Mama...


Wszystkiego najlepszego!!
:-)

Jarski Piątek #8 - Pizza (prawie) instant

Nie żebym liczyła, ale to chyba piąty raz gdy próbuję dziś coś napisać.
Cokolwiek tu nie znajdzie się na chwilę, w końcu ginie poganiane bezczelnym klawiszem backspace'a, bo nie wiem, brak weny, bo nie chcę na siłę, bo prosto, bo szybko, bo piasek pod powiekami już zgrzyta, bo jak widzę nazwę jakiejkolwiek miejscowości w języku angielskim to chcę ją przetranskrybować, bo sąsiedzi mają dość mnie i mojej trzody w postaci świstaka i krowy (odsyłam do: How Much Wood Would A Woodchuck Chuck? + How Now Brown Cow) która w przypływie frywolności rozpasa się w okolicach mojej poduszki.
Praktycznie rzecz biorąc zatem, bez pojawiających się tu zwykle kwiatków i bzdur o codzienności, narzekania i zachwycania głupotami na zmianę - zamiast wrzucić do koszyka instant pizzę, wrzućcie saszetkę instant drożdży. Taniej to. I zdrowiej. A i bicepsy urosną od gniecenia ciasta.
Jamie po prawdzie dodaje semoliny, ale i bez niej jest to jedno z najlepszych ciast jakie robiłam w domu. Jest chyba najbardziej zbliżone do ideału, którego poszukiwałam przez dłuugi czas. Robimy co następuje - mąkę przesiewamy, łączymy z solą. Cukier, drożdże i oliwę mieszamy z wodą i odstawiamy na chwilę. Wodę dodać do mąki, połączyć (można widelcem w pierwszym etapie) a następnie zagniatać aż utworzy gładką, sprężystą kulę. Wtedy wkładamy je do miski, przykrywamy suchą ściereczką i zostawiamy w spokoju na godzinę.
Kiedy ciasto nam rośnie możemy zdecydować, czy idziemy na łatwiznę i korzystamy z gotowego sosu pomidorowego czy robimy swój własny. Ja akurat wykorzystałam gotowca, więc miałam czas na, na przykład, reanimację umierających balkonowych Roślinek. Dwudziestostopniowy upał to za dużo, jak się okazuje, bo po przymrozkach które spędziły na balkonie były sprężyste i świeże jak nigdy. 
Wyrośnięte ciasto należy zdzielić pięścią, potem wyrobić jeszcze raz i podzielić - albo na dwa niezbyt duże placki, albo jeden większy o średnicy ok. 30 cm. Na wierzch kładziemy co nam się podoba, a że to w końcu Jarski Piątek to tutaj klasyczna, z mozzarellą i ziołami. 
Pieczemy 20-25 minut, w temperaturze w okolicach 220 stopni. 

Ciasto nieźle poplecione

Latem Miasto przyspiesza.
Wydawałoby się, że właśnie teraz wszyscy powinni zwolnić; spowolnieni przez upał i pokryci lepkim...żarem spływającym z nieba ;-) A jednak wśród mieszkańców Dużego Miasta obserwuję wyraźną nerwowość. Zauważam niepokojąco wysoką liczbę przemieszczających się truchtem osób (a może to dlatego, że dzisiaj obciążona plecakiem i laptopem to ja szłam nieznośnie powoli), szturchanie przechodniów, ciamkanie z niezadowoleniem za Ludźmi Chodzącymi Powoli graniczy już z Głośnym Wyrażaniem Opinii, na przystankach jakby roi się więcej ludzi (a może to ten remont torowiska przy Bagateli?). 
Nigdy nie lubiłam maja, czerwca, nigdy nie lubiłam upałów. Nadal nie lubię gdy słupek rtęci wędruje niebezpiecznie w górę, ale teraz jest w tym coś innego. Coś się dzieje. Jest ciepło, więc spacery po Podgórzu przeciągają się w nieskończoność. Jest ciepło, więc zdobycie siedzącego miejsca w ogródku na starym mieście graniczy z cudem. Jest ciepło, więc o 12:00 na Rynku zamiera ruch i 3/4 przebywających tam osób zadziera głowy do góry, zgadując z którego to okienka słychać hejnał. 
Najbardziej lubię ten moment, gdy niczego nieświadoma idę sobie ulicą, nagle chcę zawrócić i naciera na mnie pięćdziesięcioosobowa wycieczka ;-)
Dziś - coś z cyklu robótki ręczne. Odkąd je wypatrzyłam na blogu Domowe Wypieki wiedziałam, że je upiekę; nie jest wcale aż tak trudne jak się to wydaje, a efekt wizualny - i smak! rekompensuje nawet dwukrotne zaplatanie, gdy w starannie poukładanych ciastowych frędzelkach zapanuje chaos.
na podstawie przepisu z bloga Domowe Wypieki
Ciasto:
- 25g świeżych drożdży (lub 14 g suszonych)
- 1 szkl. ciepłej wody
- 1/2 kostki masła
- 5 łyżek cukru
- 2 jajka
- 1/4 łyżeczki soli
- 4 i 1/4 - 4 i 1/2 szklanki mąki
Ze świeżych drożdży najpierw zrobić rozczyn (jeśli dajecie suche drożdże to rozpuścić je w wodzie). Następnie wymieszać z miękkim masłem, cukrem, jajkami solą i 2 szklankami mąki. Ubijać mikserem na małych obrotach przez około 3 minuty (można wymieszać drewnianą łyżką). Dodać tyle pozostałej mąki, żeby powstało miękkie ciasto i wyrabiać ręką. Następnie wyłożyć na posypany mąką blat i wyrabiać jeszcze przez 6-8 minut , aż będzie gładkie i elastyczne. Włożyć ciasto do lekko naoliwionej miski , przewrócić , żeby całe pokryło się warstewką tłuszczu. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do podwojenia objętości).

