zaskakująco dobry (a debiut nawet doskonały). Przede wszystkim wyraźnie zarysowane jest tutaj tło obyczajowe, chwilami miałam wrażenie, że wręcz dominuje nad intrygą kryminalną – to po części zaleta, bo książka w ten sposób doskonale oddaje klimat małomiasteczkowej mentalności, ale ilość tych wątków była nieco przytłaczająca. Bohaterów jest wielu - są to za to postaci dobrze zarysowane, zapadające w pamięć (może poza główną bohaterką), sam wątek kryminalny poprowadzony jest sprawnie, choć trudno w pewnym momencie oprzeć się przekonaniu, że coś nam umknęło i daliśmy się autorce sprowadzić na manowce celem wzbudzenia późniejszego zaskoczenia. Niemniej jednak jest to lektura ciekawa, a przede wszystkim bardzo wciągająca – każdy kolejny podrozdział kończy się w taki sposób, że nie podobna książki odłożyć.
Może w kolejnej części uda mi się za to bardziej przekonać się do Weroniki; za dużo w jej historii typowych cliché i historii opowiedzianych już tyle razy, że kolejna przeprowadzka na wieś do zrujnowanego dworku zaczyna mi trochę zbyt intensywnie pachnieć naiwnością.

Zupełnie inny nurt literacki to Odnalezieni Anny Kamińskiej. Autorka porusza temat, który w Polsce nadal wzbudza skrajne uczucia. Mało się mówi o adopcji, mało się mówi o poszukiwaniach własnej rodziny – w tej książce za to otrzymujemy możliwość przyjrzenia się 12 odmiennym historiom związanym z odnalezieniem i poznaniem biologicznego rodzeństwa. To dobrze skonstruowana językowo i rzetelnie przygotowana pozycja, która pozwala na poznanie ludzkich reakcji w sytuacjach często wykraczających poza nasz własny zakres poznania. Są w niej momenty wzruszające zrównoważone trudnymi rozczarowaniami, są historie podnoszące na duchu i te pozbawiające wszelkich złudzeń. Choć autorka podnosi trudny temat, czyni to w sposób bardzo delikatny i pozwala, by mówili przede wszystkim rozmówcy, sama stając się jedynie transparentnym towarzyszem konwersacji.
Trudno mi też nie wspomnieć o okładce, bo uważam wydanie książki za jedno z najlepszych, jakie miałam ostatnimi czasy w ręku. Dawno nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że samo zdjęcie umieszczone na przedzie książki jest aż tak bardzo wymowne w odniesieniu do jej treści, będąc równocześnie tak subtelnym w swojej dosłowności.

Jedną z najważniejszych marcowych pozycji jest autobiograficzna książka napisana przez Hyeonseo Lee, Dziewczyna o siedmiu imionach. Mam ostatnimi czasy wrażenie, że zaistniało nadzwyczajne zapotrzebowanie na literaturę i fotoreportaże dotyczące Korei Północnej. O ile kraj ten widziany oczyma obcokrajowców zawsze zdumiewa, tak możliwość spojrzenia z perspektywy osoby wychowanej w reżimie po prostu poraża. Korea Północna stała się teraz takim miejscem, jakim dekadę temu był Czarnobyl (i Prypeć) – bardzo odległym, wzbudzającym zaciekawienie równoważne głębokiemu przerażeniu, niezwykle niedostępne i dlatego tak bardzo kuszące jako cel wypraw. Sięgnęłam po tę książkę przeczytawszy uprzednio Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit autorstwa Suki Kim (która była opowieścią nie tyle nieciekawą, co po prostu średnio sprawnie napisaną) i prawdę mówiąc, z dość dużą nieufnością podchodziłam do książki napisanej przez Hyeonseo. Niesłusznie – to książka, która daje wgląd w pełne spektrum absurdu i niesprawiedliwości rządzących życiem Koreańczyków z północy. To opowieść, która wzrusza, przeraża, porusza i skłania do przemyśleń; trudno było w pewnym momencie uwierzyć, że nie jest to fikcja literacka, a po prostu chronologiczny zapis zdarzeń wyjęty z życia jednej osoby. Czyta się tę historię jednym tchem, podążając za autorką przez meandry jej życia. Nie znamy Korei i niewiele o niej wiemy – ale ta książka uchyla nieśmiało pewne drzwi i pozwala zajrzeć z wysokości wzniesień nad Hyesan w świat tak odmienny od naszego. Lektura obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej tym tematem, bo ukazuje szeroką rangę problemów, z którymi styka się osoba, której i tak cudem udało się opuścić granice własnego kraju. 

Marzec zamknęła lektura Everest. Na pewną śmierć. Nie do końca jest to moja tematyka, nie interesuje mnie nawet na tyle wspinaczka (co dopiero wysokogórska), by zapewne zaczytywać się w książkach o tej tematyce na poziomie dogłębnego przeżycia, ale jakieś przeżycia podczas lektury były. Głównie niemożliwe do ogarnięcia zdumienie, że postać tak kreskówkowo przerysowana jak Beck Weathers istnieje naprawdę. Podzieliłabym tę książkę na trzy części – pierwsza od razu uderza czytelnika wprost, intryguje, kolejne strony przewraca się z niezwykłym zapałem, chcąc odkryć kolejne fakty dotyczące tej jednej fatalnej wyprawy na Everest. Później, przez kolejne dwie części, jest już tylko tendencja spadkowa i zanurzanie się w osobistych rozterkach oraz retrospekcjach. Samej wyprawie poświęca się tutaj mało miejsca, jest to dość pobieżny opis pasujący raczej do nieco bardziej rozbudowanej strony internetowej niż publikacji w książce; być może jednak intencją autora było właśnie bardziej ukazanie jego przemiany, własnych duchowych doznań i przewartościowania swojego życia. I to ma pewien sens, bo napisanie drugiej opowieści poświęconej w całości wyprawie byłoby powtarzaniem wszystkiego, co zdołał już na ten temat powiedzieć Jon Krakauer. Z perspektywy technicznej nie jest z pewnością napisana w sposób porywający, ułożenie trzech odrębnych części jest również co najmniej zdumiewające – nie mam pojęcia czyim zdaniem rozdział o własnym dzieciństwie miałby zaintrygować czytelnika na tyle, że poznawszy historię o zdarzeniach ze szczytu Everestu nie odłoży już książki na półkę. Przeczytałam tę książkę głównie dlatego, że nadal jestem na etapie nieodkładania książek raz zaczętych (i z chęci porównania literackiej historii z filmem z 2015), ale Beck Weathers czym dalej w książkę, tym bardziej stawał się irytujący - nawet gdy podejmowałam wszelkie próby zrozumienia i usprawiedliwienia różnych decyzji próbą uwolnienia się od przemożnego smutku. Margaret „Peach” Weathers powinna za to chyba zostać kanonizowana.