Czy powieści naprawdę się starzeją?


"Carol" jest idealną książką na ten ostatni przedświąteczny tydzień, bo właśnie w takim mniej więcej czasie zawiązuje się też fabuła powieści. Niekoniecznie jednak może wprowadzić w ten magiczno-radosny nastrój oczekiwania na coś niesamowitego, bo jej bohaterki doświadczają raczej ciągłego niepokoju. Dlaczego jednak zastanawiam się, czy powieści faktycznie się starzeją? Czytając trochę więcej o kontrowersjach dotyczących wydania tej konkretnej książki natknęłam się na opinię, zgodnie z którą we współczesnym świecie bohaterki powieści nie spotkałyby się z aż takimi trudnościami ze strony środowiska.

Moim jednak zdaniem książka nadal pozostaje aktualna i choć o kwestiach LGBT mówi się coraz więcej i coraz głośniej, postaw pełnych nienawiści i nietolerancji jest nadal tyle samo. List przesłany do Therese przez kogoś, kto był jej bardzo bliski, niepokojąco przypomina rozwinięcie krótkiego spisu wszystkiego, co można znaleźć w komentarzach pod internetowymi artykułami.

Choć "Carol" - a wcześniej "The Price of Salt" - jest na rynku od przeszło połowy wieku, obecnie swoją popularność opowiedziana w niej historia zawdzięcza głównie filmowi. Zarówno Cate Blanchett, jak i Rooney Mara stworzyły bohaterki na tyle wyraziste i charakterystyczne, że czytając książkę trudno jest nie ubierać swoich wyobrażeń właśnie w te znane twarze i nie przenosić się w plenery widziane okiem Edwarda Lachmana. "Carol" obsypano nominacjami do wszystkich możliwych znaczących nagród, a ja postanowiłam w końcu sprawdzić co też znajduje się u podstaw tej historii - w jej książkowym pierwowzorze.

Therese Belivet poznajemy w takim momencie jej życia, w którym niewiele posiada i niewiele wie. Sytuacja nie jest zbyt korzystna dla osiemnastoletnich, początkujących scenografów, a związek, w którym się znajduje, nie zdąża chyba w tym kierunku, w którym należałoby tego oczekiwać. Tak, jak Marla pojawiła się kiedyś w życiu Tylera Durdena w chwili określanej jako "a very strange time in my life", tak Carol zmienia stopniowo dosłownie wszystko w życiu Therese. Dla obydwu kobiet dalsze kontynuowanie tej relacji okazuje się być nie tyle bolesne, co w pewnym momencie wznosi przeszkody niemożliwe do obejścia. Piękno tej powieści polega na tym, że w epoce literatury pełnej gwałtu, przemocy i nieumiejętnie upychanej na każdej stronie erotyki, broni się doskonale za pomocą tego, co niedopowiedziane. To w gestii czytelnika leży uzupełnienie brakujących luk, a dzięki temu zabiegowi powieść staje się historią całkiem uniwersalną, do której mogą odnieść się wszyscy, którym przyszło pokonać na swojej drodze do szczęścia znaczne trudności.

Tym, co może jednak odbierać nieco przyjemności z lektury jest fakt, że powieść jest prawie kompletnie pozbawiona emocji (i nie mam tu na myśli tanich chwytów z książek z tego kosza tam na podłodze, którym podpiera się w małych księgarniach zamykające się drzwi). W pewnym momencie zaczyna się mieć wrażenie (co zapewne jest też spowodowane rozwijającym się wątkiem szpiegostwa), że główne bohaterki porozumiewają się za pomocą enigmatycznego szyfru, próbując w żaden sposób nie ujawniać swoich uczuć. W kontekście całej powieści sprawia to jednak, że staje się ona nieco sucha, przyczyniając się dodatkowo do dominującego poczucia melancholii i niepokoju.

Może to nie jest jednak najlepszy pomysł, by czytać tę powieść właśnie w okresie pełnym nadziei, kiedy spogląda się w przyszłość mając nadzieję że to, co się tam kryje, będzie dla nas nieco lepsze. A może jednak warto - po to, by przekonać się, że po każdej burzy wychodzi słońce, a dla własnego szczęścia niektórzy są w stanie uczynić naprawdę wiele.