Nadzienie owocowe:
Puszka brzoskwini w syropie
Brzoskwinie odsączyć z syropu, pokroić w kostkę. 
Nadzienie serowe:
500g twarogu
2 jajka
4-5 łyżek cukru-pudru
1 łyżka cukru wanilinowego
1 łyżka suchego budyniu waniliowego
Wszystkie składniki wymieszać na gładką masę serową.
Kruszonka:
0,5 szklanki mąki
30 g masła
2 łyżki cukru
łyżka cukru waniliowego
Mąkę wymieszać z cukrem, dodać masło i posiekać, aż masło zmieni się w małe grudki, tak aby postała kruszonka.

Po instrukcje montażu najlepiej zgłosić się na podlinkowanego wyżej bloga, bo instrukcja zaplatania jest tam czytelnie zilustrowana. Cytuję za autorką:
Wyrośnięte ciasto odgazować i podzielić na 2 części. Na posypanym mąką blacie rozwałkować każdą z części na prostokąt o wymiarach 38 x 23 cm. Przenieść na pergamin o podobnych wymiarach. Po środku , wzdłuż każdego prostokąta rozsmarować po połowie masy serowej.Następnie na masie serowej rozłożyć masę porzeczkową. (brzoskwinie w moim przypadku) 
Po obydwu stronach ponacinać ok. 2,5 cm szerokości paski. Paski zakładać na przemian na siebie. Końce plecionek skleić i lekko podwinąć.  
Przenieść na blachę , przykryć i zostawić do wyrośnięcia na około 20 minut. Przed włożeniem do piekarnika ciasto posmarować roztrzepanym jajkiem z łyżką mleka i posypać kruszonką. Piec w temperaturze 180 st.C. przez 25-30 minut , na złoto-brązowo. Smacznego! 


Jarski Piątek #7 - Sałatka z rukolą i kiełkami

Aby uszczęśliwić studenta należy:
  • Zapewnić mu trzeci długi weekend pod rząd.
  • Zaprosić go na uczelnię tylko w celu napisania kolokwium.
  • Ustalić zerowy termin egzaminu.
  • Opcja czwarta dodatkowa - zapewnić rozrywkę w postaci dobrego koncertu
Zastanawiam się, gdzie uciekają mi te wszystkie dni. Odkąd wróciłam po Najdłuższym-Weekendzie-Ever na uczelnię, chadzam tam praktycznie tylko w celu napisania jakiegoś zaliczenia. Wszystkie inne zajęcia albo są poodwoływane z powodu godzin rektorskich albo wyjazdów wykładowców. Drugi semestr upływa mi w sumie bardziej na organizacji życia towarzyskiego niż faktycznej nauce, co zapewne odbije mi się czkawką za jakieś cztery tygodnie gdy oficjalnie wejdę na sesyjny ring. Na razie częściej bywam w Ikei niż w bibliotece, rozkoszuję się myślą, że liczba pozostałych mi do przeżycia dramatycznych środowych poranków z pobudką o 6:20 spadła dawno poniżej dziesięciu, pożeram normalne książki i czekam na słońce. Kompletnie nie wiem dlaczego, ale uczę się cieszyć z rzeczy prostych. Pada deszcz? Nie szkodzi, nie muszę dziś wychodzić z domu. Pada deszcz i muszę wyjść z domu? Mam kalosze i z cukru nie jestem. A stan mojej fryzury czy po zetknięciu z wilgocią czy nie i tak jest daleki od ideału.
Żyję od koncertu do koncertu, od kolokwium do kolokwium, od spotkania do spotkania. Cieszę się z moich jedenastu żyjących surfinii i jednego najsilniejszego niecierpka, który przetrwał przymrozek.
Aha.
I nauczyłam się robić pranie.
Oczywiście wszystko tak pięknie tu wygląda i ten groszek cukrowy którego nie ma, a który możecie sobie zwizualizować. Byłam w kilku(nastu) sklepach ale tam, gdzie nie mają solonych orzeszków nawet nie pytałam o groszek. Ugotowałam do tego zamiennie zieloną fasolkę szparagową i przyznam, że ciepły akcent w sałatce był całkiem całkiem. Jeśli komuś się bardzo spieszy, wyszła mu musztarda/oliwa/cytryny lub wszystko naraz (bywa i tak) dopuszczalne jest :D użycie gotowego sosu (najlepszym tu pasującym będzie winegret czy wszystkie jego odmiany w różnych pisowniach). Też zjadliwe, choć niewątpliwie doznania smakowe już nie te same ;)


