Pasterski placek z francuskim akcentem. Na wiosnę

W początkach każdej pory roku jest coś magicznego; pierwsze przymrozki zwiastują nadejście opadów śniegu, gwiżdżący wiatr wieczorem zwykle jest zapowiedzią płatków śniegu, a wiosną gdy tylko słupek rtęci na balkonowych termometrach przekracza pięć stopni mamy tendencje do rozbierania się jak do rosołu i wskakiwania na wszystkie sprzęty odstawione na tak długo z powodu zimy - rowery, rolki, deskorolki i wszystko co ma koła a może być napędzane siłą mięśni. Wiosna jest niczym pierwszy oddech na świeżym powietrzu po przebywaniu w zaduchu; to druga szansa dla niespełnionych Postanowień Noworocznych. Czekam niecierpliwie na eksplozję zieleni za oknem, wystawiając po swojej stronie parapetu motywujące oznaki wiosny z Tesco po 2.99 sztuka. Bladoniebieski hiacynt nie dość że podpiera okno zachłannie zasysając wiosenne promienie słońca to jeszcze pachnie tak intensywnie, że przy wejściu do domu na chwilę zapiera dech w piersiach. A na stole pasterski placek z fetą.
2 łyżki oliwy
1 cebula
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka kopru
2- 3 jajka
opakowanie sera feta
paczka mrożonego szpinaku
500g arkusz ciasta francuskiego
Rozgrzać olej, dodać posiekaną cebulę, czosnek, szpinak i koper. Odparować wodę. Wymieszać z serem i lekko ubitymi jajkami.  
Połową ciasta wyłożyć naczynie żaroodporne, na ciasto przełożyć masę szpinakową, przykryć drugą połową ciasta. Upiec na złoty kolor. Placek smakuje doskonale również na zimno - co sprawia, że jest do tego też doskonałą przekąską. 

Like a sir. Sir William's.

Herbata wypełnia w moim studenckim mieszkaniu połowę pokaźnej kuchennej szafki, a w domu mam jej niezliczone wręcz pudełka. W sklepie mam niezwykłe powinowactwo do wrzucania do koszyka coraz to nowych rodzajów herbaty (im dziwniejsze tym lepsze) więc nie powinno dziwić to, że propozycja przetestowania herbat Sir William's  mnie zainteresowała. Dzień po tym, jak zdecydowałam się podjąć współpracę, dostałam w swoje ręce paczkę, a w niej - 10 rodzajów herbat, i do tego filiżankę z czajniczkiem do zaparzania. Coby nie przedłużać - herbaty Sir William's są jednymi z lepszych pakowanych herbat jakich miałam okazję spróbować. Napary są bardzo aromatyczne, ale to nie wszystko - głęboki kolor, wyraźnie wyczuwalne nuty smakowe, bogactwo smaków - to wszystko składa się na moje bardzo pozytywne zaskoczenie :-) Przede wszystkim - herbaty pakowane są w pojedyncze saszetki, co pozwala na zachowanie aromatu herbaty wewnątrz. Dzięki temu można też trzymać herbaty w miejscooszczędny sposób - w jednym koszyku lub ozdobnym naczyniu nie ryzykując, że aromaty się wymieszają.
Zacznijmy od klasycznej herbaty Ceylon Gold - herbata ta to mieszanka złotych pąków i liści najlepszych herbat cejlońskich i naprawdę - zasługuje na złoty medal w swojej kategorii herbat wytrawnych. Nie jest to dobra propozycja dla wielbicieli herbat aromatyzowanych, bo ten napar to kwintesencja klasyki w najlepszym wydaniu. 
O Rooibosie można wiele pisać, ale werdykt jest prosty - jego się albo lubi, albo nie. Ja lubię bardzo i ten proponowany przez Sir William's bardzo mi odpowiada - to kompozycja na bazie czerwonokrzewu afrykańskiego o delikatnym aromacie opuncji...znakomitości! I jak wpływa korzystnie na procesy naukowe ;)
William's White to zdecydowanie mój faworyt - połączenie białej herbaty z gruszką jest zwykle dość udane, ale to co wyciąga z tego prostego i dobrze znanego połączenia ten herbaciany napar to coś niezwykłego :) Bardzo polecam!
Połączenie czarnej herbaty z cytryną to coś, co jako naród znamy nadzwyczaj dobrze, bo to chyba najczęściej wypijany przez nas napar. Popularne są cytrusowe herbaty, ale ta jest inna - przy głębokim naparze z mieszanki czarnych herbat aromat cytrusów (wśród których zdecydowanie wybija się moim zdaniem limonka) jest mocno wyczuwalny zarówno w zapachu jak i smaku. Osad zawdzięczam Wodociągom Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa.
Sencha i Yerba Mate to herbaty, których smak jest bardzo nietypowy i posmakuje tylko nielicznym osobom - te nie plasują się w ścisłej trójce moich ulubionych smaków, ale na pewno przypadłyby do gustu tym, którzy kupują namiętnie herbaty ziołowe. Korzenny aromat Yerba Mate okazał się być dla mnie nieco zbyt intensywny - spośród tych dwóch już Sencha smakowała mi bardziej. Obie herbaty mają słomkową, delikatną barwę i równie subtelny owocowy zapach. 