Jak święta, to orzechy - drożdżowy zawijaniec

Są takie smaki, które nieodłącznie kojarzą się ze świętami.
I dla każdego będzie to oznaczało coś innego. Dla jednych to smak barszczu czerwonego na zakwasie - dla mnie zupy grzybowej. Jedni od momentu przygotowania ciasta nie mogą się doczekać starpolskiego piernika, dla mnie pojawienie się orzechowca jest równie oczywiste jak fakt, że w centrum szopki znajduje się Dzieciątko. Wspólną cechą wszystkich przygotowywanych w naszym akurat domu wypieków są orzechy - świąteczne ciasta są z zasady ponadziewane bogato bakaliami, ale orzechy włoskie pełnią rolę całkowicie odmienną. Głównie chyba dlatego, że przygotowania do świąt pośrednio rozpoczynają się już latem, kiedy tuż po własnoręcznym strząsaniu orzechów z drzewa (co proste nie jest, zwłaszcza gdy co i rusz komuś przypomina się odcinek Przyjaciół with the giant poking device) należy je rozłupać, wysuszyć, a potem rozważyć po 100g, zapakować i zamknąć za pomocą zszywek.
Drożdżowy zawijaniec z orzechami

Ciasto:
1 jajko
2,5 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
160ml letniego mleka
15g świeżych drożdży
2,5 szklanki mąki pszennej
30g roztopionego masła 82%
Rozkruszyć drożdże w letnim mleku, zasypać łyżeczką cukru. Do miski przesiać mąkę, dodać sól i cukier. Wlać rozczyn, dodać jajko i masło, zagnieść gładkie, elastyczne, nieklejące się ciasto. Gotowe podzielić na cztery w miarę równe części - można je nawet zważyć.

Nadzienie:
80ml śmietany 30%
100g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
200g zmielonych orzechów włoskich
Wszystkie składniki wymieszać do równomiernego połączenia.

Ciasto rozwałkować dość cienko. Ten placek, który wybrałam na spodnią część ciasta, od razu umieściłam na papierze do pieczenia - potem po prostu przeniosłam całość na płaską blaszkę i wsunęłam do piekarnika. Między warstwy ciasta podzielić równomiernie nadzienie, na wierzchu ułożyć samo ciasto. Sztuka skręcania tego ciasta jest nadzwyczaj prosta - teraz wszyscy patrzą na Steve'a ;).
Gotowe ciasto posmarować rozbitym jajkiem i wstawić do piekarnika - w oryginalnym przepisie autorka podaje 15-17 minut w temperaturze 180ºC. Mój piekarnik nie ma regulacji temperatury, a ciasto na pewno piekłam dłużej - co najmniej 35 minut.


Fatum i Furia (Mojry i Furie??) Lauren Groff


            Kwestia małżeństwa jest ostatnio nadzwyczaj chętnie podnoszonym w literaturze problemem, a dodatkowo można odnieść wrażenie, że źródłem wszelkich nieporozumień jest w tych związkach pierwiastek żeński. Przywołać tu wystarczy Zaginioną dziewczynę, a potem Dziewczynę z portretu, a na końcu jeszcze Dziewczynę z pociągu (dziewczyn w różnych wariantach było jeszcze więcej, ale z nimi się jeszcze nie zapoznałam). Związki międzyludzkie rozebrano też na części pierwsze w Małym Życiu, a ostatnim tego typu tytułem, po który sięgnęłam, było Fatum i Furia.

            Bohaterowie książki są bardzo wyraziści i bez trudu zaprzątają umysł czytelnika nawet wtedy, gdy odkłada on książkę na bok. Większość osób ma słabość do osób pięknych, nie sposób zatem przejść obojętnie wobec Mathilde – tym bardziej, gdy postać ta jest tak spowita w tajemnicę. Równie intrygującą postacią jest Lancelot zwany Lottem, bezustannie dążący do realizacji przeznaczonej mu sławy i wybitności. Książka podzielona jest na dwie części – jak nietrudno się domyślić, pierwszą z nich jest Fatum, a drugą Furia. Fabuła rozwija się zatem na dwóch płaszczyznach, pozwalając na niezwykłą możliwość dokładnej obserwacji związku z perspektywy obydwu zaangażowanych w niego stron. Szansa na tak nietypowe spojrzenie na tę niezwykle zażyłą ludzką relację otwiera oczy na kompletnie inne aspekty życia w bliskości.

