Letnie origami; truskawkowe tartaletki z czekoladowym kremem z awokado

Lato pachnie truskawkami - i jest to fakt, któremu raczej trudno zaprzeczyć. Długie letnie wieczory nie sprzyjają też raczej długim i misternym działaniom w kuchni, a każde włączenie piekarnika bywa starannie rozważane pod względem potencjalnego podniesienia temperatury w pomieszczeniu. Standardowy sernik na zimno albo biszkopt z galaretką wjeżdżają na stół przy prawie każdej okazji, kiedy letnim wieczorem w ogrodzie/na balkonie gromadzi się więcej niż kilka osób. Biszkopty jednak nie są - przynajmniej dla mnie - ciastem prostym, i nie wiem też dlaczego mają taką opinię. Moje mają duże tendencje do niewyrastania, wyrastania nierówno, przywierania i opadania, przez co ich upieczenie proste raczej nie jest. Takie tartaletki (lub tartę) polecałabym właśnie osobom poszukującym jakiegoś prostego wypieku na lato, od którego mogłyby zacząć swoją przygodę z ciastami - z ciastem się świetnie pracuje, przy odrobinie dodatkowego wysiłku mogą być niezwykle efektowne, a ich największą zaletą jest chyba ich smak.
Zwykle w kuchni obowiązuje u nas w kwestii masła polityka zero tolerancji, tj. margaryna przebywa na banicji, gdy w grę wchodzą maślane kremy, świeże chleby, kruche ciasto i kanapki. Sęk w tym, że raz upiekłam to ciasto kruche z margaryną i temu właśnie przepisowi udało się tę politykę podważyć raz, a bardzo dobrze.
Kruche ciasto (ok. 6 tartaletek)
2 żółtka
200g mąki*
100g margaryny
50g cukru pudru Diamant
1-2 łyżeczki śmietany (12-18%)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
*Mąkę możecie zamieniać dowolnie. Może to być mąka wyłącznie pszenna, ale równie dobrze możecie wybrać pół na pół np. mąkę pszenną i pszenną pełnoziarnistą. Możecie też wymieszać pszenną i owsianą.
Mąkę, cukier puder i proszek do pieczenia przesiać. Dodać żółtka, margarynę i śmietanę, szybko zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto. Najlepiej schłodzić je w lodówce przez kilka godzin, zawijając je w folię spożywczą. Następnie rozwałkować, wyłożyć foremki (lub dużą formę na tartę), delikatnie nakłuć, a potem przykryć papierem do pieczenia i wysypać środek dowolnym obciążnikiem. Piec ok. 15-20 minut do zrumienienia.
Krem orzechowo-czekoladowy z awokado
1 duże awokado
30g orzechów laskowych
2 łyżeczki gorzkiego kakao
1 łyżeczka naturalnego miodu
1 średniej wielkości, dojrzały banan
Orzechy laskowe podprażyć na suchej patelni. Zawinąć w ściereczkę, delikatnie pocierając dłońmi zdjąć uprażoną skórkę. Orzechy zmielić w blenderze na pył. Dodać pokrojony miąższ awokado i banana, kakao i miód. Zblendować na gładki krem.
Wypraktykowałam też, że dodatek cukru pudru zamiast miodu sprawia, że krem nie jest już tak zdrowy, ale za to nabiera nadzwyczajnej wręcz delikatności.
Przestudzone tartaletki wypełnić do 3/4 wysokości kremem czekoladowym. Następnie ozdobić dowolnymi owocami (ja wybrałam truskawki, maliny, borówkę amerykańską i czarną porzeczkę), zalać tężejącą galaretką - najlepiej malinową lub truskawkową. Tartaletki najlepiej smakują po kilku godzinach w lodówce lub następnego dnia.

A cukier nie zawsze jest aż tak zły, jak go przedstawiają - 
o czym więcej na uczymyjakslodzic.pl

Cukier z głową

Czasem mniej znaczy lepiej, czyli o tym "czego najbardziej żałują umierający".


            Bronnie Ware zadeklarowała w jednej ze znajdujących się w książce dygresji (bardzo zresztą licznych), że stara się przede wszystkim żyć uczciwie i prosto. Po zapoznaniu się z całością tej książki trudno jednak nie zmierzyć się z pytaniem dlaczego zatem oszukuje czytelników? - prawdę powiedziawszy mam bowiem takie wrażenie zostania nabitym w butelkę, że posunę się wręcz do stwierdzenia: właśnie zostałam perfidnie oszukana.
            Czego najbardziej żałują umierający jest doskonałym przykładem na to, że temat sprawdzający się doskonale przy małej formie literackiej może czasem tylko stracić na jego rozbudowaniu. Trudno jest mi w tej chwili dotrzeć do źródłowego posta, od którego zaczęło się zainteresowanie światowych mediów tym tematem – bo co ciekawe, nie ma go również na oficjalnej stronie internetowej samej Ware, choć odnośniki znajdują się m.in. na witrynie the Guardian. Pamiętam jednak, że kiedyś się już z nim zetknęłam, i było to spotkanie krótkie, podczas którego kilku ciekawych rzeczy się dowiedziałam, ale które nie zmieniło zasadniczo mojego życia – bo poza potwierdzeniem własnych przewidywań nie dowiedziałam się niczego odkrywczego. Dla samej autorki był to tekst przełomowy, bo dzięki niemu znalazła się m.in. na konferencji TED, udzieliła wielu wywiadów telewizyjnych i radiowych, a wreszcie popełniła tę, hmm, trudną książkę.
            Bronnie Ware przedstawia tu kilka bardzo ważnych obserwacji, oswajając czytelnika równocześnie ze śmiercią i całą serią towarzyszących jej zdarzeń, od których zwykliśmy odwracać się plecami. Są to spostrzeżenia niezwykle istotne, podobnie jak i tytułowe ubolewania – i gdyby na tym poprzestać, to książka byłaby szalenie cennym, ciekawym źródłem informacji zaczerpniętych od ludzi doświadczonych życiowo, których priorytety uległy w niektórych przypadkach całkowitemu przewartościowaniu. Sęk w tym, że autorka nie mogła oprzeć się psychologiczno-radosnej, bełkotliwej narracji. I nie jest to wcale jeszcze największy problem tej książki – ona po prostu nie jest o tym, co rzekomo zapowiada. W gąszczu autobiograficznych wątków i opowieści o przeprowadzkach, podróżach po świecie i w głąb siebie, drodze do rozwoju i artystycznego sukcesu oraz medytacjach znajdują się krótkie (choć napisane z niezwykłą wrażliwością i świadczące bez wątpienia o głębokim szacunku Bronnie do opisywanych osób) wzmianki o tytułowych zagadnieniach. O ile początkowo potraktowałam nakreślenie tła autobiograficznego jako całkiem dobry pomysł dla zarysowania ogólnego kontekstu powstania tej książki, o tyle gdzieś w połowie książki ta dominacja wszechobecnej mnie zaczęła być zwyczajnie nie do zniesienia. Dygresje te zwykle zaczynały się od próby wyjaśnienia czego autorka dzięki temu spotkaniu się nauczyła, co zrozumiała – ale były tak obszerne, że przedarłszy się przez podróż na drugi koniec świata lub detaliczny opis jednej nocy po ecstasy, ja ledwo przypominałam sobie do czego w ogóle nawiązywał główny wątek.

            Nie jest to jednak książka z gatunku każdy powinien to przeczytać, żeby samemu ustrzec się podobnych błędów. Dlatego, że te same informacje da się uzyskać przeczytawszy dowolny artykuł nawiązujący do książki Bronnie bądź posłuchać udzielonego przez nią wywiadu. Zniosłabym jeszcze wszystko, ale kiedy przeczytałam o depresji ocierającej się o popełnienie samobójstwa ustępującej na przestrzeni jednej nocy, sama nie wiedziałam czy lepiej się śmiać czy płakać. Do mnie jednak nie przemawia. Od dawna nie trafiłam na książkę, po którą autentycznie nie miałam w pewnym momencie ochoty sięgnąć – chyba z żalu, że tak dobrze zapowiadający się temat przytłoczyły personalne rozterki autorki. 

