Chlebek bananowy w tropikach

Tak w temacie tych tropików to
Powiesiłam na półkach lampki choinkowe.
Wyprzedziłam (prawie) galerie handlowe.
Na chwilę obecną, to chyba największy hurraoptymizm na który jestem w stanie się zdobyć
za Jane
2 jajka
100g masła
400g mąki
szczypta soli
4 średnie banany
150ml maślanki
100g cukru trzcinowego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżeczki proszku do pieczenia +1/4 łyżeczki sody
+ 200g posiekanej mlecznej czekolady
100-150g wiórek kokosowych
Miękkie masło utrzeć na puszystą masę z cukrem. Następnie dodawać pojedynczo jajka, potem rozgniecione banany, maślankę i ekstrakt z wanilii. Mąkę wymieszaj w misce z proszkiem do pieczenia, sodą i solą. Dodaj suche składniki do mokrych i wymieszaj niedbale (tak jak ciasto na muffiny). Na końcu dodaj posiekaną czekoladę i wiórki kokosowe. Ciasto rozlej do dwóch mniejszych keksówek lub jednej dużej i kilku foremek na muffiny, wyłożonych papierem do pieczenia. Piecz przez ok. godzinę, do zrumienienia.
P.S
Mało brakło a przez literówkę
chlebek byłby z koksem i czekoladą
to dopiero upgrade...


***

In an isolated system
entropy can only increase

Lepiej późno niż później; zielony jarski piątek

Zanim zaczął się listopad zdołał spaść już śnieg, temperatura zaliczyła upadek poniżej zera, a Polska Złota Jesień gnije teraz w roztopach i zamienia się w burą breję.
Skoro mamy już za sobą Wszystkich Świętych, to teraz już tylko pozostaje nam odczekać tydzień-dwa żeby wszystkie magazyny zostały wyprzątnięte z zalegających w nich zniczy - i pora nam będzie poczuć klimat świąt. Chodzą echa, że były już pierwsze radiowe próby z Last Christmas
Każdy kolejny dzień rozpuszcza się tak szybko, przybliżając kolejne zdarzenia; i te bardziej wyczekiwane i te mniej. Założyłam dziś jedenasty folder, z przeznaczeniem na zdjęcia z listopada. Gdzie się podziało ostatnie jedenaście miesięcy? Dziwny jest ten relatywizm czasu; co poniedziałek mam wrażenie, że przetrwanie dziesięciu godzin na uczelni pozostaje poza zasięgiem moich możliwości, a znów cały tydzień ucieka mi tak szybko. Jeszcze siedem piątków do świąt Bożego Narodzenia, osiem - do Nowego Roku.  Do kogo można składać zażalenia o to, że przyspiesza czas?
Jarski Piątek (ktoś jeszcze pamięta o jarskich piątkach? Moja zdolność do organizacji czasem, blogiem i zaradność działa coraz słabiej) pojawia się po wielu tygodniach nieobecności. Nie potrafię prowadzić cyklicznych wpisów. W ogóle. Wielu nieuchwytnych rzeczy nie potrafię.
z moimi zmianami, za Anielą, na 8 naleśników
ciasto:
1 jajko
1 łyżka oleju
0,5 szklanka mleka
0,75 szklanki mąki
0,75 szklanki wody
+ szczypta soli
Wymieszaj mleko z wodą i olejem. Mąkę i jajka ucieraj łyżką, stopniowo wlewając płyn. Posól, odstaw na półtorej-dwie godziny. Po tym czasie ponownie wymieszaj ciasto, smaż naleśniki na patelni posmarowanej kroplą oleju. 
Nadzienie:
400g szpinaku
1 ząbek czosnku
2 jajka na twardo
150g żółtego sera
sól, pieprz
Na patelni rozgrzej łyżkę-dwie masła. Podsmaż rozgnieciony ząbek czosnku, a potem wrzuć szpinak. Duś go aż zmięknie. Ugotowane na twardo jajka pokrój w drobną kostkę, ser zetrzyj na tarce o grubych oczkach i dodaj do podsmażonego szpinaku.
Rozłóż nadzienie na naleśnikach, zwiń je, obtocz w jajku i bułce tartej, smaż na oleju na rumiany kolor.
Widzicie ten ciągnący się ser? Widzicie? Sugeruję tylko, że na jednym się nie skończy więc przemyślcie podwójną porcję ;)