            Lotto nie jest chyba postacią, którą można polubić. Cichą bohaterką tego związku (której żadne działanie nie jest jednak przypadkowe i bezinteresowne) jest Mathilde. Nawet jeśli po lekturze całości można próbować ją odsądzać od czci i wiary, przede wszystkim starała się stworzyć sobie namiastkę szczęścia, dobrobytu i życia wśród ludzi otaczających ją miłością – co jest właściwie pewnym niezbędnym minimum potrzebnym do funkcjonowania chyba każdemu z nas. To, co z wierzchu wydaje się być związkiem idealnym, wymaga tak naprawdę olbrzymich pokładów poświęcenia i sprytu. Dowiadujemy się z tej książki wiele o miłości, ale też o manipulacji, trudnościach, bezustannych kompromisach i emocjach (lub ich braku) towarzyszących codzienności w związku. Nic w tej książce nie jest oczywiste, co nasuwało mi na myśl powieść z dziewczyną w tytule napisaną przez Gillian Flynn. Kiedy mogłoby się wydawać, że o Mathilde wiemy wszystko, zaczyna nam ona w drugiej części odkrywać karty swojej przeszłości. Odarty z wyidealizowanych przekonań męża portret kobiety – nie żony, ale po prostu kobiety – jest też całkowicie inny niż postać Mathilde widziana przez pryzmat wyobrażeń Lotta. To wiele mówiący wątek w tej powieści, o którym sporo się potem myśli po odłożeniu powieści na bok.

            To ważna książka – dużo o niej pisano w mediach, wspominał o niej sam amerykański prezydent (a biorąc pod uwagę fakt, że Obamowie dość często byli określani uroczym relationship goals, może to dobra rekomendacja) i stosunkowo szybko osiągnęła status najważniejszej książki ubiegłego roku. Nieprzypadkowo – bo prezentuje piękne stadium rozwijającej się relacji i dwóch stron związku z głębokiej perspektywy obydwu osób. Niezbyt często mamy szansę spojrzeć aż tak daleko w zakątki czyjegoś umysłu. Warto po nią sięgnąć niekoniecznie po to, by przekonać się jak zdumiewająco „niechcący” możemy stać się ofiarami zgrabnej manipulacji drugiej strony w związku. Raczej po to, by spojrzeć z globalnej perspektywy na bliską zażyłość dwojga osób i posłuchać tych wszystkich niewypowiedzianych myśli.



P.S. Wydźwięk Fates and Furies jest zupełnie inny niż Fatum i furia. Dlaczego? Dlatego, że zarówno fates, jak i furies odnosi się w języku angielskim do bóstw. Furie są nam chyba bliżej znane jako Erynie, bo tak najczęściej przedstawia się je na szkolnych lekcjach polskiego poświęconych mitologii – sporo rzeczy ginie w tłumaczeniu i szkoda, że tak się właśnie stało z tym tytułem. Choć jak zawsze podkreślam, intencje tłumacza są zwykle mało istotne w kontekście marketingowej chwytliwości.