A w myślach wciąż...

Jarski Piątek #6 - Racuchy bananowe z wiórkami

Cierpki, cytrusowy zapach mięty w popołudniowym upale. "Dallas '63" na kolanach w plamach leniwie przetaczającego się po niebie słońca. Sunący powoli po nieboskłonie samolot, nierealnie duży i tak, zdawałoby się,  niebezpiecznie blisko nad koronami drzew. Lato w mieście.
Nie było mnie zaledwie tydzień, a Duże Miasto zmieniło się nie do poznania. Trzy czwarte osiedlowych trawników zaanektowały mlecze, zamieniając je w łąkę pełną puszystych piłeczek do ping-ponga. Po chodnikach tuż pod koronami wreszcie zielonych drzew błądzą ażurowe cienie. Na ławkach, przyozdobieni w ten gustowny rzucik, kontemplują życie osiedlowi mędrcy.
Całymi dniami siedzę na balkonie; z miłością przelewam mineralną wodą swoją pierwszą balkonową roślinkę, jak zawsze uważając że nadmiar wody uczyni ją tylko szczęśliwszą. Otwieram okna na oścież, by wpuścić nieco ciepła do wychłodzonego mieszkania; leżąc na balkonie czwartą godzinę z rzędu komponuję w myślach własną składankę, którą życzliwie obdaruję współmieszkańca z bliżej nieokreślonego sąsiedztwa, którego playlista zawiera trzy odtwarzane rotacyjnie utwory.
Przyzwyczajam się do lata w Mieście. A w kuchni rzucam się na egzotykę.

1 jajko
3 banany
szczypta soli
1-2 łyżki cukru
500g mąki pszennej
50g świeżych drożdży
1,5 szklanki letniego mleka
Kilka łyżek wiórek kokosowych
Mąkę przesiać, wymieszać z solą.W środku zrobić zagłębienie, wkruszyć w nie drożdże, zasypać je cukrem i zalać połową mleka.Odstawić na 10-15 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie dodać resztę mleka, jajko i pokrojone w kostkę banany. Dosypać wiórki kokosowe w ilościach dowolnych i odpowiadających waszym upodobaniom :) Ciasto wyrobić, powinno mieć konsystencję nieco bardziej zwartą niż gęsta śmietana. Odstawić ponownie do wyrośnięcia na tyle, aby podwoiło swoją objętość. Smażyć placuszki dowolnej wielkości (ja zwykle nabieram ok. dwóch łyżek stołowych ciasta na jeden placek) układając ciasto na średnio rozgrzanym oleju i smażyć z obu stron na złoty kolor. Usmażone racuchy osączyć z tłuszczu na papierze śniadaniowym, podawać posypane cukrem pudrem. 