Zupa-krem z zimowych warzyw w środku lata

Jestem trochę na bakier z zupami, co nie do końca pasuje do stereotypu przeciętnego Polaka. Stereotypy stereotypami, ale wychodzę też z założenia że one skądś się jednak biorą, a większość znanych mi osób ma wrażenie, że obiad bez zupy jest niekompletny, a świadomość posiadania w kuchni garnka pełnego zupy jest z kolei niezwykle kojąca. Może to takie comfort food po polsku.
Latem większą popularnością cieszą się raczej chłodniki i wszystko to, co pozwala chociaż nieznacznie się orzeźwić. Kiedy jednak lato jest takie, jakie jest - i pozwala na zjedzenie deszczowych truskawek i raczej zachęca do wypijania hektolitrów gorącej herbaty - myśl o podgrzewaniu w kółko garnka pełnego tej gęstej, rozgrzewającej zupy jakoś pozwala przeczekać kilka chłodniejszych, deszczowych dni. Przez długi czas wszystkie moje zupy-kremy zdecydowanie bardziej przypominały te pierwsze, a celem zwiększenia możliwości rozgrzewających chciałam uzyskać efekt odwrotny. Dopiero po jakimś czasie wymyśliłam rzecz bardzo prostą, a efektywną - szczegóły poniżej.
Zimowa zupa-krem na chłodne lato
1,5-2 szklanki rosołu*
3 duże ziemniaki
1,5 dużej pietruszki
1/4 dużego selera
2,5 duże marchewki
ok. 1/2 szklanki zielonej części pora pokrojonego w półksiężyce
do wywaru: 4 ziarna czarnego pieprzu, sól do smaku
Do rosołu (*lub w wersji na skróty wodę +kostkę rosołową) wrzucić pokrojone w sporą kostkę warzywa i por. Dodać pieprz, posolić, zagotować - a następnie zostawić na małym ogniu i gotować do miękkości (zwykle trwa to ok. 45 minut - 1,5 godziny). I tu właśnie jest ten prosty, a bardzo pomocny skrót - zamiast miksować od razu całość warzyw z wywarem, odlewam część płynu do szklanki. Jeśli krem jest zbyt gęsty, dolewam - w drugą stronę to raczej nie działa ;) Potem doprawić do smaku świeżo zmielonym pieprzem i zmieloną papryką chili. Ja najbardziej lubię tego typu zupy z nieprzyzwoicie maślanymi grzankami.
Tak naprawdę to od was zależy czy będzie to bardziej zupa marchewkowa, krem z ziemniaków czy błotna zupa z pora w stylu Nigelli. W mojej wersji jest niewiele selera, bo po prostu za nim nie przepadam - wypróbujcie tę wersję, która smakuje wam najbardziej. 

Historie o historii, czyli literacki kwiecień 2017


Gdybym brała udział w różnorakich wyzwaniach mających na celu przeczytanie określonej liczby książek na przestrzeni roku, kwietniowy wynik mógłby mnie głęboko zatrwożyć. Na szczęście we wszelkie tego typu postanowienia przestałam wierzyć mniej więcej na tym etapie, na którym zdałam sobie sprawę, że moje postanowienie powinnam trochę poćwiczyć przed latem co roku krystalizuje się w okolicach końc sierpnia. A poza tym to mogę poświęcić na określoną książkę tyle czasu, ile tylko mi się podoba. Co w przypadku jednej z tych kwietniowych lektur było wręcz niezbędne.

Większość kwietnia spędziłam w towarzystwie Opowieści o miłości i mroku, której autorem jest Amos Oz. Tytuł stał się szczególnie popularny teraz, po pojawieniu się ekranizacji (będącej równocześnie reżyserskim debiutem Natalie Portman) – i całe szczęście, bo do literatury twórców izraelskich jest mi szalenie daleko i pewnie nigdy nie trafiłabym na tę perłę. Opowieść jest opowieścią w każdym tego słowa znaczeniu. Bardziej niż powieść przypomina snutą zimowym wieczorem historię pełną dygresji i nawiązań; książka jest autobiografią, ale napisaną w sposób absolutnie fenomenalny. Niezbyt często zdarza mi się zastanawiać podczas lektury jak to się tworzy, że potem jest czyta się w taki sposób – jak zapisać własne myśli, by przyniosły taki efekt? – ale takie wrażenie towarzyszyło mi przez cały czas zagłębiania się w kolejne warstwy tej historii. Amos Oz sztukę operowania słowem opanował do perfekcji. Nie ma tutaj tanich sztuczek ani żonglerki formami – rozwijające się wątki ubrane są w proste, choć misternie skonstruowane zdania. W tym miejscu oklaski należą się także dla tłumacza – bo w przypadku tego autora akurat porównać oryginału z przekładem nijak nie mogę, ale tę przełożoną wersję jednak w całości kupuję. To jeden z tych przypadków, kiedy na blisko siedmiuset stronach czytelnika spowija ten tytułowy mrok i z każdą kolejną stroną intryguje coraz bardziej – i naprawdę trudno się oprzeć pokusie, by nie sięgnąć w tę gęstą ciemność po więcej. Opowieść o miłości i mroku to literatura wymagająca absolutnego i całkowitego zaangażowania. Nie da się jej czytać po kilka stron w tramwaju czy w hałaśliwym centrum handlowym. Ale z pewnością jest tej chwili uwagi całkowicie warta.

Drugą z książek, której poświęciłam dość dużo czasu, było Światło, którego nie widać autorstwa Anthony’ego Doerra. Głównie dlatego, że jest to książka, której zwyczajnie warto jest oddać dość dużo swojego czasu – bo wiele można z niej odczytać dla siebie, można się zmierzyć z wieloma uniwersalnymi prawdami. Na przestrzeni kilku(dziesięciu właściwie) lat poznajemy dwójkę bohaterów – Marie-Laure i Wernera. Pozornie nie łączy ich nic, a jednak w miarę rozwoju fabuły czytelnik zauważa coraz więcej powiązań, podświadomie zaczynając kibicować ich wspólnemu spotkaniu. To sprawnie skonstruowana opowieść pogrążona w melancholii, przypływach gniewu i oczekiwaniu. Mocno zarysowanym postaciom pierwszoplanowym towarzyszą nie mniej intrygujący bohaterowie pojawiający się na kartach książki, a elementem ważnym nieomal na równi z doskonale wykreowanymi postaciami jest też pewien szlachetny kamień. Autor stosuje też dość sprytny zabieg z podzieleniem książki na krótkie rozdziały, przeplatając losy Marie-Laure i Wernera; dzięki temu naprawdę trudno się od niej oderwać, a pozostałych do przeczytania stron (nad czym w tym akurat przypadku można ubolewać) ubywa w zastraszającym tempie. Piękna powieść historyczna – a o niewielu zdarzyło mi się mieć okazję napisać coś takiego.