Murzynek z serem bez sera, czyli jak pozbawić ciasto zakalca

W każdej rodzinie jest chyba takie ciasto, które jakoś nigdy się nie udaje. Takie na przykład drożdżowe, które pomimo długotrwałego i przypłaconego zakwasami w ramionach wyrabiania jest gumowate i daleko mu do puszystości. Albo ucierane, w którym wszystkie owoce smętnie zbliżają się w miarę pieczenia do dna – zamiast utrzymywać się tuż pod kruszonką na powierzchni rumianego ciasta. Taki status w naszej rodzinie miał zawsze murzynek (swoją drogą, ciekawe jak długo będzie zwać się to ciasto murzynkiem – zanim poprawność polityczna przestanie pozwalać beztrosko przerzucać się słowami w rozmowie) – sama podejmowałam te próby kilkakrotnie i absolutnie nigdy nie udało mi się upiec czegoś zbliżonego do puszystego, nieco wilgotnego, przełożonego warstewką powideł ciasta, które pamiętałam z dzieciństwa. Pamiętam je przede wszystkim jako ciasto, którym częstowała nas na podwórku koleżanka, przynosząc je ilekroć piekła je w domu jej babcia.
Ostatnio jednak znalazłam przepis na murzynek z serem, który wypiekany bez sera okazuje się być ciastem idealnym. Polecam ten przepis przede wszystkim osobom, którym nie wychodzą za bardzo ciasta ucierane / chlebki marchewkowe – to bardzo dobrze wyrasta w piekarniku, jest bardzo delikatne, nie jest gliniaste i ciężkie. Jeśli nie macie też problemów z piekarnikiem, najpewniej będzie dla was za suche – wtedy polecam raczej klasyczne przepisy. 
Nie używam do mas surowych jajek, dlatego w tym przypadku do polewy wykorzystuję masę odlaną przed dodaniem żółtek. Jeśli Wam to nie przeszkadza, po prostu zamieńcie kolejność. 
Murzynek
4 jajka
5 łyżek wody
1 szklanka cukru
250g margaryny
4 łyżki gorzkiego kakao
1,5 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki cukru waniliowego
3 łyżeczki proszku do pieczenia

Wodę, kakao, margarynę, cukier i cukier wanilinowy podgrzać w garnuszku z grubym dnem do połączenia składników, co jakiś czas mieszając. Odlać pół szklanki mąki, odstawić masy do przestygnięcia. 
W międzyczasie przesiać mąkę i połączyć ją z proszkiem do pieczenia.
Żółtka oddzielić od białek i połączyć z masą czekoladową, następnie dodać mąkę z proszkiem i starannie połączyć. Białka ubić na sztywno, delikatnie połączyć z masą czekoladową. Wlać do keksówki o wymiarach 34x25 cm (ja wykładam papierem do pieczenia tylko dno). 
Po upieczeniu przekrojone ciasto przekładam powidłami i polewam masą czekoladową. 

Małe Życie i wielkie książki

Zwykle im większy medialny balonik wokół jakiegoś kulturowego zjawiska – czy to książki, czy zespołu – tym trudniej jest mi się tym zainteresować. Są też jednak książki, które mają pewien magnetyzm i które, w co wierzę bardzo, napisane zostały po to, by w pewnym momencie wpadły nam w ręce. W wieku bardzo nieodpowiednim do zrozumienia wielu wątków sięgnęłam zatem po Mistrza i Małgorzatę, odkrywając tę książkę potem na nowo za każdym razem, gdy znów ją czytam, potem po Zbrodnię i Karę, gdzieś po drodze był epizod z Dziewczyną (…) Larssona, a od momentu pojawienia się Małego Życia wiedziałam już, że to kolejna z tych książek, które z niewytłumaczalnego powodu staną się dla mnie bardzo ważne. Intuicja po raz kolejny nie zawiodła.

            Współczesna literatura to gąszcz wymyślnego stylu, barokowej prozy, eksperymentów z interpunkcją i przesuniętych granic ortografii. Hanya Yanagihara pisze prosto i to jest w tej powieści najlepsze, jeżeli rozpatrujemy jej techniczną warstwę. Słowa płyną gdzieś z głębi duszy, ale tak leniwie, jak czasem snuje się powoli opowieść w gęstym, lepkim zmierzchu w środku lata. To książka, której przeszło 800 stron składa się zasadniczo tylko z opisów; jest tu wiele o jedzeniu, o przyzwyczajeniach, o brutalności emocji, o płaczu, o chwilach szczęścia, o bezwzględności otaczającego świata i tym, co pięknego kryją najdalsze jego zakątki. Dzięki tak bezpretensjonalnemu sposobowi prowadzenia narracji czytelnik traci w pewnym momencie kompletnie zdolność do zauważania upływu czasu – zarówno tego całkiem realnego, jak i fabularnego. To powieść, przy której lekturze odkrywa się ze zdumieniem, że tramwaj nie zatrzymał się, bo przystanek, tylko zatrzymał się, bo to już pętla, wszystkie światła za oknem zgasły nie dlatego, że jest globalna przerwa w dostawie prądu, a dlatego, że wskazówki zegara zbliżają się do trzeciej nad ranem. Niezwykle ciekawe jest to, że autorka pozbyła się z powieści wszelkich śladów, które mogłyby zasugerować czytelnikowi potencjalne ramy czasowe umiejscawiające bohaterów na realnej osi czasu – niewiele wiemy o nowinkach technicznych czy kulturalnych, przez co fabuła rozwija się przez cały czas teraz, choć upływ czasu jest podkreślany za pomocą wieku bohaterów. To jeden z tych ulotnych elementów przyczyniających się do niezwykłości tej książki, który tak trudno jest jednoznacznie wskazać podczas jej lektury. 

