Czy powieści naprawdę się starzeją?


"Carol" jest idealną książką na ten ostatni przedświąteczny tydzień, bo właśnie w takim mniej więcej czasie zawiązuje się też fabuła powieści. Niekoniecznie jednak może wprowadzić w ten magiczno-radosny nastrój oczekiwania na coś niesamowitego, bo jej bohaterki doświadczają raczej ciągłego niepokoju. Dlaczego jednak zastanawiam się, czy powieści faktycznie się starzeją? Czytając trochę więcej o kontrowersjach dotyczących wydania tej konkretnej książki natknęłam się na opinię, zgodnie z którą we współczesnym świecie bohaterki powieści nie spotkałyby się z aż takimi trudnościami ze strony środowiska.

Moim jednak zdaniem książka nadal pozostaje aktualna i choć o kwestiach LGBT mówi się coraz więcej i coraz głośniej, postaw pełnych nienawiści i nietolerancji jest nadal tyle samo. List przesłany do Therese przez kogoś, kto był jej bardzo bliski, niepokojąco przypomina rozwinięcie krótkiego spisu wszystkiego, co można znaleźć w komentarzach pod internetowymi artykułami.

Choć "Carol" - a wcześniej "The Price of Salt" - jest na rynku od przeszło połowy wieku, obecnie swoją popularność opowiedziana w niej historia zawdzięcza głównie filmowi. Zarówno Cate Blanchett, jak i Rooney Mara stworzyły bohaterki na tyle wyraziste i charakterystyczne, że czytając książkę trudno jest nie ubierać swoich wyobrażeń właśnie w te znane twarze i nie przenosić się w plenery widziane okiem Edwarda Lachmana. "Carol" obsypano nominacjami do wszystkich możliwych znaczących nagród, a ja postanowiłam w końcu sprawdzić co też znajduje się u podstaw tej historii - w jej książkowym pierwowzorze.

Therese Belivet poznajemy w takim momencie jej życia, w którym niewiele posiada i niewiele wie. Sytuacja nie jest zbyt korzystna dla osiemnastoletnich, początkujących scenografów, a związek, w którym się znajduje, nie zdąża chyba w tym kierunku, w którym należałoby tego oczekiwać. Tak, jak Marla pojawiła się kiedyś w życiu Tylera Durdena w chwili określanej jako "a very strange time in my life", tak Carol zmienia stopniowo dosłownie wszystko w życiu Therese. Dla obydwu kobiet dalsze kontynuowanie tej relacji okazuje się być nie tyle bolesne, co w pewnym momencie wznosi przeszkody niemożliwe do obejścia. Piękno tej powieści polega na tym, że w epoce literatury pełnej gwałtu, przemocy i nieumiejętnie upychanej na każdej stronie erotyki, broni się doskonale za pomocą tego, co niedopowiedziane. To w gestii czytelnika leży uzupełnienie brakujących luk, a dzięki temu zabiegowi powieść staje się historią całkiem uniwersalną, do której mogą odnieść się wszyscy, którym przyszło pokonać na swojej drodze do szczęścia znaczne trudności.

Tym, co może jednak odbierać nieco przyjemności z lektury jest fakt, że powieść jest prawie kompletnie pozbawiona emocji (i nie mam tu na myśli tanich chwytów z książek z tego kosza tam na podłodze, którym podpiera się w małych księgarniach zamykające się drzwi). W pewnym momencie zaczyna się mieć wrażenie (co zapewne jest też spowodowane rozwijającym się wątkiem szpiegostwa), że główne bohaterki porozumiewają się za pomocą enigmatycznego szyfru, próbując w żaden sposób nie ujawniać swoich uczuć. W kontekście całej powieści sprawia to jednak, że staje się ona nieco sucha, przyczyniając się dodatkowo do dominującego poczucia melancholii i niepokoju.

Może to nie jest jednak najlepszy pomysł, by czytać tę powieść właśnie w okresie pełnym nadziei, kiedy spogląda się w przyszłość mając nadzieję że to, co się tam kryje, będzie dla nas nieco lepsze. A może jednak warto - po to, by przekonać się, że po każdej burzy wychodzi słońce, a dla własnego szczęścia niektórzy są w stanie uczynić naprawdę wiele.

Jak święta, to orzechy - drożdżowy zawijaniec

Są takie smaki, które nieodłącznie kojarzą się ze świętami.
I dla każdego będzie to oznaczało coś innego. Dla jednych to smak barszczu czerwonego na zakwasie - dla mnie zupy grzybowej. Jedni od momentu przygotowania ciasta nie mogą się doczekać starpolskiego piernika, dla mnie pojawienie się orzechowca jest równie oczywiste jak fakt, że w centrum szopki znajduje się Dzieciątko. Wspólną cechą wszystkich przygotowywanych w naszym akurat domu wypieków są orzechy - świąteczne ciasta są z zasady ponadziewane bogato bakaliami, ale orzechy włoskie pełnią rolę całkowicie odmienną. Głównie chyba dlatego, że przygotowania do świąt pośrednio rozpoczynają się już latem, kiedy tuż po własnoręcznym strząsaniu orzechów z drzewa (co proste nie jest, zwłaszcza gdy co i rusz komuś przypomina się odcinek Przyjaciół with the giant poking device) należy je rozłupać, wysuszyć, a potem rozważyć po 100g, zapakować i zamknąć za pomocą zszywek.
Drożdżowy zawijaniec z orzechami

Ciasto:
1 jajko
2,5 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
160ml letniego mleka
15g świeżych drożdży
2,5 szklanki mąki pszennej
30g roztopionego masła 82%
Rozkruszyć drożdże w letnim mleku, zasypać łyżeczką cukru. Do miski przesiać mąkę, dodać sól i cukier. Wlać rozczyn, dodać jajko i masło, zagnieść gładkie, elastyczne, nieklejące się ciasto. Gotowe podzielić na cztery w miarę równe części - można je nawet zważyć.

Nadzienie:
80ml śmietany 30%
100g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
200g zmielonych orzechów włoskich
Wszystkie składniki wymieszać do równomiernego połączenia.

Ciasto rozwałkować dość cienko. Ten placek, który wybrałam na spodnią część ciasta, od razu umieściłam na papierze do pieczenia - potem po prostu przeniosłam całość na płaską blaszkę i wsunęłam do piekarnika. Między warstwy ciasta podzielić równomiernie nadzienie, na wierzchu ułożyć samo ciasto. Sztuka skręcania tego ciasta jest nadzwyczaj prosta - teraz wszyscy patrzą na Steve'a ;).
Gotowe ciasto posmarować rozbitym jajkiem i wstawić do piekarnika - w oryginalnym przepisie autorka podaje 15-17 minut w temperaturze 180ºC. Mój piekarnik nie ma regulacji temperatury, a ciasto na pewno piekłam dłużej - co najmniej 35 minut.