W kwietniu udało mi się też trafić w bibliotece na Z Pokorą Przez Życie, czyli książkę w formie niezwykle ostatnio popularnego wywiadu-rzeki, przeprowadzoną z Wojciechem Pokorą. Pomimo wykreowania kultowych wręcz ról filmowych i imponującego dorobku teatralnego, aktor pozostaje niezwykle skromną osobą – i jest to zauważalne na nieomal każdej stronie tej książki. Jest tu sporo anegdot z życia zawodowego aktora (w tym – co zaskakujące – wiele o negatywnej aurze otaczającej Poszukiwany, poszukiwana i późniejszych reperkusjach przyjęcia roli Marysi), o pracy nad filmami oraz w teatrze. Nie brakuje tutaj też wspomnień ze współpracy z kultowymi postaciami polskiej sceny teatralnej, jest kilka historii napisanych przez innych aktorów o samym panu Wojciechu. Fani sensacji raczej nie będą zachwyceni, bo to jednak człowiek całkiem poważny, poukładany, pełen szacunku do innych – dlatego trudno tu szukać tanich plotek, ale na tym akurat książka tylko zyskuje. W całej tej aurze pozytywów pojawia się jednak pewne ale, i tutaj niestety tak strasznie chciałabym się nie zgodzić z opinią większości o trącącym banałem sposobie prowadzenia rozmowy – ale jest inaczej. Trochę tak, zwłaszcza kiedy ma się w pamięci czytaną przed kilku laty, a nadal doskonale pamiętaną rozmowę Elżbiety Baniewicz z Anną Dymną – fakt niepamięci to jedno, kwestia wypełniania powstałego wolnego miejsca sernikami i papieroskami to już co innego.Co ciekawe, na portalu LC wykopałam opinię-odpowiedź samego autora. I przyznam szczerze, że jest ona dość zaskakująca – cyt. „Jeżeli na kimś książka zrobiła fatalne wrażenie - żaden problem - każdy z nas sam może spróbować swoich sił i przeprowadzić podobny wywiad. Czytelnicy portalu Lubimy Czytać pewnie również chętnie go ocenią;)”. Mało to dojrzałe, bo szanse na to, by każdy z użytkowników miał szansę porozmawiać z legendą polskiego teatru i telewizji choćby na przystanku autobusowym są nikłe, co dopiero wspominać o wywiadzie-rzece. Urodą zawodów artystycznych jest natomiast to, że efekty takiej pracy podlegają dość brutalnej i szeroko zakrojonej ocenie – i z tym wypadałoby się liczyć. Nie muszę napisać własnej książki żeby wiedzieć, czy coś mi się podoba. Podobnie jak nie muszę mieć wykształcenia muzycznego żeby być świadomą faktu, że Lana Del Rey strasznie fałszuje na żywo.

I tym optymistycznym akcentem zakańczam swoją podróż przez zimowy kwiecień 2017 – i zachęcam Was bardzo, bardzo do sięgnięcia po Opowieść o miłości i mroku i Światło, którego nie widać.

Cytrusowe tartaletki

Owocowe tarty nie są chyba w moim przypadku tym, co Anglicy nazywają your cup of tea. Właściwie to mogłyby one dla mnie nie istnieć i nie sądzę, bym odczuła ich brak w jakikolwiek dotkliwy sposób - nawet owoce na maślanym kremie nie wywołują we mnie odczuć równie ekstatycznych co ciastka Oreo w czekoladowym kremie na czekoladowym spodzie. Myślę, że pora się przestać tym samym wreszcie oszukiwać, że nadejdą jeszcze w moim życiu dobrowolne czasy kruchych spodów na komosie ryżowej, z dwóch prostych powodów: 1) nie potrafię (za pojedynczymi przypadkami) tego upiec, 2) ze wszystkich warstw upieczonej ostatnio pro-zdrowotnej krajanki najbardziej smakowała mi daktylowa pasta pod gorzką czekoladą. Spód przypominał wizualnie, co słusznie zaobserwował inż., materiał budowlany. Podobnie smakował, nie żebym miała jakieś doświadczenie w spożywaniu cementu.
W temacie tart z owocami jednak, zwykle nie poświęcam im zbyt wiele uwagi, a wybierając coś do upieczenia na weekend zwykle wygrywa drożdżowe ciasto. Tartę (z bezą i masą przygotowaną zgodnie z przepisem) wypróbowałam po raz pierwszy latem 2013/2014 roku (pamięć to jednak zawodny sprzęt) -  pracuję wśród osób, które mają nieco szersze horyzonty kulinarne (ukłony w kierunku Marty). I jakkolwiek nie spodziewałam się, że coś podobnego może mi się spodobać (bo z Key Lime Pie mamy już napięte relacje), pudrowo-cytrusowo-kwaskowy smak tej tarty wygrał wszystkie letnie wypieki wypróbowane tamtego lata. 
Sama jednak zdecydowałam się na mniejszą formę, czyli tartaletki - są poręczniejsze, łatwiej je podzielić i przetransportować. Zrezygnowałam też całkowicie z jajek w masie (a tym samym z bezy) - zamiast masy cytrynowej postawiłam na lekki, orzeźwiający krem. Dla mnie są idealne.
Jedyny problem z tymi tartaletkami jest taki, że w porze zimowej - kiedy cytrusy są najlepsze - są zdecydowanie za bardzo orzeźwiające. W porze letniej, kiedy fantastycznie chłodzą i są doskonałą alternatywą dla ciężkich ciast - trudno o dobre cytrusy.
za kwestią smaku
spód:
1 żółtko
150 g mąki
szczypta soli
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki zimnej wody
100 g zimnego masła
Mąkę wymieszać z cukrem i solą. Dodać posiekane masło, zagnieść, następnie dodać wodę i żółtko, zagnieść gładkie, nieklejące się masło. Schłodzić przez godzinę w lodówce. Następnie foremki wysmarować delikatnie masłem, wyłożyć je ciastem i piec do zrumienienia - w zależności od piekarnika między 15 a 25 minut. 
masa cytrusowa:
100 g masła
125 ml wody
60 ml soku z pomarańczy
2 łyżki mąki ziemniaczanej
125 ml soku z cytryny (2 cytryny)
skórka otarta z dwóch cytryn (sparzonych wrzątkiem)
Wycisnąć sok z cytryny i pomarańczy, przecedzić przez sitko. W rondelku z grubym dnem zagotować sok, wodę, skórkę z cytryny, mąkę ziemniaczaną i cukier. Masę zestawić z ognia i dodać pokrojone na małe kawałki masło. Mieszać bezustannie do połączenia wszystkich składników i zgęstnienia. Masę wyłożyć na kruche ciasto - można podawać od razu.
To chyba mój ulubiony przepis spośród tych, które tak bezpośrednio kojarzą mi się z latem. Mało tu jednak wspomnień toskańsko-lazurowooceanicznych, bo mi akurat przywodzą na myśl jedne z pierwszych letnich miesięcy spędzanych w dużym mieście, zapach rozgrzanego asfaltu i ulice zalane gęstym, popołudniowym słońcem, w którym każdy poruszał się po wyjściu z pracy jakby trochę wolniej. Zima ma swoje plusy - jednak letnia golden hour, gdy temperatura jest już mniej dokuczliwa, ale po wyjściu z budynku człowieka nadal otula przyjazne ciepło, jest bezkonkurencyjna. 

Cinco de Mayo - słowem, każdy pretekst jest dobry, by zjeść awokado

Cinco de Mayo niekoniecznie jest świętem dotykającym Amerykanów bezpośrednio, ale niespecjalnie im to przeszkadza w obchodzeniu go ze szczególnym rozmachem. Każda okazja do rozpalenia grilla, przygotowania ilości jedzenia stosownych dla wojska i spożycia pseudopiwa o wdzięcznej nazwie Corona jest w końcu dobra, by zgromadzić wokół siebie bliskich. Kultura latynoska jest też w narodzie amerykańskim zakorzeniona tak silnie, że nawet urzędujący współcześnie prezydent nie zdoła jej wyrwać. Na lotniskach położonych w stanach na południu o wiele łatwiej jest uzyskać informacje posługując się hiszpańskim, a w niektórych sieciówkach tylko pojedyncze osoby wspinają się na wyżyny swoich zdolności interpersonalnych i sięgają do anglojęzycznego leksykonu. Fraza "Yo hablo español" spotyka się z powszechnym uznaniem i otwiera wiele, wiele drzwi. Poza tymi oczywistymi trudnościami, Ameryka byłaby pośrodku dzikiego stepu bez ukochanych nachos (najlepiej zalanych plastikowym serem z tubki), guacamole, a kuchnia Tex-Mex zostałaby tylko Tex-, przez co zapewne na suchym steku by się zaczynała i równie szybko w tym miejscu kończyła. 
Wrodzona sympatia do awokado skłoniła mnie już w tym roku do upieczenia go w cieście z orzechami laskowymi i przerobienia na krem czekoladowy z bananem. Jak się zatem zapewne domyślacie, nie mogłam przejść obojętnie obok takiego pomysłu. A że pogoda nie sprzyja temu, żeby podejmować działania typu fit, przepis nie jest fit, tym bardziej nie po moich modyfikacjach. 
Sałatka
1 puszka kukurydzy
1 duże, dojrzałe awokado
100g startego żółtego sera
garść posiekanego szczypiorku
250-300g wysmażonego boczku
kilka posiekanych gałązek kolendry
250g ugotowanego makaronu (wybrałam Farfallini)
Sos:
4-5 łyżek majonezu
świeżo zmielony pieprz
2 łyżeczki soku z cytryny
1/2 łyżeczki papryki chilli w proszku
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
1-1,5 łyżeczki sosu (Hot Chilli lub Sriracha - użyłam tego drugiego)

Wszystkie składniki połączyć - awokado najlepiej pokroić w kostkę i od razu delikatnie skropić cytryną. Delikatnie wymieszać z ostudzonym makaronem. Wszystkie składniki sosu wymieszać, doprawić do smaku. Wymieszać, odstawić na co najmniej pół godziny do lodówki.