            Czterech bohaterów powieści – Jude’a, Willema, Malcolma i JB – poznajemy w momencie, gdy mają po dwadzieścia-kilka lat i wkraczają w dorosłość. Towarzysząc im przez kolejnych czterdzieści lat życia odkrywamy kolejne karty z ich przeszłości, dowiadujemy się coraz więcej o motywacjach stojących za ich decyzjami, a przede wszystkim nieuchronnie zdążamy do ponownego obnażenia jednego z bohaterów, który w tej wyliczance postaci nieprzypadkowo znalazł się na pierwszym miejscu. Jude wzbudza skrajne emocje. Myślę, że wśród tych, którzy mogą swoje problemy z własną wartością (i tych, którzy niestety mogą również znaleźć ślady swoich własnych doświadczeń w przeszłości tego akurat bohatera, choć każdemu życzyłabym dzieciństwa i dorastania wśród gwaru ciotek JB), Jude jest bohaterem, którego najbardziej mogą do siebie dopasować. Ci, którzy nigdy nie zmierzyli się z podobną trudnością, pewnie będą go chcieli w pewnym momencie wytargać za włosy za brak chęci do współpracy z przyjaciółmi, którzy nigdy (w zasadzie do samego końca powieści) i bez względu na wszystko go nie zostawiają. 


Powieść Yanagihary jest pięknym przykładem na to, że codzienność – mała codzienność – jest doskonałym materiałem na wielką literaturę. Całość postrzegam jako doskonały przykład działania na dwóch skrajnych rejestrach spektrum; to rozległa powieść, obejmująca niezwykle szeroki zakres czasu, w której odnajdujemy ślady podróży do najdalszych głębin samych siebie i najbardziej skrytych zakątków świata – a jej głównym celem jest pochwała najprostszych czynności, skupiania się na drobiazgach życia codziennego, które budują ciągłość naszego istnienia. To pochwała drobnych, nieistotnych momentów wypełniających czas pomiędzy wszystkim, co wydaje nam się istotne. Tyle się przecież wydarza między ukończeniem szkoły, rozpoczęciem studiów, podjęciem pracy, ślubem, urodzeniem dzieci. A tak bardzo mamy tendencję do spoglądania na życie z tej wielkiej perspektywy, w której łatwo zauważalne są tylko te momenty, kiedy mamy na sobie absurdalnie wielkie, tiulowe sukienki, ściskamy w dłoni zimny klucz od pierwszego własnego miejsca albo po kilku miesiącach przygotowań okazujemy się zupełnie nieprzygotowani na czyjeś przybycie.

