Szarlotka w drożdżach czyli bułki piekielne

Drożdżowe wypieki podobno albo się upiec potrafi, albo nie. 
Nie wydawało mi się jakoś, że to możliwe, dopóki nie podjęłam dziesiątek prób upieczenia ciasta ucieranego. Każde jedno które wyciągałam miało pięknie wypieczoną skórkę i skrywało równie śliczny zakalec, w związku z czym ich pieczenie było wybitnie nieekonomiczne. Założyłam zatem, że to wina piekarnika (w innym nawet zakalcowate brownie zrobiło się tak cudownie pulchne, że przestało być brownie) i zaprzestałam podejmowania prób. Jedyny piekarnik, który nadałby się do ciasta ucieranego znakomicie, w chwili obecnej pełni już od jakiegoś czasu rolę szafki nocnej. Mistrzostwo prowizorki idzie u mnie w linii prostej w genach.
Zdolność do wykorzystywania zatem taśmy naprawczej we wszystkich domowych naprawach jest całkowicie uzasadniona. Zdolność do upieczenia ciasta drożdżowego, które wychodzi z blaszki i traci swój piękny kształt, jest też genetyczna i nie mogło chyba być inaczej, skoro od całkiem niedawna wiem, jak głęboko zakorzeniona była w mojej rodzinie tradycja piekarska.
Wypiekami w naszej rodzinie zajmowali się mężczyźni, bo to oni prowadzili piekarnię. Do dziś przetrwały już tylko wspomnienia i pamięć starszych mieszkańców miasteczka o najlepszych pączkach, które można było tam właśnie dostać. Mi nie było dane ich spróbować, przepisu nikt nie pamięta, nie udało mi się go też odnaleźć w czasie żadnej z licznych eskapad w głąb przepastnych regałów i stosów książek. Może to jednak tłumaczyć dlaczego moje ciasto drożdżowe rośnie nawet w przeciągu, przy włoskiej rodzinie energicznie wyrażającej swoje zdanie, w chaosie, w zimnie, zamieszane niechlujnie ręką prawą, lewą, obiema, w dowolnym kierunku. Zwykle ma tendencje do wychodzenia na blat gdy kończy się miejsce w pojemnikach, w których powinno grzecznie wyrastać, w 99% przypadków nieomal wciąga do środka ściereczkę, którą jest przykryte, a ponad połowa wypieków nieco przybiera w piekarniku i ma formę grzyba atomowego wypełniającego bardzo ściśle wszystkie zakamarki blaszki.
Drożdżowe bułki z jabłkami i orzechami włoskimi
na podstawie: Joy the Baker
Ciasto:
1 kg mąki +100g mąki 
500ml mleka
100ml oleju
120g cukru
szczypta soli
2,25 łyżeczki drożdży instant
1/2 łyżeczki sody +1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Mleko, olej oraz cukier podgrzewamy na wolnym ogniu do momentu rozpuszczenia cukru. Można użyć dowolnego oleju, który nie ma charakterystycznego smaku - w moim przypadku był to olej rzepakowy, ale równie dobrze sprawdzi się rozpuszczony kokosowy. Sprawdzamy, czy mieszanina nie jest zbyt gorąca, po czym posypujemy po wierzchu drożdżami - zostawiamy na kilka minut. Powinny zacząć rosnąć. Zasypujemy mleko z dodatkami przesianym kilogramem mąki, kilka razy mieszamy niedbale drewnianą łyżką i odstawiamy do wyrośnięcia na około godzinę. W tej chwili ciasto nie będzie w ogóle przypominało ciasta, a raczej budyń - o dziwo, tak właśnie być powinno. Po godzinie ciasto powinno co najmniej podwoić swoją objętość. W czasie wyrastania ciasta zajmujemy się jabłkami i kruszonką.
Po wyrośnięciu ciasto wyciągnąć na podsypaną mąką powierzchnię, dodać odłożone 100g mąki, szczyptę soli, sodę i proszek do pieczenia. W kwestii proszku... w moim przypadku to była 1/4 łyżeczki proszku i szczypta sody. Nie okiełznałabym tego ciasta na takiej ilości dopalaczy. Zagniatamy ciasto - w swojej ostatecznej formie powinno być gładkie i nieklejące.
Jabłka
ok. 700g miękkich, średnio soczystych jabłek
1/2 łyżeczki cynamonu
Jabłka myjemy, obieramy i kroimy w dość dużą kostkę. Dusimy z cynamonem przez ok. 15-20 minut na wolnym ogniu, potem zestawiamy. Jeżeli wasze jabłka nie są słodkie lub wolicie słodsze wypieki (ciasto jest mało słodkie, więc można dodać więcej cukru do owoców), dodajcie jeszcze cukier.
Kruszonka
Masło
Mąka pszenna
Cukier trzcinowy
Posiekane orzechy włoskie
W palcach rozkruszyć zimne masło, dodać mąkę pszenną, cukier trzcinowy i grubo posiekane orzechy włoskie. Zagniatać razem do osiągnięcia pożądanej formy. Proporcje w moim przypadku po prostu są na oko... ale z przepisów to zwykle 100g masła, ok. 70g mąki i tyle samo cukru. Jeżeli widzę, że któregoś składnika mi brakuje, po prostu dodaję go więcej. 
Montaż
Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 36x24 cm. Na cieście ułożyć jabłka i posypać połową kruszonki. Ciasto zwijamy wzdłuż krótszego brzegu, układając gotową zawiniętą roladę na łączeniu. Moje ciasto podzieliłam na ok. 15 plastrów, które następnie ułożyłam w blaszce posmarowanej delikatnie masłem. Po wierzchu posypać resztą kruszonki i piec do zrumienienia - w moim przypadku było to ok. 40-50 minut, podejrzewam że w przeciętnym piekarniku czas ten skróci się o +- 10 minut.
Bułki doczekały się tego piekielnego przydomka, bo w wyniku manewrów kuchennych z sześciu talerzyków, które widzicie na zdjęciach, zostało pięć. W ciągu ostatnich pięciu lat unicestwiłam tylko trzy rzeczy - dwie szklanki, drogą zalania ich wrzątkiem (kiedy w dłoni zostawała mi pięknie odcięta górna część, a denko - w zlewie) i Ikeową miskę pojemności idealnej do posiłków wieczornych, w fantastycznym błękitnym kolorze. To była jedna ze skorup takiej grubości, że ma się (mylne, jak się okazuje) wrażenie, że ich stłuczenie jest niemożliwe. 
Wydaje mi się jednak, że chyba tylko stłuczenie pamiątki rodzinnej potrafi doprowadzić nawet najbardziej zrównoważoną osobę do skrajnych nawet nie tyle emocji, co uczuć.