Znalazłam wreszcie chwilę czasu, by napisać kilka słów o przeczytanych w marcu książkach (i powinnam chyba już zabrać się za podsumowanie kwietnia) – a warto! Choć niewiele w tym stosiku było nowości. 

W końcu udało mi się zacząć serię książek Katarzyny Puzyńskiej – do serii w dalekim stadium zaawansowania zwykle zniechęca mnie fakt, że ich chronologiczne czytanie jest mocno utrudnione przez np. brak aktualnie niezbędnej mi części w bibliotece albo kosmiczny czas oczekiwania w kolejce. Odkąd mam czytnik jest to dużo prostsze, bo serie mogę przechowywać w całości pod ręką i sięgać po książki w dowolnej chwili - zaczęłam zatem od Motylka i był to początek zaskakująco dobry (a debiut nawet doskonały). Przede wszystkim wyraźnie zarysowane jest tutaj tło obyczajowe, chwilami miałam wrażenie, że wręcz dominuje nad intrygą kryminalną – to po części zaleta, bo książka w ten sposób doskonale oddaje klimat małomiasteczkowej mentalności, ale ilość tych wątków była nieco przytłaczająca. Bohaterów jest wielu - są to za to postaci dobrze zarysowane, zapadające w pamięć (może poza główną bohaterką), sam wątek kryminalny poprowadzony jest sprawnie, choć trudno w pewnym momencie oprzeć się przekonaniu, że coś nam umknęło i daliśmy się autorce sprowadzić na manowce celem wzbudzenia późniejszego zaskoczenia. Niemniej jednak jest to lektura ciekawa, a przede wszystkim bardzo wciągająca – każdy kolejny podrozdział kończy się w taki sposób, że nie podobna książki odłożyć.
Może w kolejnej części uda mi się za to bardziej przekonać się do Weroniki; za dużo w jej historii typowych cliché i historii opowiedzianych już tyle razy, że kolejna przeprowadzka na wieś do zrujnowanego dworku zaczyna mi trochę zbyt intensywnie pachnieć naiwnością.

Zupełnie inny nurt literacki to Odnalezieni Anny Kamińskiej. Autorka porusza temat, który w Polsce nadal wzbudza skrajne uczucia. Mało się mówi o adopcji, mało się mówi o poszukiwaniach własnej rodziny – w tej książce za to otrzymujemy możliwość przyjrzenia się 12 odmiennym historiom związanym z odnalezieniem i poznaniem biologicznego rodzeństwa. To dobrze skonstruowana językowo i rzetelnie przygotowana pozycja, która pozwala na poznanie ludzkich reakcji w sytuacjach często wykraczających poza nasz własny zakres poznania. Są w niej momenty wzruszające zrównoważone trudnymi rozczarowaniami, są historie podnoszące na duchu i te pozbawiające wszelkich złudzeń. Choć autorka podnosi trudny temat, czyni to w sposób bardzo delikatny i pozwala, by mówili przede wszystkim rozmówcy, sama stając się jedynie transparentnym towarzyszem konwersacji.
Trudno mi też nie wspomnieć o okładce, bo uważam wydanie książki za jedno z najlepszych, jakie miałam ostatnimi czasy w ręku. Dawno nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że samo zdjęcie umieszczone na przedzie książki jest aż tak bardzo wymowne w odniesieniu do jej treści, będąc równocześnie tak subtelnym w swojej dosłowności.

Jedną z najważniejszych marcowych pozycji jest autobiograficzna książka napisana przez Hyeonseo Lee, Dziewczyna o siedmiu imionach. Mam ostatnimi czasy wrażenie, że zaistniało nadzwyczajne zapotrzebowanie na literaturę i fotoreportaże dotyczące Korei Północnej. O ile kraj ten widziany oczyma obcokrajowców zawsze zdumiewa, tak możliwość spojrzenia z perspektywy osoby wychowanej w reżimie po prostu poraża. Korea Północna stała się teraz takim miejscem, jakim dekadę temu był Czarnobyl (i Prypeć) – bardzo odległym, wzbudzającym zaciekawienie równoważne głębokiemu przerażeniu, niezwykle niedostępne i dlatego tak bardzo kuszące jako cel wypraw. Sięgnęłam po tę książkę przeczytawszy uprzednio Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit autorstwa Suki Kim (która była opowieścią nie tyle nieciekawą, co po prostu średnio sprawnie napisaną) i prawdę mówiąc, z dość dużą nieufnością podchodziłam do książki napisanej przez Hyeonseo. Niesłusznie – to książka, która daje wgląd w pełne spektrum absurdu i niesprawiedliwości rządzących życiem Koreańczyków z północy. To opowieść, która wzrusza, przeraża, porusza i skłania do przemyśleń; trudno było w pewnym momencie uwierzyć, że nie jest to fikcja literacka, a po prostu chronologiczny zapis zdarzeń wyjęty z życia jednej osoby. Czyta się tę historię jednym tchem, podążając za autorką przez meandry jej życia. Nie znamy Korei i niewiele o niej wiemy – ale ta książka uchyla nieśmiało pewne drzwi i pozwala zajrzeć z wysokości wzniesień nad Hyesan w świat tak odmienny od naszego. Lektura obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej tym tematem, bo ukazuje szeroką rangę problemów, z którymi styka się osoba, której i tak cudem udało się opuścić granice własnego kraju. 

Marzec zamknęła lektura Everest. Na pewną śmierć. Nie do końca jest to moja tematyka, nie interesuje mnie nawet na tyle wspinaczka (co dopiero wysokogórska), by zapewne zaczytywać się w książkach o tej tematyce na poziomie dogłębnego przeżycia, ale jakieś przeżycia podczas lektury były. Głównie niemożliwe do ogarnięcia zdumienie, że postać tak kreskówkowo przerysowana jak Beck Weathers istnieje naprawdę. Podzieliłabym tę książkę na trzy części – pierwsza od razu uderza czytelnika wprost, intryguje, kolejne strony przewraca się z niezwykłym zapałem, chcąc odkryć kolejne fakty dotyczące tej jednej fatalnej wyprawy na Everest. Później, przez kolejne dwie części, jest już tylko tendencja spadkowa i zanurzanie się w osobistych rozterkach oraz retrospekcjach. Samej wyprawie poświęca się tutaj mało miejsca, jest to dość pobieżny opis pasujący raczej do nieco bardziej rozbudowanej strony internetowej niż publikacji w książce; być może jednak intencją autora było właśnie bardziej ukazanie jego przemiany, własnych duchowych doznań i przewartościowania swojego życia. I to ma pewien sens, bo napisanie drugiej opowieści poświęconej w całości wyprawie byłoby powtarzaniem wszystkiego, co zdołał już na ten temat powiedzieć Jon Krakauer. Z perspektywy technicznej nie jest z pewnością napisana w sposób porywający, ułożenie trzech odrębnych części jest również co najmniej zdumiewające – nie mam pojęcia czyim zdaniem rozdział o własnym dzieciństwie miałby zaintrygować czytelnika na tyle, że poznawszy historię o zdarzeniach ze szczytu Everestu nie odłoży już książki na półkę. Przeczytałam tę książkę głównie dlatego, że nadal jestem na etapie nieodkładania książek raz zaczętych (i z chęci porównania literackiej historii z filmem z 2015), ale Beck Weathers czym dalej w książkę, tym bardziej stawał się irytujący - nawet gdy podejmowałam wszelkie próby zrozumienia i usprawiedliwienia różnych decyzji próbą uwolnienia się od przemożnego smutku. Margaret „Peach” Weathers powinna za to chyba zostać kanonizowana.