            Kluczową rolę w tej powieści odgrywają emocje. Pojawiają się na dwa sposoby – są albo wręcz niewidoczne, ledwie zauważalne pod powłoką codzienności i drobnych gestów – albo tak drastyczne, że poruszają te całkiem nieznane, najgłębsze zakątki duszy. Pełno jest w tej książce cierpienia, bezwzględnego dążenia do celu, bezustannej walki i poddawania się swoim lękom, obawom i traumom. Ale każdy jeden z tych szczegółów jest w tej powieści niezbędny. Wszyscy bohaterowie wdrapują się w różnych momentach swojego życia na swój Everest. Niektórym, tak jak Jude’owi, zawsze ktoś towarzyszy i zawsze udziela im pomocy, nawet jeśli czyni to całkowicie bezwiednie. Choćby początek ich drogi nie był zbyt szczęśliwy, wszyscy dokładają wszelkich starań, by pokiereszowane ciało i dusza nie zepchnęły go z drogi po to, co się znajduje na szczycie. Inni – tak jak JB – uciekają od wszystkich, którzy są im bliscy, wybierając własne ścieżki i towarzystwo ludzi wrogich i obcych. Piękne w tej książce jest to, że wszelkiego rodzaju problemy, radości, entuzjazm i niechęć ujmuje w sposób tak łatwy do dopasowania do własnych doświadczeń, że zaczyna się ją przeżywać w sposób całkowicie personalny. Ważne w tej książce są emocje, wspomnienia, traumy z dzieciństwa, relacje międzyludzkie, czas oraz miejsca. Dla historii rozpiętej na przestrzeni 800 stron Lispenard Street jest bowiem mikrokosmosem, w którym wszystko się zaczyna i kończy. 

            W mojej lokalnej bibliotece Małe Życie zalega na półce, bo jego objętość zniechęca praktycznie wszystkich. Ja jeszcze przed zanurzeniem się w pierwszych zdaniach wiedziałam, że to nie będzie zwyczajna książka (nie wiem skąd – nie przeczytałam wcześniej ani jednej recenzji, nie wiedziałam nawet o czym jest, wiedziałam tylko, że jest dla mnie), niektórym potrzeba pierwszych stu stron, innym trzystu. Bez względu na tę mało apetyczną objętość (choć dla mnie to niebywałe – sama przyjemność ważenia tego tomu w rękach jest wielka) to niezwykle ważna pozycja na tle współczesnych propozycji literackich. Wśród książek, gdzie aż tłoczno jest od bohaterów, gdzie wątki duszą się w plątaninie fabuły, a stylistyka jest albo boleśnie ozdobna, albo usilnie minimalistyczna, powieść Hanyi Yanigahary jest niezwykła. Jestem więcej niż pewna, że to powieść, do której powraca się wielokrotnie, znajdując się na różnych etapach swojego życia, szukając w niej odpowiedzi na inne pytania i znajdując odzwierciedlenie w coraz to innym bohaterze. Małe życie ma tę niezwykłą moc sprawiania, że człowiek spogląda na swoją własną egzystencję i zastanawia się nad swoją przeszłością i tym, co nadal spowija mrok przyszłości.



Trudno tu także nie wspomnieć o tłumaczeniu, bo jest doskonałe. Oddaje idealnie spokojną narrację Yanagihary, za co należą się szczególne ukłony w kierunku pani Jolanty Kozak (ale czego oczekiwać od pomysłodawczyni genialnego Szczerego Kota?).
Z tłumaczeniem tytułu natomiast jest już inna historia, bo Małe Życie nie do końca jest dobrym odzwierciedleniem kontekstu, w którym znaczenie tytułu pojawia się w powieści. W powieści odkrywa je brat Luke, mówiąc do Jude’a: “But Jude, when you're with clients, you have to show a little life; they're paying to be with you, you know -- you have to show them you're enjoying it." Polski przekład tytułu, choć wiem jak niewiele ma często wspólnego z intencjami tłumacza, sugeruje coś innego (co wpływało na moje postrzeganie książki do momentu napotkania tego fragmentu).

