Viva la PRL, czyli kompot ze słoika

Słoiki to absolutnie ostatni krzyk mody. W słoikach modnie jest teraz podawać milkshake'i (koniecznie ze słomką w kolorowe paski, koniecznie nie plastikowe), owsianki, koktajle, galaretki, słowem wszystko. Inna sprawa, że jest to po prostu urocze, zatem Martha Stewart miała najwyraźniej rację, pakując w nie swoje parfaity, granity i inne -ity już pięć lat temu. Zatem viva la słoiki, przywróćmy dobre imię poręcznych pojemników przewożących tydzień w tydzień kilogramy Mamowego jedzenia z Małych Miasteczek do Dużych Miast w studenckich plecakach. Zastanawia mnie jeszcze, czy Słoikiem można mianować się tylko studiując w stolicy, czy dotyczy się to też innych metropolii uniwersyteckich. Ktoś zabierze głos?
Kompot za to jest na razie gwoździem programu niedzielnego babcinego obiadu, ale na razie występuje zasadniczo tylko w otoczeniu mebli na wysoki połysk i koronkowych serwet. Jeżeli ktoś miał to szczęście posiadania mieszkającej na wsi babci, bądź też babci gotującej, lub babci z działką, to kompot pamięta zapewne z wakacyjnych obiadów w ogrodzie, gdzie miliard razy w ciągu posiłku padało "uważaj na osy" i każdy gimnastykował się jak mógł, by odpędzić natrętne insekty od słodkiego napoju. Kompot powrócił do naszego domu w tym roku, ponieważ staliśmy się posiadaczami areałów (zwanych pieszczotliwie Sarbinowem), gdzie okazało się, że wśród licznych chaszczy i zarośli, znajdują się całkiem pokaźne krzewy malin i - jeszcze większe - porzeczek. Jesteśmy teraz tacy eko, że mamy soki ze swoich własnych malin, wiśni i porzeczek, a owoce na kompot przerabiamy w ilościach hurtowych. Bam. Kompot jest najlepszy na upał.
Receptur na kompot jest pewnie tyle, co babć i przekazanych tradycyjnych przepisów. Dogodne jest to, że kompot robi się sam, a potem można go spożywać do końca dnia, dodawać kostki lodu, a gasi pragnienie o wiele lepiej niż słodkie, gazowane napoje. Dzisiejsze 5 litrów kompotu (wspominałam coś o ilościach hurtowych?) powstało z:
3 średniej wielkości jabłek
0,5 kg dojrzałych śliwek
100 ml soku z czarnej porzeczki
czterech - pięciu goździków
oraz cukru do smaku.
Owoce myjemy, wrzucamy do garnka, zagotowujemy z wodą, cukrem i goździkami. Gotujemy jeszcze przez ok. 20 minut, przecedzamy (albo i nie, w zależności od waszego stopnia tolerancji farfocli), przelewamy do dzbanka i stawiamy na stole. 

