Szczęśliwego Nowego i kilka piosenek na powitanie Nowego Roku

Szczęśliwego. Zdrowego. Pełnego pomyślności i sukcesów.
Dalekich wycieczek, szóstki w totka (której nie będziecie musieli dzielić z nikim) albo świętego spokoju
- czegokolwiek chcecie.
Niech Wam się spełni cokolwiek sobie zaplanujecie, dokładnie tak jak sobie to wymarzycie.
Szczęścia, ciepła, miłości.
Niech 2013 będzie dla Was dobrym rokiem. :)


A tymczasem, tak w ramach rozrywki i trochę w ramach odświeżania dość oldschoolowych kawałków przez Stars.TV (dość sympatyczna stacja, w dodatku bez reklam, ooo) zarzucę Wam kilkoma kultowymi (dla mnie) utworami muzycznymi które są po prostu PRO i kojarzą mi się z przeróżnymi początkami Nowego Roku. Kolejność utworów nie ma znaczenia ;-)

1. Robbie Williams - Millennium
Mam słabość do wszystkich piosenek tego Pana, nawet do ostatniej płyty która rzekomo dość kiepsko mu wyszła...ale pamiętam, że czatowałam przy radiu na Millennium właśnie. Jakiś czas temu o niej zapomniałam, ostatnio gdzieś śmignęła mi w telewizji...i na razie nie chce wyskoczyć z głowy ;-)
2. Dido - White Flag
Piosenka, którą nucił chyba każdy...

3. Sugababes - Too Lost In You
To chyba lata gdzieś 2003-2005, pamiętam że kaseta (kaseta! :D) na której miałam ją nagraną była w tragicznym stanie od ciągłego odtwarzania tego jednego kawałka :-)

4. Outkast - HeyYa
Nie byłoby pewnego sylwestra, gdyby nie Outkast ;) Pamiętam że w ciągu tej jednej nocy piosenka pojawiała się przynajmniej raz na godzinę, i to w radio ;) To był czas, kiedy teoretycznie wszyscy spędzaliśmy sylwestra osobno w swoich domach (miejcie baczenie, że miałam wtedy 11 czy 12 lat),a  i tak o północy biegliśmy pod blok, żeby wystrzelić kilka fajerwerków (sądzę, że ku rozpaczy sąsiadów...)

5. Maryla Rodowicz - Będzie to co musi być
Najlepsza pościelowo-kojąca piosenka ever. 2005/2006 i owoce z czekoladą.

6. Madonna - Hung Up
Ciężko jej nie uwzględnić w tym zestawieniu ;-) 

7. Rihanna - We Found Love
Można jej nie lubić, można jej nie słuchać - ale to chyba najlepszy imprezowy soundtrack jakiego zdarzyło mi się posłuchać. Tyle wspomnień :-)

8. Ellie Goulding - Lights
Po prostu.

9. Florence + The Machine - Dog Days Are Over
Nie cierpię tańczyć.
A Florence mnie do tego zmusza ;-)


10. Muse - Panic Station
Najlepsza piosenka do tańca, jaką odkryłam w tym roku ;) Ajj, ten ejtisowy vibe...

P.S A do poskakania na dzisiejszy wieczór...


wszystkie obrazki dzięki uprzejmości tumblr

24.12.2012

To już kolejny rok, kiedy spędzamy razem Święta.
Bywa lepiej, bywa gorzej, czasem jest tu więcej wpisów, czasem, tak jak teraz, echem odbija się tylko cisza.
Ważne jest to, że jesteście, więc w najbliższych dniach cieszcie się tym, że:
- Jesteście Wy
- i są Wasi Bliscy
- I, w najlepszym przypadku, jesteście Razem
a w dalszej kolejności prezentami, choinkami, światełkami 
Martwcie się na samym końcu tym, że
uszka się rozkleiły, a od karpia odeszła panierka
że kot/pies/dowolne zwierzę przewróciło choinkę
albo wysiadły korki, z powodu przeciążenia ich nadmierną ilością lampek
że Komuś Coś nie pasuje jak zawsze



I odpoczywajcie.
Świat się nie zawali, gdy zamiast 300 pierogów ulepicie 150.
W tej tematyce, mocno pościelowej, zostawiam was w Wigilijny Dzień, o 01:04
cudem powstrzymując się od (Mamo, nie czytaj ;) ) zmacania wszystkich paczek pod choinką (a jednak!) i objedzenia choinki z truflowych cukierków ;)



Nadziane są. Francuskie.

Pisałam tu już na temat pogody
radości
Wielkiego Miasta
opadów śniegu, gdybyście nie zauważyli, a robię to dla Waszego dobra bo musicie nastawić budziki dziesięć minut wcześniej by odśnieżyć samochód
chyba jeszcze raz radości i problemów z dziwnymi zdarzeniami losu które w końcu wychodzą na plus
martwieniem się o innych, kiedy nie warto
i w ogóle, o czym tu dzisiaj nie było
a skutek jest taki, że mogę Was zostawić tylko z nowym postem na drugim blogu, o Mieście Wielkim i załamanych korytarzach
a tu na razie, będą jajcarskie tosty nadziane
Najlepiej działają na chałkach. Domowych, ciężkich i zamaszystych.
Bierzemy więc chałę, wykrawamy z niej kromki takiej grubości, by móc do środka upchnąć owoce. Ja wybrałam brzoskwinie - teraz puszkowe, latem świeże, mogą być Wasze własne syropem zalane...
W misce mieszamy nieco ponad ćwierć szklanki mleka z łyżką cukru pudru, kroplą esencji waniliowej i cynamonu. Dodajemy dwa jajka i energicznie mieszamy. 
Nasze chałowe kromki nacinamy przez środek, ale nie do końca - tworząc kieszonkę. Do niej ładujemy owoce, z obu stron moczymy w jajeczno-mlecznym roztworze i rzucamy na roztopione masło.
Smażymy do zrumienienia.
Kwestię konsumpcji pozostawię Wam do wyboru - czy nastąpi to w przerwie pomiędzy poszukiwaniem Jedynych Rajstop Bez Oczka a skrobaczki do szyb, czy będzie to długotrwała celebracja z kawą i przeglądem prasy w tle - i tak smakują tak samo dobrze.