Zmiany zmiany

Fuzja Smaków już od dawna nie jest tym miejscem, którym była na początku. Sześć lat to szmat czasu, a mniej więcej tyle minęło od momentu, kiedy zaczęłam tutaj coś publikować. Nic nie jest takie samo; jestem na takim etapie życia, na którym jedni ludzie intensywnie pracują nad znalezieniem swojej drugiej połówki i odszukaniem swojego miejsca na ziemi, a drudzy gorąco wierzą w to, że uda im się zmienić świat. Nie należę ani do jednej, ani do drugiej grupy, bo wybrawszy całkiem pewnie swoją ścieżkę w wieku lat 18, kilka lat później stwierdzam, że nie wiem, czego chcę. Dylemat, który większość moich rówieśników przeżywała przed maturą, u mnie pojawił się długo, długo później.
Nie publikuję tutaj, bo wszystko, o czym miałabym akurat ochotę napisać, jakoś w ostatnim czasie nie jest związane z jedzeniem. Nie pełni już ono dla mnie tak fundamentalnej roli w życiu, nadal lubię coś upiec, nadal lubię poszukać czegoś nowego, ale opieram się coraz częściej na tym, co lubię najbardziej i na rzeczach najprostszych – świeżym, pszennym chlebie, esencjonalnym rosole, mocnej herbacie i gorzkiej czekoladzie. Dlatego Fuzja się zmienia. Nadal będzie Fuzją Smaków, ale teraz tych trochę innych – kulinarnych, literackich, muzycznych. Posty zamieszczane na dwóch odrębnych blogach od tej pory będą znajdowały się w jednym miejscu – właśnie na Fuzji.
Towarzyszyliście mi tutaj przez tyle lat, więc będzie mi tym bardziej miło, jeśli ze mną pozostaniecie. Jeśli książki, muzyka gatunków wszelkich i okazjonalne gotowanie nie są tym, co Anglicy zwą your cup of tea, było mi niezwykle miło, że tutaj zaglądaliście. Może z ciekawości co jakiś czas jeszcze tu wpadniecie. Z tego bloga raczej nigdy nie będzie imperium (bo w ciągu sześciu lat, przy odrobinie dobrych chęci i przedsiębiorczości, zapewne już by mi się to udało), ale może będzie emanowało ciepło, i będzie tu można przysiąść w towarzystwie dobrej książki i herbaty z pomarańczą i zawsze tą jedną łyżeczką soku malinowego za dużo.