Czy meatballs z pieczarek to nadal meatballs, czyli pieczarkowe pulpeciki

Z jakiegoś powodu ostatnimi czasy w kategorii comfort food wygrywa u mnie makaron z sosem pomidorowym. 
Lubię też, pomimo całej czaso- i energochłonności związanej z ich wykonaniem, makaron z dodatkiem w postaci różnego rodzaju pulpecików (co to za niewdzięczne słowo swoją drogą jest. Pulpet nie dość że nie kojarzy się fortunnie, to jeszcze od razu nasuwa bezpośrednie skojarzenia z klopsem. A stąd to już niedaleka droga do koszmaru stołówek pt. pulpet w sosie pomidorowym, serwowany obok wodnistych ziemniaków). Dotychczas były składową tylko i wyłącznie tego dania -> klik - tyle tylko, że ja jednak niespecjalnie lubię czerwone mięso. Zaczęłam szukać alternatywy i okazało się, że meatballs bez meat nie są wcale aż tak niszowe, a jedynym czynnikiem ograniczającym fantazję zdaje się być tylko ilość dostępnych warzyw.
Tym razem wybrałam pieczarki i chociaż podchodziłam do tego eksperymentu raczej z nieufnością (jak bowiem dowodzą moje ostatnie doświadczenia, tym właśnie powinny cechować się moje kulinarne przedsięwzięcia), ostateczny efekt zaskakuje bardzo pozytywnie. Z jakiegoś powodu z zewnątrz są o wiele bardziej chrupiące niż te przygotowane z mięsem, a w środku pozostają delikatne nawet kolejnego dnia. Słowem, zdecydowanie warto - i zawsze to dobry pomysł na piątkowy obiad kiedy przejedzą się Wam już naleśniki, kotlety z jajek i makaron z serem. 
Pulpeciki z pieczarek
1 jajko
sól, pieprz
500g pieczarek
3-4 łyżki bułki tartej
3-4 łyżki płatków owsianych górskich
Dwie gałązki świeżej, posiekanej pietruszki
+ olej rzepakowy do smażenia
Pieczarki umyć, zetrzeć na tarce o grubych oczkach i podsmażyć na patelni z dodatkiem soli i pieprzu. Poddusić do miękkości, zostawić do wystygnięcia. Następnie wbić jajko, dodać bułkę tartą, płatki owsiane i pietruszkę; masa powinna dać się swobodnie formować, jeżeli nie chce się kleić - można dodać jeszcze trochę płatków lub bułki tartej. Gotowe pulpeciki obtaczać delikatnie w bułce tartej i smażyć na rozgrzanym oleju na złoty kolor. 
Najlepsze są na ciepło z makaronem, ale równie dobrze smakują jako nadzienie do kanapek, z dodatkiem sosu pomidorowego. 

Coś jakby pożenić Wielkanoc z Bożym Narodzeniem, czyli kruche ciasto przekładane serem, makiem i prażonymi jabłkami

Spotkania okołoświąteczne są doskonałą okazją do zgromadzenia i zaktualizowania wszelkich niezbędnych informacji o bieżącym stanie rodzinnym. Niezbędne to rzecz jasna pojęcie czysto subiektywne, zatem informacje potrzebne do przetrwania niektórym jak tlen innym uczestnikom spotkania wpadają jednym uchem i wylatują drugim, gdzieś pomiędzy dokładką wielkanocnego sernika a opowieścią o nowo zakupionym samochodzie. 
Centrum rodzinnego zainteresowania zwykle przenosi się z roku na rok na kogoś innego, zgodnie z bieżącymi zdarzeniami. Nie mniej istotną kwestią takich zebrań jest również jego aspekt kulinarny, zwykle w takim sezonie mocno nacechowany akcentami ajerkoniakowymi i sernikowymi. O ile w przypadku Bożego Narodzenia repertuar wypieków mamy dość stabilny i wszelkiego rodzaju wariacje to albo efekt przypadku (i zakupów bez kartki) albo wypadków (rozpadnięty biszkopt, połamane kruche spody), tak Wielkanoc zwykle jest czasem różnych eksperymentów. Raczej nie pieczemy warstwowych ciast wymagających przygotowania kilku osobnych blatów (z prostej przyczyny - logistyka tego zadania sprawia, że jeszcze przed wyjściem po składniki rozważam czy na pewno mam na to ochotę), dlatego święta są dobrą okazją do poćwiczenia takiego wypiekowego origami.

W tym cieście jest wszystko. Jeśli jeszcze Wam może tęskno za klimatem Bożego Narodzenia, ale wyglądacie już trochę wiosny, a najlepiej to lata - przekrojenie tego ciasta odkrywa po kolei każdą z warstw odpowiadających (przynajmniej moim) skojarzeniom z poszczególnymi porami roku. Jest tutaj i makowiec, i sernik, i szarlotka. Wszystko otoczone od spodu i góry kruchym ciastem i posypane cukrem pudrem.
To ciasto ma miliard kalorii. Ma cukier puder, mak z puszki, pszenną mąkę przełożoną posłodzonym serem, choć i tak z dzieliłam na pół ilość sugerowaną przez autorkę. Jest przy tym również tak pyszne, tak babcine w charakterze i przywodzi na myśl tyle dobrych wspomnień, że spróbowawszy go po raz pierwszy na dobre zapomina się o sukience w rozmiarze xs, która nadal czeka w szafie na lepsze czasy. 


Kruche ciasto z serem, makiem i jabłkami
Kruche ciasto:
3 żółtka
100g masła
100g margaryny
100g cukru pudru
400g mąki pszennej
3-4 łyżki śmietany 18%
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Mąkę wysypać na blat, dodać posiekane zimne masło i margarynę. Dodać żółtka, śmietanę, cukier puder i proszek do pieczenia, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto. Podzielić na dwie części, jedną upiec w dużej blaszce na złoty kolor (ok. 15-20 minut). Drugą część ciasta podpiec przez ok. 5-10 minut, do momentu gdy nabierze lekko rumianej barwy. Następnie: na upieczony i lekko ostudzony spód wyłożyć masę makową - ja używam gotowej. 
Masa serowa:
5 jajek
100g masła
100g cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
500g sera (może być zmielony, wiaderkowy)
W mikserze utrzeć masło z cukrem pudrem. Jajka rozdzielić, z masą utrzeć tylko żółtka. Dodać ser oraz mąkę ziemniaczaną, utrzeć na gładką masę. Ubitą pianę z białek dodać do masy serowej, delikatnie wymieszać i wyłożyć na masę makową. Piec przez około 50 minut w temperaturze 180 stopni Celsjusza.
Masa jabłkowa:
1 kg jabłek
1 galaretka pomarańczowa
Jabłka umyć i obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Prażyć do miękkości, następnie dodać galaretkę i wymieszać, jeszcze przez chwilę smażyć. Autorka oryginalnego przepisu zaleca co prawda dodanie do masy jeszcze 100g cukru - wiele zależy tutaj od wybranych przez Was owoców. Słodkie nie wymagają dodatku słodzika, tym kwaskowym czasem przyda się jeszcze trochę cukru.
Montaż:
Gotowe ciasto powinno wyglądać tak:
- kruche ciasto
- masa makowa
- masa serowa
- masa jabłkowa
- kruche ciasto
Wierzch można potraktować polewą czekoladową lub tuż przed podaniem posypać cukrem pudrem.