Szarlotka Mamy Borejko

Przypominam sobie ostatnio po raz -nty Jeżycjadę i dotarłszy do Opium w Rosole (chyba najbardziej apetycznej, choć i najsmutniejszej, ze wszystkich części, swoją drogą) całkiem po raz pierwszy odkryłam, że Mama Borejko zdolna jest upiec szarlotkę. Nie wiem z jakiego powodu umknęło mi to całkowicie podczas poprzednich kilkunastu razy, kiedy to czytałam te książki, ale postanowiłam od razu ją upiec. Jak to ujęła w jednym z fragmentów Kreska, wizyta u Borejków w czasie, gdy coś człowieka gryzie, pomaga jakoś wyleczyć te smutki. Jakby przyklejano plasterek, który w jakiś sposób leczy rany. Okazuje się, że wystarczy trochę ciszy, spokoju, zapach pieczonych jabłek i warstwa cukru pudru, by zadziałała magia Borejkowego ciepła.
Szarlotka jest banalnie prosta (jak to w Łasuchu ujęto, Mama Borejko nie miała w zwyczaju za trudne przepisy się zabierać) a efekt jest niesamowity. Nieufnie podchodziłam do kruchego ciasta - niesłusznie zresztą - bo jest fantastycznie kruche po upieczeniu, a przed spędzeniem połowy godziny w piekarniku jest gładkie i się nie klei, więc wylepienie blaszki nie przypomina koszmaru. Od razu muszę jeszcze napisać, że ciasta wychodzą ilości hurtowe. Należy albo zwiększyć ilość jabłek i zrobić szarlotkę w dużej, kwadratowej blaszce, albo zmniejszyć o połowę i zrobić, tak jak ja, w tortownicy o średnicy 20-21cm. Dokonałam też lekkich modyfikacji w związku z osobistą antypatią do skórki pomarańczowej, zastępując ją w cieście suszoną żurawiną. Polecam bardzo - sok z jabłek sprawia, że żurawina pęcznieje i staje się miękka.
Jabłka:
1,2-1,5 kg kruchych, słodkich jabłek
70-100g suszonej żurawiny
Jabłka umyć i obrać ze skórki. Zetrzeć na tarce o grubych oczkach, lekko odcisnąć nadmiar soku i wyłożyć na patelnię. Wymieszać z żurawiną, podsmażać przez kilka minut, odstawić do wystygnięcia. Potem zajmujemy się ciastem, w międzyczasie wykonując tysiąc pięćset kontrolnych spacerów celem przekonania się, kto poci się bardziej żeby nie dostać czasem małego talerza, tylko okazałą, okrągłą tackę za dzielny udział w Wimbledonie.
Ciasto:
1 żółtko
150g cukru
4 łyżki śmietany 12%
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
paczka cukru wanilinowego (16g)
kostka margaryny (250g) pokrojonej w kostkę
500g mąki krupczatki (ja użyłam jeszcze ok. 50g pszennej, by się nie kleiło)
Wszystko razem wrzucamy do miski, zagniatamy gładkie, nieklejące się ciasto. W razie potrzeby można podsypywać je mąką pszenną; nie zauważyłam, by miało to szczególnie negatywny wpływ na jakość gotowego ciasta ;) Odkładamy ciasto na 15 minut do godziny do lodówki (w zależności od tego jak pasjonująca jest aktualnie wymiana i jak nisko opadnie Wam szczęka), a potem wylepiamy nim tortownicę. Moja kula ciasta była wielkości mojej głowy, więc wylepiłam też boki tortownicy - jeżeli spróbujecie zrobić z połowy przepisu i Wam braknie, obejdzie się i bez tego. Ciasto podpiekamy przez ok. 5 minut. Jeżeli nie jesteście leniwi, umieszczacie w tortownicy papier do pieczenia i obciążacie je suchą fasolą. Jeżeli jesteście, ciasto z boków nieco zjeżdża podczas pieczenia, ale za to możecie być akurat większą częścią swojego ciała w pokoju oglądając mecz ;-) 
Potem wypełniacie gotową formę nadzieniem z jabłek, na wierzchu układacie kratkę albo rozcieracie ciasto w palcach. Wkładacie ponownie do piekarnika na ok. 20 - 30 minut, do zrumienienia. 
Oryginalny przepis domaga się śmietankowego lukru - zrezygnowałam z niego na rzecz klasycznego cukru pudru. Sprawdza się znakomicie :-)

***
Well it's too late
Tonight
To drag the past out
Into the light
We're one
But we're not the same
We get to carry each other

*
Did I ask too much
More than a lot
You gave me nothing
Now it's all I got

We're one
But we're not the same
We hurt each other
Then we do it again


*
You ask me to enter
But then you made me crawl
And I can't be holding on
To what you got
When all you got is hurt



*
One love
One blood
One life
You got to do what you should

Smak lata. Naleśniki, twarożek i kilogram truskawek.