Między postami jestem tutaj:
 INSTAGRAM

Szarlotka w drożdżach czyli bułki piekielne

Drożdżowe wypieki podobno albo się upiec potrafi, albo nie. 
Nie wydawało mi się jakoś, że to możliwe, dopóki nie podjęłam dziesiątek prób upieczenia ciasta ucieranego. Każde jedno które wyciągałam miało pięknie wypieczoną skórkę i skrywało równie śliczny zakalec, w związku z czym ich pieczenie było wybitnie nieekonomiczne. Założyłam zatem, że to wina piekarnika (w innym nawet zakalcowate brownie zrobiło się tak cudownie pulchne, że przestało być brownie) i zaprzestałam podejmowania prób. Jedyny piekarnik, który nadałby się do ciasta ucieranego znakomicie, w chwili obecnej pełni już od jakiegoś czasu rolę szafki nocnej. Mistrzostwo prowizorki idzie u mnie w linii prostej w genach.
Zdolność do wykorzystywania zatem taśmy naprawczej we wszystkich domowych naprawach jest całkowicie uzasadniona. Zdolność do upieczenia ciasta drożdżowego, które wychodzi z blaszki i traci swój piękny kształt, jest też genetyczna i nie mogło chyba być inaczej, skoro od całkiem niedawna wiem, jak głęboko zakorzeniona była w mojej rodzinie tradycja piekarska.
Wypiekami w naszej rodzinie zajmowali się mężczyźni, bo to oni prowadzili piekarnię. Do dziś przetrwały już tylko wspomnienia i pamięć starszych mieszkańców miasteczka o najlepszych pączkach, które można było tam właśnie dostać. Mi nie było dane ich spróbować, przepisu nikt nie pamięta, nie udało mi się go też odnaleźć w czasie żadnej z licznych eskapad w głąb przepastnych regałów i stosów książek. Może to jednak tłumaczyć dlaczego moje ciasto drożdżowe rośnie nawet w przeciągu, przy włoskiej rodzinie energicznie wyrażającej swoje zdanie, w chaosie, w zimnie, zamieszane niechlujnie ręką prawą, lewą, obiema, w dowolnym kierunku. Zwykle ma tendencje do wychodzenia na blat gdy kończy się miejsce w pojemnikach, w których powinno grzecznie wyrastać, w 99% przypadków nieomal wciąga do środka ściereczkę, którą jest przykryte, a ponad połowa wypieków nieco przybiera w piekarniku i ma formę grzyba atomowego wypełniającego bardzo ściśle wszystkie zakamarki blaszki.
Drożdżowe bułki z jabłkami i orzechami włoskimi
na podstawie: Joy the Baker
Ciasto:
1 kg mąki +100g mąki 
500ml mleka
100ml oleju
120g cukru
szczypta soli
2,25 łyżeczki drożdży instant
1/2 łyżeczki sody +1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Mleko, olej oraz cukier podgrzewamy na wolnym ogniu do momentu rozpuszczenia cukru. Można użyć dowolnego oleju, który nie ma charakterystycznego smaku - w moim przypadku był to olej rzepakowy, ale równie dobrze sprawdzi się rozpuszczony kokosowy. Sprawdzamy, czy mieszanina nie jest zbyt gorąca, po czym posypujemy po wierzchu drożdżami - zostawiamy na kilka minut. Powinny zacząć rosnąć. Zasypujemy mleko z dodatkami przesianym kilogramem mąki, kilka razy mieszamy niedbale drewnianą łyżką i odstawiamy do wyrośnięcia na około godzinę. W tej chwili ciasto nie będzie w ogóle przypominało ciasta, a raczej budyń - o dziwo, tak właśnie być powinno. Po godzinie ciasto powinno co najmniej podwoić swoją objętość. W czasie wyrastania ciasta zajmujemy się jabłkami i kruszonką.
Po wyrośnięciu ciasto wyciągnąć na podsypaną mąką powierzchnię, dodać odłożone 100g mąki, szczyptę soli, sodę i proszek do pieczenia. W kwestii proszku... w moim przypadku to była 1/4 łyżeczki proszku i szczypta sody. Nie okiełznałabym tego ciasta na takiej ilości dopalaczy. Zagniatamy ciasto - w swojej ostatecznej formie powinno być gładkie i nieklejące.
Jabłka
ok. 700g miękkich, średnio soczystych jabłek
1/2 łyżeczki cynamonu
Jabłka myjemy, obieramy i kroimy w dość dużą kostkę. Dusimy z cynamonem przez ok. 15-20 minut na wolnym ogniu, potem zestawiamy. Jeżeli wasze jabłka nie są słodkie lub wolicie słodsze wypieki (ciasto jest mało słodkie, więc można dodać więcej cukru do owoców), dodajcie jeszcze cukier.
Kruszonka
Masło
Mąka pszenna
Cukier trzcinowy
Posiekane orzechy włoskie
W palcach rozkruszyć zimne masło, dodać mąkę pszenną, cukier trzcinowy i grubo posiekane orzechy włoskie. Zagniatać razem do osiągnięcia pożądanej formy. Proporcje w moim przypadku po prostu są na oko... ale z przepisów to zwykle 100g masła, ok. 70g mąki i tyle samo cukru. Jeżeli widzę, że któregoś składnika mi brakuje, po prostu dodaję go więcej. 
Montaż
Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 36x24 cm. Na cieście ułożyć jabłka i posypać połową kruszonki. Ciasto zwijamy wzdłuż krótszego brzegu, układając gotową zawiniętą roladę na łączeniu. Moje ciasto podzieliłam na ok. 15 plastrów, które następnie ułożyłam w blaszce posmarowanej delikatnie masłem. Po wierzchu posypać resztą kruszonki i piec do zrumienienia - w moim przypadku było to ok. 40-50 minut, podejrzewam że w przeciętnym piekarniku czas ten skróci się o +- 10 minut.
Bułki doczekały się tego piekielnego przydomka, bo w wyniku manewrów kuchennych z sześciu talerzyków, które widzicie na zdjęciach, zostało pięć. W ciągu ostatnich pięciu lat unicestwiłam tylko trzy rzeczy - dwie szklanki, drogą zalania ich wrzątkiem (kiedy w dłoni zostawała mi pięknie odcięta górna część, a denko - w zlewie) i Ikeową miskę pojemności idealnej do posiłków wieczornych, w fantastycznym błękitnym kolorze. To była jedna ze skorup takiej grubości, że ma się (mylne, jak się okazuje) wrażenie, że ich stłuczenie jest niemożliwe. 
Wydaje mi się jednak, że chyba tylko stłuczenie pamiątki rodzinnej potrafi doprowadzić nawet najbardziej zrównoważoną osobę do skrajnych nawet nie tyle emocji, co uczuć.