W zasadzie to nigdy nie lubiłam Earl Grey'a i nie sądziłam, że kiedykolwiek się do niego przekonam - zawsze był zbyt gorzki i wytrawny. Prawdopodobnie to moje gusta dorosły i kiedy ostatnio, zgodnie ze swym postanowieniem, że wszystkiego należy spróbować zanim będzie się miało prawo to oceniać, zaparzyłam filiżankę Earl Grey'a, poznałam jego prawdziwy smak. I przepadłam. Myślę, że to właśnie Earl Grey'a chętnie zamówię w internetowym sklepie ;)
Świetna jest też mieszanka Exotic Fruits, która nie doczekała się zdjęcia, bo wyparowała mi zdecydowanie za szybko z filiżanki :-) Co chyba może najlepiej świadczyć o jej jakości - posiadający mocny, owocowy aromat napar znika w ciągu kilku chwil...
Nie polecam rzeczy, za które nie mogę ręczyć - a te herbaty mogę polecić z czystym sumieniem. Mam nadzieję, że spróbujecie też ich i Wy i podzielicie się opiniami :-)

A na koniec...krótki morał, a jakże prawdziwy :)

Sowy, skowronki i wszystko inne

No właśnie.
Wprowadzono kiedyś-tam, chyba dość dawno temu, podstawowy podział na sowy i skowronki. I nie, nie będzie tu dzisiaj w klimacie ornitologicznym, chociaż niezupełnie. Podział ten tyczy się ludzi i w sumie nadal mówi się, że Ci którzy zarywają noce i raczej nie wstają z brzaskiem poranka to sowy - a ci wstający z pierwszymi promieniami słońca to skowronki. No, ale mniejsza o zdrowotną terminologię, sowy robiły w ostatnim roku zawrotną karierę w przemyśle biżuteryjnym i z tego co mi wiadomo, to nadal nieźle się mają. Sama posiadam dwa sowiaste naszyjniki i w mojej nadzwyczajnie skromnej kolekcji dodatków są chyba jednymi z ulubionych :-) W okolicach października zeszłego roku sowy były dosłownie WSZĘDZIE - na podkoszulkach, na kolczykach, na naszyjnikach, a nawet kryły w sobie miniaturowe zegarki. 
Cupcake'i z sowami jednak zobaczyłam dopiero niedawno i od razu postanowiłam je odtworzyć :-)
Muffin - baza
za przepisem z cincin
1 szklanka mąki pszennej
2 łyżeczki cukru wanilinowego
1/4 szklanki brązowego cukru
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
70g masła
1/2 szklanki mleka
1 małe jajko
ekstrakt waniliowy
Masło rozpuścić, połączyć z mlekiem i odstawić do wystudzenia. Połączyć z rozkłóconym jajkiem i ekstraktem waniliowym. W osobnej misce połączyć wszystkie suche składniki, następnie wlać suche do mokrych i kilka razy zamieszać, nie rozbijając grudek z ciasta. Masą wypełnić papilotki do połowy, do każdej babeczki wetknąć kostkę czekolady lub wcisnąć niewielką ilość polewy czekoladowej, zalać do 3/4 wysokości foremki ciastem. Piec 15-20 minut, aż muffiny zrumienią się z wierzchu.
Kremowy serek czekoladowy
100g kremowego serka
50-70g gorzkiej czekolady
1-2 czubate łyżeczki cukru pudru
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (lub mikrofalówce), ostudzić ale nie na tyle, by zastygła. Lekko schłodzoną połączyć z serkiem i cukrem pudrem - ewentualnie dosłodzić do smaku lub dodać jeszcze czekolady. 
Dekoracja i montaż
Ciastka Oreo
Skittles
Lentilki
Wierzch babeczek ścinamy na płasko. Smarujemy serkiem czekoladowym, wyciągając u góry cupcake'a coś na kształt sowich piórek nad oczami. Następnie rozdzielamy ciastka Oreo, lekko dociskamy na środku babeczki kremem do wierzchu. Brązowe Lentilki to nic innego jak sowie źrenice, a wetknięty w środek pomarańczowy Skittles to nos ;-)
Powyższe proporcje to ok. 6 cupcake'ów. 
Uwaga! Aby zrobić JEDNĄ sowę, potrzebne są wam dwa podwójne ciastka Oreo. Zatem celem wyprodukowania sześciu sów, musicie kupić dwa opakowania, po 6 ciastek w każdym. 




Z rozmyślań przy śniadaniu : jogurtowe placki brzoskwiniowe i postanowienia noworoczne.