W chwilach chaosu najlepsze są rzeczy sprawdzone i pewne.
Nic nie działa tak dobrze na chwilowo skołowany umysł jak maraton z Przyjaciółmi i stertą naleśników. Prawda? Prawda. A gdy na zewnątrz jest tak gorąco, że podeszwy zaczynają się roztapiać podczas kontaktu z asfaltem, zawsze lepiej pozostać wewnątrz. Lubię wiosnę, ale 29 stopni w maju to przegięcie. Porządne przegięcie, zdaniem osoby która nie jest i nie była nigdy w najlepszej komitywie z upałami.
Deszcz, choć potrzebny, też jest całkowicie zbędny w ilościach hurtowych. Pogoda demonstruje ostatnio swoje humory borderline w niepokojącym zaostrzeniu (skutkiem czego człowiek wychodzi rano w balerinach, a wraca w balerinach z basenem). Truskawki są już dostępne na każdym nieomal rogu, w coraz niższych cenach (co znów grozi powrotem do domu z jedną kobiałką. W każdej ręce)
"Wszystko z truskawkami" to podstawa majowo-czerwcowych obiadów, bo nic nie smakuje latem w upale tak dobrze, jak naleśniki przełożone serem z nieprzyzwoitymi ilościami truskawkowego musu, koktajl truskawkowy wypijany wprost z blenderowej miski czy pierogi truskawkowe, których konsumpcja w białych podkoszulkach kończy się zawsze podkoszulką białą w czerwony rzucik. A i tak się je klei równie chętnie i potem równie bezmyślnie przekrawa widelcem przez środek.
Te naleśniki są idealne do przekładania ich wszelkiego rodzaju nadzieniami - są lżejsze, więc też idealne na lato. Jak znam życie, pomysł zastąpienia mleka wodą wziął się stąd, że perspektywa wyłażenia z chłodnego domu w samo południe tylko po to, by przedostać się do sklepu po dzikim słońcu po marny karton , bo w lodówce jest go mało, jest tak kusząca, że cały ten pomysł jedzenia obiadu traci jakoś na atrakcyjności.
Naleśniki
1 jajko
2 szklanki wody
0,5 szklanki mleka
+mąka
Składniki zmiksować, dodając stopniowo mąkę - masa powinna docelowo przypominać płynny jogurt. Ciasto warto jest odstawić na chwilę przed smażeniem, a potem hurtowo wylewać ciasto na patelnię i zsuwać z niej zrumienione z obu stron cienkie placki. Warto je układać na sobie na talerzu, by zmiękły przed zawijaniem.
Twarożek
500g białego sera
cukier wanilinowy 
cukier puder
śmietana 12%
Ser rozgnieść widelcem, dodać cukier wanilinowy (jedno opakowanie) oraz cukier puder - do smaku. Dodać śmietanę w ilościach, które pozwolą wam uzyskać ulubioną gęstość serka.

Z truskawkami to wszyscy wiemy jak jest, pół durszlaka bez szypułek idzie do blendera, drugie pół zawierusza się gdzieś po drodze. Dodajemy łyżeczkę-dwie cukru wanilinowego, łyżkę śmietany, mieszamy do połączenia składników. Naleśniki przekładamy, polewamy musem i spożywamy. Gotowe.

Lato w pełni.

***
Through the storm we reach the shore
 You give it all but I want more
 And I'm waiting for you

 With or without you
 With or without you
 I can't live
 With or without you
 
Nothing to win and
 Nothing left to lose

 And you give yourself away

Najlepsze bagietki.