Na pełnoziarnistej mące pszennej, bez pustych kalorii i wcale nie bez sensu

Chyba jak każdy miewam takie etapy, kiedy stwierdzam, że powinnam więcej ćwiczyć i lepiej jeść. Zauważyłam, że występowanie takich momentów dziwnie zbiega się w moim życiu z chwilami, kiedy cierpię na nadmiar czasu i mam ten moment w ciągu dnia, by porozciągać się z Jillian zamiast paść w płaszczu na łóżko i obliczać w myślach ile też czeka mnie snu, jeśli uda mi się wyłączyć dosłownie w tym momencie. Po pierwsze, jak każda początkująca w pewnych kwestiach osoba spędzam mnóstwo czasu na (mentalnym również) przygotowaniu do takich manewrów kuchennych. Po drugie, zwykle podczas pierwszego zajrzenia do szafki stwierdzam, że z pożądanych składników posiadam co najwyżej świeży mielony pieprz. A po trzecie, bądźmy szczerzy, za bardzo lubię puszysty biszkopt przełożony masą z gorzkiej czekolady, cukru i śmietany. Niestety.
No dobrze, mniejsza o to, nie każdy spożywa olej palmowy i cukier z dodatkiem kakao wprost ze słoika. Można również przy lodówce spożyć takie ciasto i gwarantuję Wam, że ochota na słodkie mija na długi, długi czas. 
Czekoladowo-orzechowy tort z awokado i orzechami laskowymi
Ciasto:
2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
ok. 150 ml wody
100g cukru demerara
5 łyżek gorzkiego kakao
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 średnie, dojrzałe awokado
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
90g zmielonych orzechów laskowych
200g mąki pełnoziarnistej (użyłam pszennej)
1 czubata łyżka oleju kokosowego (roztopiony)
Awokado rozgnieść widelcem, a następnie umieścić w misie miksera. Dodać wodę i ekstrakt z wanilii, miksować na gładką masę. Wymieszać razem wszystkie suche składniki (przesiać kakao) poza cukrem. Stopniowo dodawać do awokado, miksować do uzyskania gładkiej masy (można dodać więcej wody, jeśli ciasto będzie zbyt suche, powinno być nieco gęstsze od standardowej masy na ciasto ucierane). Dno dwóch tortownic o średnicy 20-21cm wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować delikatnie olejem. Podzielić masę na pół, upiec dwa ciasta - będzie to trwało ok. 30-35 minut, do suchego patyczka. Zostawić do wystygnięcia.
Czekoladowy krem z awokado:
szczypta soli
60g gorzkiego kakao
1 bardzo dojrzałe awokado
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
do dosłodzenia: ok. 100g cukru pudru / 3 łyżki miodu / kilka dużych daktyli medjool
Awokado, przesiane kakao, ekstrakt z wanilii, sól oraz dowolny słodzik zmiksować na gładką masę - krem powinien przypominać standardową masę do przekładania tortu, być bardzo delikatny i puszysty. Mi taki efekt udało się uzyskać za pomocą miodu i odrobiny cukru pudru - można też zmielić cukier demerara.
Montaż:
Wystudzone blaty przełożyć częścią masy i posypać w środku drobno posiekanymi uprażonymi orzechami laskowymi. Posmarować tort masą z wierzchu i tuż przed podaniem posypać grubo siekanymi orzechami.






Bakalie mają moc! Zdrowe desery z Agnex

Luty 2017 - najlepsze książki

Luty nie był najlepszym czasem pod względem konstruowania postów – zwłaszcza tych literackich – a udało mi się przeczytać jednak kilka całkiem niezłych książek, które chciałabym Wam polecić. 

Pierwszą z przeczytanych i wartych polecenia była Inna Dusza Łukasza Orbitowskiego. Trafiła do mnie w postaci e-booka, a dzięki długiemu i starannemu błądzeniu między regałami bibliotecznymi została przeczytana w wersji analogowej. Sama fabuła intryguje i przyciąga, bo złem wszelkiej postaci (zwłaszcza ukrytym pod płaszczem dobra) fascynują się chyba wszyscy. Opisane w książce zdarzenia miały miejsce w latach 90., pozostaje zatem tylko się zastanawiać czy współcześnie sprawca miałby szansę jeszcze coś dla siebie na tej sytuacji ugrać zostając kryminalnym celebrytą. To, co jest dla mnie jednak w tej książce najlepsze, to jej lingwistyczna warstwa – opowieść prowadzona jakby z dwóch stron, rozwijająca się równolegle, ale ukazana w diametralnie inny sposób. Lata 90. pamiętam całkiem dobrze i owszem, miały swój urok (doskonale się skakało w gumę w obcisłych legginsach przy Britney Spears narzekającej przy wtórze połowy szkoły, że czuje się samotna), który w tej książce również udało się autorowi świetnie oddać.

Krótką lekturą, która zresztą trafiła do mnie przez polecenie na Instagramie było opowiadanie Daniela Keyesa, Kwiaty dla Algernona. Z jakiegoś powodu nigdy nie trafiłam na tę opowieść, a to niezwykle wzruszająca historia (i niechże samo to, że używam tutaj słowa wzruszające, którego chyba organicznie nie cierpię), która skłania do przemyśleń i pozostaje w pamięci na długo po zamknięciu okładki. Książka jest wręcz hipnotyzująca – nie sposób jej odłożyć na bok, nie przeczytawszy całości. W kontekście kilkusetstronicowych opowieści, z których wyciągnąć można po długim namyśle zwięzły i miałki morał, ta króciutka opowieść pozwala rozważyć wiele rozmaitych aspektów pod zupełnie innym kątem.

Lutową lekturą była też powieść Cecelii Ahern, Love, Rosie. Obecnie mam wrażenie, że z najwyższego stopnia podium dla najpopularniejszych autorek kobiecej literatury Ahern została zepchnięta przez Jojo Moyes, a po tę akurat pozycję z jej dorobku udało mi się sięgnąć dopiero teraz – kiedy zdołano już wydać film, i który to film udało mi się w międzyczasie obejrzeć. Z tego co pamiętam jest między tymi dwoma historiami spory rozdźwięk, ale tuż po zapoznaniu się z książką chyba powtórzę raz jeszcze spotkanie z Lily Collins (always a pleasure, zwłaszcza kiedy występuje w towarzystwie Sama Claflina). Powieści o losach Rosie chyba jednak poświęcę osobny wpis, bo czekając na tę książkę od przeszło roku byłam pewna, że czeka mnie albo absolutna fascynacja książką albo spektakularne rozczarowanie.

Jedną z najciekawszych przeczytanych w lutym książek były Absurdy PRL-u autorstwa Piotra Lipińskiego i Michała Matysa. Podchodziłam do książki raczej ostrożnie, po moim ostatnim bolesnym starciu ze „Skandalami PRL-u” (tudzież czegoś w tym rodzaju, w każdym bądź razie miało być skandalicznie – a wyszło jak zawsze). Popularność tej absurdalnie barwnej w swej szarości epoki jest ostatnimi czasy wyjątkowo rentowna, co skutkuje pojawianiem się licznych związanych z nią publikacji. Problem w tym, że większość z nich rzuca na ten czas światło niezwykle ciepłe i pozytywne, wydobywając z sytuacji tak absurdalnych, że aż fascynujących, pozytywne tony. Są tutaj historie lekkie - możemy się dowiedzieć dlaczego w Poszukiwany, Poszukiwana z taką pieczołowitością „badano zawartość cukru w cukrze”. Dlaczego brakowało absolutnie wszystkiego, ze słynnym papierem toaletowym na czele. Historie pozwalające zajrzeć w życie codzienne przeciętnego Kowalskiego są jednak swego rodzaju preludium (a potem antraktem) w realnych dramatach. I to jest właśnie ta część, dzięki której ta książka zdobyła mój wielki szacunek – śmiech przez łzy z octu na półkach zastępuje tutaj przerażenie i niedowierzanie. Opresyjna rzeczywistość Polski Ludowej była o wiele bardziej brutalna, brzydka i bezwzględna niż prezentuje się to często w telewizji czy materiałach prasowych. Chętnie sięga się po przeszłość absurdalną, bo łatwo można ją wyśmiać i wytknąć jej niedoskonałości – trudniej jednak opisać żywą rozpacz, dramat rozdzielonych rodzin i problemy o wiele bardziej przekraczające trudność wynikającą z wystawania pod sklepem po telewizor. 
Najważniejsze jednak jest to, że stanowiąc swoiste kompendium, książka skłania do samodzielnego zgłębiania tematu. To umożliwia też znajdująca się na końcu kompleksowa bibliografia. Bez wątpienia będzie to jedna z moich ulubionych książek dotyczących tego tematu – obiektywna, rzetelnie napisana opowieść oparta na wiarygodnych źródłach. Oby było takich więcej.