"Moim zdaniem nie można wymagać, żeby ludzie zaczynali realizować postanowienia noworoczne już w Nowy Rok. Jest to przedłużenie sylwestra, więc palacze są w ciągu i nie należy oczekiwać, że mając tyle nikotyny w organizmie, przestaną palić równo z wybiciem północy. Przechodzenie w Nowy Rok na dietę też nie jest dobrym pomysłem, bo nie możesz odżywiać się racjonalnie. Musisz mieć swobodę jedzenia tego, co w danej chwili pomaga ci na kaca. Myślę, że byłoby dużo sensowniej, gdyby realizacja postanowień noworocznych zaczynała się drugiego stycznia"
H. Fielding, Dziennik Bridget Jones
Postanowienia noworoczne okazują się być zwykle totalnym niewypałem gdzieś w okolicach trzeciego stycznia, kiedy to osiągamy szczyt "nie-chce-nam-sie'nia". Dlatego w ogóle ich nie robię. Wychodzę z założenia, że jeśli zmienię cokolwiek w swoim życiu to nastąpi to równie dobrze pierwszego stycznia jak i dwudziestego września. W tym roku było jednak to jedno - częściej tutaj pisać. Idzie na razie nijak. Czasem się zdarza, że siedzę nad otwartym oknem z nowym postem i nie potrafię napisać niczego sensownego. Wtedy wolę nie pisać nic.
A kiedy mój mózg zasypują dziesiątki pomysłów na fantastyczne posty, wracam do domu i odkrywam, że nie mam Internetu. Nie wiem czy któreś z Was próbowało dobrowolnie przetrwać trzy dni bez Internetu. Zapewniam, że jest to absolutnie możliwe gdy jesteśmy na wakacjach, przez cały dzień jesteśmy poza domem, wtedy jakoś Internet traci kolory.
Ale nagle się okazuje, że niemożność sprawdzenia swojej osobistej poczty elektronicznej przez trzy dni, brak dostępu do potrzebnych na JUŻ materiałów na uczelnię to strasznie bolesna sprawa. Najbardziej chyba dlatego, że od człowieka nie dowiesz się już teraz tyle, co z informacji podanych na stronach internetowych. Ale - ponieważ osiągam powoli level pro w kwestii naprawy Internetu (już wkrótce będę sama biegać z własnym zestawem DIY pod pachą naprawiać skrzynki na osiedlu), muszę przytoczyć tu pewną rozmowę :D
Dzwonię ja sobie, we wtorkowe dopołudnie, na neostradową infolinię. Po jakiś dziesięciu minutach pstrykania w klawisze (mój ulubiony fragment to: jeśli dzwonisz w sprawie numeru z którego dzwonisz, wciśnij...) i wygibywania się w rytm egzotycznej muzyczki na poczekanie, uzyskuję połączenie z konsultantem. Pół sukcesu już za mną. Dyskutujemy z Panem o tym, jak to nie działa mi od wczoraj Internet i jak to chciałabym go mieć. 
- A urządzenie dostępowe to jakie jest?
- Mam swój router.
- A, router. A jakie tam diody są na nim? WLAN jest?
- WLAN jest, i się świeci. Ale już Internet i ADSL się nie świeci.
- Ale ja się pytam czy fizycznie te diody, czy one są?
-...
Potem natomiast, w czasie gdy Pan próbował naprawić mi zdalnie łącze, zabawiał mnie anegdotą o tym, jak to powinnam kupić sobie pakiet z szybszym Internetem i telewizją. 
Gdyby telewizja miała chodzić mi tak samo jak ten Internet, to zdaje się że cofnęłabym się totalnie do epoki dominacji prasy, albo czatowała od rana wszędzie gdzie jest dostępne wifirifi żeby złapać kontakt ze światem. A skoro już mowa o kontakcie ze światem, to może coś na ten czas tuż po otwarciu rozespanych oczu ;)
Jogurtowe placuszki brzoskwiniowe
1 jajko
1 brzoskwinia
1 łyżka oliwy
1/2 łyżeczki soli
1/4 szklanki wody 
150g pszennej mąki
1 łyżka brązowego cukru
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej 
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
180ml jogurtu brzoskwiniowego
Mąkę wymieszać z solą, sodą, proszkiem do pieczenia, gałką muszkatołową i cukrem. Wymieszać. Wbić jajko, dolać wodę i ekstrakt z wanilii oraz oliwę. Na końcu dodać jogurt, niezbyt starannie wymieszać (ciasto powinno być podobnej konsystencji jak to na muffinki i ma mieć grudki). Ciasto wylewać mniej więcej po czubatej łyżce na rozgrzaną teflonową patelnię. Smażyć bez tłuszczu do zrumienienia z obu stron. Podawać z pokrojonymi owocami - w sezonie ze świeżymi, a poza sezonem z zapuszkowanymi. To zdjęcie akurat odnalazłam w czeluściach swojego folderu i nie będę nawet próbowała twierdzić, że pochodzi z wczoraj ;)