Maj jak na razie jest duszno-deszczowy, z przewagą jednego z wcześniej wymienionych w zależności od tego zakątka kraju, w którym się aktualnie znajdujecie. 
Deszcz z reguły nie kojarzy mi się z niczym złym (no dobrze, ta jedna ulewa po której rozpadły mi się ulubione baleriny nie do końca mi się podobała, ale pewnie gdybym przezornie nosiła parasol to nie miałabym takich problemów) i nie do końca prawdą jest też, że deszcz od razu uniemożliwia wszelkie przyjemne majowe działania działkowo-ogrodowe.
Pewnie, że rozpalenie grilla na balkonie najpewniej zakończy się interwencją straży (miejskiej lub pożarnej), a w najlepszym przypadku nienawiścią sąsiadów. Ale można zawsze wejść do środka, a z powodu deszczu i obniżonej temperatury przygotować sobie coś całkiem nie-letniego i nie-lekkiego. Takie bagietki na przykład.
Z pewnych powodów przestałam odwiedzać sklep, w którym się w nie zaopatrywałam najczęściej, stąd też chciałam upiec je sobie w domu. Wyszły o stokroć lepsze. 
To jedna z tych rzeczy które stanowczo w przepisie nakazują podawać gorące, a prawda jest taka, że dawno nie ma po nich już śladu zanim zdołają ostygnąć na dobre.
Ciasto:
1 szklanka letniej wody
1 łyżka miodu
paczka drożdży instant
1 łyżeczka soli
3 niepełne szklanki mąki pszennej*
szczypta suszonych ziół prowansalskich
Postępujemy jak z typowym ciastem drożdżowym: w miseczce rozpuszczamy drożdże z miodem w niewielkiej ilości wody, odstawiamy na chwilę. Powinno po chwili się ruszyć, wtedy dodajemy rozczyn do mąki wymieszanej z solą i suszonymi ziołami. Ciasto zagniatamy aż będzie gładkie i nieklejące (ręcznie to może zająć kilka[naście] minut ;-) Odstawiamy na jakąś godzinę, do podwojenia objętości. Potem uderzamy pięścią, ciasto dzielimy na dwie równe części, formujemy podłużne bagietki. Gotowe układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wstawiamy do piekarnika na ok. 20 minut. W tym czasie przygotowujemy masło:
*w oryginalnym przepisie jest mąka chlebowa - ja użyłam klasycznej, pszennej - i były fantastyczne. Nie zaszkodzi im, jeśli nie macie pod ręką chlebowej.
3 łyżki masła
2-3 ząbki czosnku (to zależy od tego, jak bardzo daleko będziecie potem od siebie siedzieć po spożyciu)
i przygotowujemy ok. 8-10 plastrów żółtego sera, pokrojonego w kratkę
Masło powinno być miękkie, żeby potem je łatwo połączyć z czosnkiem. Czosnek przeciskamy przez praskę, ucieramy na pastę. Do posmarowania bułek wyjętych z piekarnika potrzebne nam będzie masło albo bardzo mocno miękkie, albo płynne. 
Po 20 minutach wyciągamy bułki, smarujemy wierzch masłem i wstawiamy jeszcze na 5-7 minut do piekarnika, aż się zrumieni.
Potem, jeśli jesteście cierpliwi, odstawiacie bułki na ok. 15 minut do ostygnięcia. Jeśli nie jest to Wasza najlepsza cecha, a do tego macie ręce z azbestu, możecie pokroić gorące bagietki. Ja tak właśnie uczyniłam, stąd też wizualnie nie prezentują się najlepiej...ale mniejsza o to. Nacięcia smarujemy masłem i wtykamy w nie żółty ser (ja zwykle dawałam pół plastra, przekrojone jeszcze na pół). I jeszcze raz do piekarnika, do stopienia sera. I wprost na stół ;-)

Pięknych, ciepłych i radosnych.

Pięknych. Ciepłych, pomimo deszczu i podmuchów złośliwego wiatru,
który porywa ze sobą koronkowe serwetki, gałązki bukszpanu i plastikowe żonkile.
Smakowitych, niezależnie od tego czy trzymacie stronę puszystych, lśniących grubą warstwą lukru bab
czy też płaskich, kruchych i rozpływających się w ustach, niemożliwie słodkich mazurków.
Spotkań z najbliższymi. Cudownych i będących źródłem pięknych wspomnień.
Dni pełnych radości i odpoczynku.
Po prostu.
Wspaniałych Świąt.