Zaczęłam od morderczego tematu, to i morderczym tematem skończę – ostatnią przeczytaną w lutym książką była Aorta Bartosza Szczygielskiego. W pierwszych słowach wypadałoby pogratulować tak udanego debiutu. O książce słyszałam już całkiem sporo, do sięgnięcia po nią skłonił mnie także tytuł (bo to szalenie wdzięczne słowo) i ciekawość spowodowana umiejscowieniem powieści; mając do wyboru Warszawę i jej niedalekie okolice, gros pisarzy przenosi jednak bohaterów do metropolii. Okazuje się jednak, że i w Pruszkowie dużo się dzieje (jakby nie było o tym od dość dawna wiadomo). O ile ostatnio książki z kategorii kryminału jakoś miały tendencje do rozczarowywania, Aorta od początku do samego końca wciąga, intryguje i uniemożliwia odłożenie książki na bok. Jest to też rezultatem bardzo sprawnie prowadzonej narracji; w książce bowiem kolejne rozdziały pozwalają nam na spojrzenie na rozwój zdarzeń z perspektywy dwójki pozornie niepowiązanych ze sobą bohaterów, Kasi i Gabriela. Fabuła jest prowadzona w sposób – wydawałoby się – bezwiedny, ale uważny czytelnik zauważa wszystko. To trochę tak jak z filmami, w których mnóstwo jest niedopowiedzeń i kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce między sekwencjami pełnymi akcji i dramatycznych zmian. Piękna to zatem książka o okrutnym temacie, której bohaterowie nie są kompletnie pozbawieni kontaktu z rzeczywistością. Paradoksalnie to właśnie te ułomności i słabości bohaterów sprawiają, że są bardzo wyraziście zarysowani i wzbudzają w czytelniku pewne uczucia – nie są tylko niewyraźnymi postaciami plączącymi się w tle. A jest to jednak, jak zaobserwowałam w ostatnim czasie, trudna sztuka.  

Podsumowując -  pod względem literackim to dobry miesiąc był. Niezbyt często bowiem zdarza się, żebym miała ochotę polecać każdą książkę, po którą sięgam, a tak właściwie stało się w tym przypadku (ponadto przeczytałam jeszcze jedną, która nie znalazła się w tym zestawieniu, a może warto jednak o niej wspomnieć, choćby w nawiasie: Projekt Matka, który może trafi do mnie bardziej na innym etapie życia). Trudno mi nawet wybrać tę ulubioną powieść, bo na finałowym podium mam niesamowity tłok.



Oponki klasyczne

Smażenie tego kalibru organizuje się zwykle raz - dwa razy do roku. Zwykle też niewiele więcej razy w ciągu tych 365 dni myślę w ogóle o faworkach czy oponkach.  Zgroza wszelkich niepowodzeń i wizja wielkiego kabum! następującego po niezjedzeniu chociaż jednego pączka w tłusty czwartek jest jednak tak przejmująca, że zwykle postanawiam to piękne święto celebrować jeszcze przez kolejnych kilka dni wdychając zawieszoną w powietrzu smażelinę. Sugestii dotyczących otwarcia okien, drzwi, machania ręcznikami nie przyjmuję, bo smażone drożdżowe tak łatwo się nie poddaje.
Jest to również czas, kiedy krzywa jakości cukiernianych pączków zwykle zmierza na łeb na szyję w dół, a sam ww. czwartek jest dniem smakowej apokalipsy. Jedno z moich największych rozczarowań to pączki przechwycone po kilkunastominutowym odstaniu swego w kolejce w drodze między zajęciami a biurem - jedna z najlepszych chyba znanych mi cukierni wrzuciła mi do pięknego pudełeczka pączki tak twarde, że mogłam śmiało jechać z tym pakunkiem na ustawkę na A4. 
Dlatego w okolicach tłustego czwartku w domu zawsze jednak pojawia się coś smażonego. 
Pamiętam taki czas, kiedy hitem blogosfery i ostatecznym potwierdzeniem umiejętności kulinarnych były pączki/oponki z obrączką. Metod uzyskania takiego efektu wysmażenia było tysiące, niektóre przypominające mi czary Phoebe - wiecie, typu wystarczy rozebrać się do naga i tańczyć z kijami. Obrączki na moim drożdżowym cieście są zwykle kwestią przypadku, niefrasobliwego szturchania smażących się właśnie oponek lub zbyt wczesnego ich zdjęcia z patelni. Nie są może idealne, ale są pyszne. Puszyste, wyrośnięte i miękkie.
Oponki (za mojewypieki)
3 żółtka
1/2 łyżeczki soli
1/3 szklanki cukru
14g świeżych drożdży
60g roztopionego masła
1 szklanka letniego mleka
430g mąki pszennej + do podsypania
Drożdże, cukier i pół szklanki mleka wymieszać w szklance. Zostawić do wyrośnięcia. Przesiać mąkę do dużej miski, dodać sól, żółtka, przestudzone masło i mleko, a na końcu wlać rozczyn. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, w razie potrzeby podsypując mąką (przy długotrwałym wyrobieniu przestaje się lepić - wolę zwykle nie dodawać zbyt wiele mąki, bo ciasto traci wtedy swoją puszystość). Ciasto odstawić do wyrośnięcia przykryte suchą, czystą ściereczką. Gdy podwoi objętość wyłożyć ciasto na blat podsypany mąką, delikatnie rozwałkować i wykrawać oponki. Ponownie pozostawić do wyrośnięcia do podwojenia objętości, układając je wcześniej na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. 
Oponki smażyć na rozgrzanym oleju, po kilka minut z każdej strony. Nie powinny zbyt szybko nabierać ciemnego koloru - zwykle wtedy są surowe w środku. Posypać cukrem pudrem lub polukrować i od razu podawać.