Keep calm...Jarski Piątek #5 w kolorze nadziei

Matura 2012 to chyba najgorętsze w ostatnich tygodniach słowa. Już za plus minus dziewięć godzin ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy uczniów usiądzie, w uwierających koszulach wetkniętych w obcisłe spódnice lub sztywne garnitury ;-) aby zmierzyć się ze złośliwymi arkuszami CKE.
Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj to JA piekłam dzień przed maturą puchowe ciasto z makiem próbując przypomnieć sobie ostatnich autorów (a tematu maturalnego, w dodatku sformułowanego tak niezrozumiale, i tak bym nie wymyśliła!), a tymczasem minął okrągły rok. Pięć miesięcy tego czasu to wakacje; pierwsza praca i nowe doświadczenia, pierwsze zakupy za zarobione samemu pieniądze (rozchodzą się podejrzanie szybko), to SMS z wynikami matury, po których się popłakałam, a której wynik był najlepszym przypadkiem w życiu, to wyprowadzka z domu i Duże Miasto, w którym wciąż uczę się żyć i truchtam za biegnącymi sprintem Rdzennymi Mieszkańcami, na których nawet piąta awaria tramwaju w tym tygodniu nie robi wrażenia.
Chcę wam życzyć, wszystkim którzy jutro rozpoczną swój pierwszy w życiu tak ważny egzaminacyjny maraton, połamania długopisów :), arkuszy banalnych, łaskawych egzaminatorów, samych ładnych obrazków na maturze z angielskiego, trzycyfrowych wyników i w efekcie, wymarzonych studiów.
A z perspektywy czasu szepnę tylko, jako bardzo nerwowa osóbka która fatalnie znosi wszelakie niepowodzenia...że maturalne przypadki są najlepszymi, jakie mogą Wam się zdarzyć. Ale ja, żeby to zrozumieć, musiałam wylać wiadro łez i pół roku to jakoś przetrawiać ;-)
Dziś jest coś banalnego, co pewnie znaczna część osób uzna nie za obiad, ale za przekąskę. Jak dla mnie - jest na tyle gorąco, że quesadilla to coś niezbyt obciążającego walczący z niespodziewanym gorącem organizm, łatwego do zrobienia gdy ciepło daje się we znaki na tyle że myśl o staniu przy garnkach przyprawia o zawrót głowy...
Pszenne placki tortilla
1 dojrzałe awokado
sól, pieprz, ostra papryka 
50-70g sera żółtego (użyłam Edamskiego)
To chyba najprostsza z możliwych wersji. Jeśli chcecie, możecie zastąpić sproszkowaną ostrą paprykę pokrojoną w drobne kawałeczki papryczką chili bez pestek. Awokado pokroić w drobną kostkę, delikatnie skropić sokiem z cytryny. Na połowie placka wyłożyć awokado, posypać startym na tarce o grubych oczkach żółtym serem, posypać delikatnie solą, pieprzem i papryką. Podpiec na suchej, rozgrzanej patelni grillowej lekko dociskając drewnianą łopatką. Przewrócić na drugą stronę i piec jeszcze chwilę, do stopienia sera. 

Chrupiąca sałatka. Na majówkę

Jak tam Wasza majówka?
Przy odrobinie szczęścia, wyrozumiałości, przebiegłości lub po prostu absolutnego prawa do bycia leniwym studentem, o którego higienę psychiczną przed sesją dbają władze, miało się tego wolnego do rozdysponowania aż dziewięć dni. (Naprawdę zostało już tylko sześć??) Trudno coś zrobić z takim natłokiem wolnego czasu, podarowanego tak kompletnie znienacka. Jedną z moich ulubionych aktywności podczas tej majówki jest jazda (samochodem :D), czytanie książek (po iście królewsku, może ktoś zgadnie?), spotykanie się ze znajomymi w środowisku naturalnym (czyli znów stawanie przed wyborem - pizzeria czy pizzeria? zamiast przebieranie w nieskończonych ulicach pełnych klubów) i wylegiwanie się przy otwartym oknie bądź pod brzęczącą koroną kwitnącej jabłoni. 
Pewnie macie już swoje majówkowe grillowe menu; pewnie już część mięs się marynuje ;-) Ale proponuję, by w tym menu uwzględnić prostą, ekspresową sałatkę. Można ją przygotować w wersji bezmięsnej i potem zjeść z szaszłykami. 
Przyprawa gyros
2 duże pomidory
Puszka kukurydzy
Puszka czerwonej fasoli
Główka sałaty lodowej
1 spory filet z kurczaka 
1 bułka typu poznanka
Dressing 1000 wysp (używam Develey)
Kurczaka pokroić w kostkę, podsmażyć na niewielkiej ilości oleju i doprawić przyprawą gyros. Odstawić do przestygnięcia. Sałatę lodową porwać na kawałki, pomidora pokroić w kostkę. Do sałatki dodać odsączoną kukurydzę i fasolę, wymieszać z kurczakiem. Dodać sos w ilości odpowiadającej Waszym preferencjom. Na końcu przygotować grzanki - bułkę (dobre są te puszyste) pokroić w kostkę, podsmażyć do zrumienienia na maśle. Posypać sałatkę na końcu, by nie nasiąkły sosem.
Jeśli przygotowujecie ją wcześniej, zapakujcie sos w osobny pojemnik i wymieszajcie tuż przed podaniem z sałatą - nie stanie się miękka i nie straci chrupkości.


A słucham bez końca, podczas poranków bez snu...Ray'a.