M&M's cookies

Mam nadzieję, że tym razem zostanę tu na dłużej. I nie będę już Was tak porzucać bez słowa, taki jest plan ;-)
Nie wiem kto wpadł na pomysł dorzucenia M&M'sów do masy ciastkowej (a może był to wypadek, jak nierozpuszczona czekolada w Chocolate Chip Cookies), ale była to bardzo trafna decyzja. Kruche, maślane ciastko to tylko baza - to czekoladowe cukierki dodają im uroku i sprawiają, że są jeszcze smaczniejsze.
To dość nieprzewidywalne połączenie, bo wrzucanie gotowych słodyczy do masy, która ma się stać domowymi ciastkami to raczej postępowanie niecodzienne. Ale efekt jest znakomity. To trochę tak jak ze wszystkim, co zdarza się dość niespodziewanie, a często potem jesteśmy wdzięczni za coś, czego pojawienie się początkowo mogło wydawać nam się koszmarem i sporym obciążeniem. Nie do końca jestem przekonana co do idei, że wszystko w życiu zdarza się po coś (pewne zdarzenia są tak bezsensowne, że naprawdę trudno jest przypisywać im jakieś glębsze, dodatkowe, filozoficzne znaczenie), ale jeśli znaleźliście się w takiej właśnie sytuacji, jest jedno rozwiązanie które przynosi natychmiastowy efekt i pomaga (nawet, jeśli tylko chwilowo, ale taka już rola wszystkim specyfikom które zaczynają się od przeróżnych przeciw- (bólowych i tym podobnych))
za lilluna, z moimi zmianami
490g mąki
2 jajka
115g masła
120ml oleju
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
45g cukru kryształu + 45g cukru brązowego
1 paczka 100g czekoladowych cukierków +mniejsze opakowanie
(lub bez opakowania, jeżeli wydaje Wam się że posiadacie silną wolę na tyle silną, żeby nie zjeść połowy cukierków przed dodaniem ich do masy)
Masło (nie powinno być wyciągnięte świeżo z lodówki - o ile to możliwe, zostawcie je na chwilę by nabrało temperatury pokojowej i zmiękło) i olej utrzeć na puszystą, białą masę z cukrem. Następnie dodać jajka, nadal mieszając. W osobnej misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, sodą i solą. Stopniowo dodawaj suche składniki do mokrych, nie przerywając mieszania. Dodać również  W pewnym momencie wygodniej jest jednak mieszać je przy pomocy łyżki niż miksera ;) I tak też polecam, zwłaszcza że masa jest dość puszysta i lekka, więc nie wymaga to zawrotnej siły. Na końcu, zgodnie z przepisem, należy dodać nieco posiekanych drażetek. U mnie ich brakło, więc ciasteczkowa masa była po prostu klasycznym, kruchym ciastkiem bez dodatków ;) 
Ja formowałam palcami krążki z niewielkich kulek masy i układałam je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Możecie równie dobrze użyć do tego celu łyżki do lodów - zgodnie z opinią autorki oryginalnego przepisu, tak też to działa. Na wierzchu układamy cukierki (warto je lekko docisnąć do ciasta) i pieczemy na złoty kolor przez ok. 7-8 minut w 175 stopniach (to sugestia autorki oryginalnego przepisu, ja piekłam je znacznie dłużej. Ale nie mam pojęcia jaką temperaturą potraktował je mój piekarnik i wolę ciastka bardziej kruche niż półsurowe).


***
There's a part of me you'll never know
The only thing I'll never show

Hopelessly I'll love you endlessly
Hopelessly I'll give you everything
But I won't give you up
I won't let you down
And I won't leave you falling

If the moment ever comes



więcej codzienności można oglądać na

Insta

Bułki pełne sera

Brak słów jest dziwny (choć wolę tu określenie speechless, jak lubię nieomal wszystko co kończy się na -less)
Nie było mnie przez prawie miesiąca i to trochę jest tak jak z pierwszym spotkaniem ze starymi znajomymi, kiedy nie widzieliście się od dawna i nikt nie wie, od czego właściwie zacząć rozmowę
A potem okazuje się, że niewiele jest już wspólnych tematów i więcej dzieli, niż łączy.
Bułki wyszły śmiesznie inne niż te z oryginalnego przepisu, a pomimo to są dobre. Na dodatkowe masło już się nie porywam. I bez tego daleko im do wyrobów które można zjeść tuż przed północą i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
za Yammie
2 łyżeczki cukru
240ml letniej wody
2 łyżeczki suszonych drożdży
1,5 łyżeczki sproszkowanego czosnku
60g rozpuszczonego, letniego masła
3-4 łyżki oliwy z oliwek
500g mąki pszennej
2 łyżeczki soli

+kula, ew. dwie sera mozzarella
Nie do końca postępowałam zgodnie z przepisem ze źródła, bo wyrabiałam ciasto ręcznie zamiast w mikserze. Najpierw przygotowujemy rozczyn: drożdże rozpuszczamy w letniej (nie gorącej!) wodzie, można dodać do rozczynu łyżeczkę cukru. Odstawiamy na chwilę, w tym czasie w większej misce mieszamy mąkę, czosnek w proszku, resztę cukru i sól, dodajemy oliwę i masło. Jeśli widzimy, że drożdże zaczęły działać, dodajemy rozczyn do reszty składników i wyrabiamy gładkie, nieklejące się ciasto. Pozostawiamy je do wyrośnięcia na przynajmniej pół godziny.
Autorka podzieliła ciasto na 20 części, mnie wyszło 17 niezbyt dużych bułek. Do każdej wkładamy po kawałku sera (sugeruję więcej niż mniej), starannie zaklejamy, posypujemy wierzch zwykłym żółtym serem (lub układamy plastry, jeśli jesteśmy leniwi i spieszymy się kontynuować pracę/oglądanie igrzysk/leżing przed telewizorem)  i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Bułki wstawiamy (bez ponownego wyrastania) na ok. 20 minut do piekarnika. Yammie zaleca temperaturę 190°C, ja mogę tylko przepisać to, o czym napisano ;-)



***
w klimacie ogladanych dzis i nie tylko igrzysk



Amoniaczki.