Koncertowe podróże czyli zwiedzając Pragę

Na jedno nie można z pewnością narzekać przygotowując się do wyjazdu do stolicy Czech - Praga jest jednym z najszerzej opisanych w Internetowych przewodnikach europejskich miast, co zdecydowanie ułatwia zaplanowanie pobytu. Jeszcze zanim w ogóle postawimy stopę na praskim bruku (a co bardziej prawdopodobne, zanim stopa wpadnie nam pomiędzy kostki w praskim bruku) mamy szansę dokładnego wytyczenia tras i spisania w oparciu o doświadczenia mnóstwa turystów listy miejsc, do których koniecznie należy zajrzeć. Popularność Pragi ma swoje plusy i minusy; do tych pierwszych bez wątpienia zalicza się mnogość opinii o restauracjach, zabytkach, hotelach, środkach komunikacji - słowem, po prostu wszystkiego co upraszcza kwestie organizacyjne. Do grupy mało korzystnych czynników zaliczam jednak fakt, że przez Pragę naprawdę przetaczają się każdego dnia tłumy turystów. Mieszkając w jednym z najbardziej chyba oblężonych turystycznie miast Polski przyznaję, że nie mamy nawet startu do stolicy Czech. 
Kluczowe w zwiedzaniu Pragi jest przygotowanie dobrego planu. Miasto wcale nie jest małe i naprawdę, konia z rzędem temu, kto przez kilka dni tylko spaceruje i nie wsiada do metra czy tramwaju. Ja miałam jeszcze w planie jednego dnia wieczorny koncert (nie mam natomiast w zwyczaju stać w bezruchu kiedy gra Muse), dlatego plan modyfikowany był tak, żeby nie opaść z sił już w południe. Popieram zatem ideę zakupienia biletu czasowego (24-godzinnego lub 3 dniowego) na komunikację miejską - dzięki temu macie szansę zobaczyć więcej, zaoszczędzić czas i aż tak bardzo się nie zmęczyć. 
Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze jest podzielić sobie czas w Pradze na konkretne etapy (to zwiedzamy do południa, tam jedziemy po południu), uwzględniając jeszcze w tym naszym promieniu działania miejsce na jedzenie/kawę. IDEALNIE przygotowany turysta (czyli zdecydowanie nie ja) uwzględnia również wersję deszczową i słoneczną. Praga jest miastem o tyle sympatycznym, że w obydwu przypadkach trudno się nudzić.
(tu oczekiwaliśmy na możliwość wejścia do wynajętego apartamentu; muzeum jest tymczasowo przeniesione, choć ta tymczasowa sytuacja podobno już trochę trwa)
O wszelkich aspektach organizacyjno-noclegowo-podróżniczych dobrze jest pomyśleć ze stosownym wyprzedzeniem. Kwestię podróży rozpatruję z punktu widzenia kogoś ruszającego w drogę z Krakowa, co jeszcze rok temu (właśnie kiedy się tam wybierałam) wcale aż tak proste nie było. Oferta bezpośrednich przejazdów do Pragi obejmowała tylko LeoExpress (podróż prosta, ale dla mnie raczej trudna do zniesienia ze względu na Pendolinopodobny pociąg), natomiast najbliższe przejazdy PB zaczynały się z Wrocławia. Dostanie się tam wymagałoby  z kolei wyruszenia w drogę dzień wcześniej, bo czas jazdy autostradą A4 jest równie nieprzewidywalny jak huśtawki nastrojów ciężarnej Phoebe Buffay. Poza tym każda jedna opcja podróży komunikacją naziemną wiązała się z minimum 7-mio godzinną podróżą. Z różnych powodów w końcu skrystalizowała się opcja samolotowa, jednak i tutaj NIE BYŁO tak prosto. Z Krakowa do Pragi się nie lata, bo jest to chyba taka nijaka odległość - trochę za daleko na szybki wyjazd samochodem, trochę za blisko na lot. Temu właśnie podróż z Krakowa do Pragi wymaga zwiedzenia warszawskiego Okęcia. Ostatnio jeden z tanich przewoźników poszerzył siatkę krakowskich połączeń i - YAY - nareszcie będzie można polecieć bezpośrednio do czeskiej stolicy. 
(w Pradze jest mnóstwo luksusowych sklepów. Polska wydaje się być pod tym względem białą plamą na mapie - pomiędzy krajami Zachodu oraz Wschodu)
Większego problemu nie powinno natomiast sprawić przedostanie się z lotniska do centrum. Cała droga nie trwa więcej niż 35-40 minut; wystarczy wsiąść na lotnisku do autobusu, a potem (dojeżdża z tego co pamiętam na coś w rodzaju pętli) przesiąść się na metro. Stamtąd bez problemu dojedziemy już w dowolne miejsce na starym mieście. Przy stacji metra co prawda nie ma windy, ale są pracownicy oferujący pomoc przy przenoszeniu większego - lub cięższego - bagażu. Pogoda pierwszego dnia była niespecjalna, padało, było ciemno i pochmurno; dopiero po południu zaczęło się rozjaśniać. Kolejnego dnia było cieplej, a tuż przed wyjazdem sama sobie dziękowałam, że przed spakowaniem walizki jednak wybrałam szorty zamiast długich dżinsów.
Oczekiwania względem Pragi były wielkie - chyba dlatego, że tyle osób odwiedza to miasto i upiera się, że jest nieziemskie, niesamowite, piękne, że takie klimatyczne. Pod wieloma względami mi przypominało akurat Kraków i czasem miałam wrażenie, że jak jeszcze ze dwa razy skręcę w lewo to w końcu wyjdę na Rynku. Praga jest jednak o wiele, wiele bardziej rozległa i należy to uwzględnić planując wyjazd. 
Jedną z przyjemniejszych do podziwiania rzeczy jest bez wątpienia praska architektura. Mnóstwo pięknych kamienic, zaglądanie w uliczki (czasem w celu skrycia się przed tłumem) prawie zawsze wiąże się z odkryciem jakiejś wizualnie zachwycającej perełki. W całą tę warstwę zabytkowo-kamieniczkową wkrada się już nowoczesność (tu widoczna po lewej na ten przykład). Gdy skręci się z tych bardziej turystycznych szlaków i zbłądzi w rejony położone nieco głębiej, można znaleźć miejsca, gdzie dominuje właściwie już tylko szkło i beton:
Nie jestem za to przekonana do "Tanecznego Domu" - nadal nie jestem pewna, czy to działa i sprawdza się w mieście tak spójnym pod względem architektonicznym jak Praga w okolicach starówki. Tripadvisor lokuje budynek na 68 pozycji spośród 909 potencjalnych miejsc do odwiedzenia w Pradze, co uważam za nieporozumienie - jest mnóstwo ciekawszych budynków do zobaczenia, które nie kaleczą oczu. 
Za jedną z najprzyjemniejszych atrakcji Pragi uważam fakt, że spacer w dowolnym właściwie kierunku prawie zawsze zawiedzie nas w różne bardziej turystyczne okolice (co właściwie uniemożliwia zgubienie). Tak naprawdę wystarczy podążać za tłumem, bo przewalające się masy ludzkie zwykle zmierzają w stronę najpopularniejszych miejsc w mieście. To jest ten moment, w którym się zorientowałam, że Kraków jest bardzo daleko w tyle za Pragą pod względem liczby odwiedzających - nawet setki schodów i bezustanne podążanie w górę nie odstrasza setek turystów przed wspinaniem się pod Zamek na Hradczanach. 
Most Karola to oczywiście żelazny punkt na liście każdego zwiedzającego - trudno zresztą choć raz nie zaplątać się w jego okolice, bo przez niego właśnie przebiega trajektoria najprostszej trasy w kierunku Hradczan. O ile idziecie rzecz jasna pieszo, czego akurat przed wyprawą na wzgórze nie polecam - jeszcze się zdążycie naspacerować, uwierzcie. 

Mnóstwo jest w Internecie tych wszystkich prześlicznych zdjęć mostu spowitego mgłą, w brzasku wstającego poranka, z nostalgicznie zamyślonymi rzeźbami pochylonymi nad pojedynczymi przechodniami. ZAPOMNIJCIE. Jeśli przestaniecie dość szybko panikować, że tętent turystów przepływających w obydwu kierunkach rychło doprowadzi do wypadku konstrukcyjno-budowlanego, możecie podjąć próbę przejścia. Zarówno za dnia, jak i wieczorem jest to chyba właściwie niewykonalne bez:
a) użycia łokci
b) oberwania łokciem fotografującego współzwiedzającego
c) zdeptania kogoś oraz zostania zdeptanym
d) opracowania na gorąco skomplikowanego manewru wyminięcia stoisko z magnesami, gitarzystę, karykaturzystę lub sprzedawcę pocztówek
e) zatrzymania się na kimś, kto uznał że sam środek przejścia to świetne miejsce na przemyślenia natury egzystencjalnej. 
Przygotowałam się do tego mentalnie (kamery internetowe są zbawienne), ale i tak widok TYLU ludzi w jednym miejscu was zaskoczy. Jeszcze lepiej będzie wtedy, kiedy spróbujecie sobie wykonać pamiątkową fotografię.
Wydaje mi się, że jedyny sprzyjający ku temu moment w sezonie letnim to okolice między 5 a 7 rano, kiedy słońce dopiero wstaje, a większość turystów natomiast dopiero zasypia.
Poza pocztówkami, portretami, pejzażami oraz ogólnym asortymentem turystyczno-pamiątkowym na Moście Karola są też muzycy - i to jest ta przyjemniejsza część, bo z tego co się zorientowaliśmy, nie każdy może po prostu przyjść i grać. Ta piątka miała w swoim repertuarze zarówno powszechnie znaną i lubianą klasykę rocka (jak Smoke on the water), jak i standardy muzyki poważnej. Grali świetnie, spędziliśmy w ich towarzystwie dłuższą chwilę.
Na tym z kolei zdjęciu widać - moim zdaniem - to, co zwiedzanie Pragi całkiem nieźle utrudnia. Segwaye są bardzo popularnym sposobem przemieszczania się po mieście i chyba całkiem niezłą alternatywą dla komunikacji miejskiej. Fakt, że są drogie, wydaje się mniej istotny dla mnóstwa korzystających z ich dobrodziejstwa turystów. Wszystko byłoby w porządku, tylko że przy takim zaludnieniu ulic, jakie spotyka się w Pradze, ostatnie czego brakuje w tym tłumie to grupa osób jadących na Segwayach. Serio. Wolę już króliczki na rowerach.