Amoniaczki już tu kiedyś występowały, ale w formie zdecydowanie bardziej tradycyjnej. To znaczy, foremkowo-wycinkowej. Te są trójwymiarowe, pierwszego dnia kruche, drugiego - cudownie miękkie w środku i chrupiące z zewnątrz. Są świetne do transportu i dzielenia się, bo nie tak łatwo je połamać a brak kremowych mas sprawia, że nie wymagają przesadnej troski podczas układania ich w pojemniku na czas przemieszczania się po mieście. Ciastka doskonałe, bo są też dobrą alternatywą dla smażonych słodyczy które już wkrótce nas otoczą ze wszystkich stron ;)
Amoniaczki
5 jajek
1,5 kg mąki
200g margaryny
2 szklanki cukru
1 szklanka śmietany 18%
50g amoniaku
Pięć całych jajek, amoniak, cukier i śmietanę wymieszać razem w misce (można ewentualnie dodać również garstkę mąki). Zaczyn pozostawić na noc. Następnego dnia pieczenie zacząć od połączenia posiekanej margaryny z mąką, a następnie dodać zaczyn z amoniakiem. Wyrobić gładkie ciasto. Instrukcję składania można zobaczyć na przykład tutaj -> klik, tyle że amoniaczki rozrosną się bardziej niż kruche, maślane ciasto. Układamy zwinięte różyczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wkładamy do piekarnika na 10-15 minut, do zrumienienia.

***

Look at all of the damage you have done in time
You can see what a savage I’ve become in my eyes
If you look in my heart you will find

No love, no light, no end in sight
And I’m looking for a miracle
And I’m looking for a miracle

 There’s a place I wanna go
And a life I wanna know
But
you crucified my heart of gold

But oh, look at all of the damage you have done in time
If you offer salvation I will run into your arms
And deep in my heart you will find

No love, no light, no end in sight
And I’m looking for a miracle
And I’m looking for a miracle
But I hope, I pray and I will fight
'Cause I’m looking for a miracle

Kruche, orzechowe, zimowe.

Czekacie na śnieg?
Jesienna wiosna trochę się przedłuża, co niespecjalnie mi się podoba. Może dlatego, że nawet od paru dni mam niepomierną chęć zrobienia gruntownych wiosennych porządków i pozbycia się nadmiaru zbędnych przedmiotów, które udało mi się zgromadzić na skromnej przestrzeni, którą mam do dyspozycji. A to źle.
Mam też ochotę w końcu wybrać się na jakiś stok, i to może niekoniecznie taki, gdzie wszędzie dookoła poza pasem brudnego śniegu jest lato. W granicach Polski, naturalnie, więc może jednak jakiś drobny opad...
Stąd kruche ciastka orzechowe, które posypane cukrem pudrem mogą stanowić drobną, ale zawsze jakąś, namiastkę zimy. Z mlekiem, z herbatą, z kawą, zawsze smakują tak samo dobrze. Robi się je cudownie szybko, pieką się równie sprawnie, a zjada zanim zdążą na dobre ostygnąć.
Kruche orzechowe ciasteczka
100g drobno posiekanych orzechów laskowych
50g masła +50g margaryny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200g pszennej mąki
100g cukru pudru
2 żółtka
Posiekane masło wymieszać z mąką, dodać proszek do pieczenia, cukier, żółtka i orzechy. Zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, rozwałkowywać na grubość ok. 5 mm i wycinać kształty. Nasza forma do precelków jest stąd, dobrze tworzy się nią wszystkie ciastka z gładkiego, kruchego ciasta które nie rwie się przy wyciskaniu z foremki. Ciastka piec na blasze wyłożonej papierem do pieczenia przez ok. 12 minut, do zrumienienia się.



***
How many secrets can you keep?
'Cause there's this tune I found that makes me think of you somehow
And I play it on repeat
Until I fall asleep


(Do I wanna know)
If this feeling flows both ways?
(Sad to see you go)
Was sort of hoping that you’d stay
(Baby we both know)
That the nights were mainly made for saying things
That you can’t say tomorrow day


Ever thought of calling when you've had a few?
'Cause I always do
Maybe I'm too
Busy being yours to fall for somebody new
Now I've thought it through
Crawling back to you