...a szkoła zabija kreatywność. Co za chała.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak bardzo szkoły nas w rzeczy samej ograniczają?
Bo, tak naprawdę, ile bylibyście w stanie wymienić projektów w które zostaliście zgłoszeni w ramach tzw. "chińskiego ochotnika", a w których udział faktycznie miał dla Was jakąś wartość? Nie wnikam, czy taką, że dobrze się bawiliście szukając informacji, czy faktycznie zaintrygował Was temat. Ile tego było?
Myślę że w tym momencie miło byłoby, gdybyście poświęcili 20 minut na obejrzenie tego krótkiego wykładu -> klik gdzie Ken Robinson doskonale udowadnia, jak bardzo szkoły ograniczają kreatywność uczniów.
Ilu nauczycieli, spotkanych na długiej i mozolnej drodze do zdobycia wykształcenia, przyklaskiwało jakimkolwiek genialnym pomysłom związanym ze sztuką? O ile nie byliście w szkole o profilu stricte związanym z kierunkami artystycznymi, w 90% chęć zrobienia czegoś nowego i ciekawego spotyka się z odmową, a za tym wszystkim przebija najczęściej argument, że z tego zwyczajnie "pieniędzy nie będzie", a potem zawodu konkretnego też nie, więc po co próbować.
Też myślę o swoich obecnych decyzjach w kategorii przyczyna-skutek. Też zastanawiam się, czy to co zrobię teraz, projekt który zacznę dziś, jutro albo za tydzień, coś mi przyniesie, czy też włożę w niego niepotrzebne nakłady sił i na końcu zostanie mi złość i rozczarowanie, że coś znów nie wyszło.
Decyduję jednak za siebie, jeśli nie podejmuję ryzyka - jestem świadoma tego, że mogę żałować, jeśli je podejmuję - zdaję sobie sprawę z tego, że konsekwencje mogą być niespodziewane i nie do końca odpowiadać temu, czego oczekiwałam. Dlaczego jednak gasić ten entuzjazm w dzieciach, które nie boją się porażki, do pewnego wieku nie mają jeszcze zahamowań przed "ośmieszeniem się" przed rówieśnikami w swoich próbach odkrycia czegoś nowego...no właśnie, dlaczego?
Takie to, przydługawe dywagacje na temat edukacji, ponieważ czuję że mijam się z powołaniem i kopiąc w trzystustronicowych traktatach na temat koncepcji wychowania i nauczania odkrywam swoje nowe JA, które w absolutnym TOP swoich pragnień po tych studiach znajduje napisanie doktoratu z pedagogiki zamiast jakiegośtamnikomuniepotrzebnego językoznawstwa czy fonetyki.
Dlatego dziś
straszna chała.
Chała jest straszna, bo jest wielka.
Poza tym jest tak pyszna, że dacie jej radę bez niczego w dość krótkim odstępie czasu.
za : Liską
na 2 chałki
30 g świeżych drożdży
400 ml ciepłej wody
90 g cukru
1 łyżka soli
850 g + 150 g mąki
3 jajka, lekko roztrzepane
100 g masła roztopionego w garnuszku i ostudzonego
Do posmarowania: 1 jajko + 1 łyżeczka wody

Drożdże umieścić w misce, zalać ciepłą wodą i wymieszać. Kiedy się rozpuszczą, dodać 850 g mąki, cukier, sól. Cały czas mieszając dodawać następnie jajka i masło. Dobrze wyrobić ciasto i powoli dodawać kolejne 150 g mąki - czasem należy jej dać mniej, innym razem więcej. Wszystko zależy od tego, jakiej konsystencji jest ciasto - powinno być dosyć luźne i elastyczne, ale niezbyt klejące. Nie może też być zbite.
Kiedy ciasto zacznie odstawać od ścianek miski, wyjąć je na blat i wyrabiać kolejne 5-10 minut. Uformować kulę, lekko spryskać ją olejem i włożyć do miski na 2 godziny. W tym czasie należy ciasto 2 razy odgazować wbijając w nie pięść.
Po wyrośnięciu ciasto podzielić na 2 części.
Każdą część podzielić na 4 lub 6 części. Z części uformować wałki i zapleść z nich chałki.
Chałki przełożyć do foremek wysmarowanych oliwą. Przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia na 30-40 minut.
Kiedy wyrosną, posmarować jajkiem wymieszanym z wodą. Można posypać makiem lub sezamem.

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić chałki i piec ok. 30 minut.

Polecam Ten Film Tej Pani -> klik jeśli chcecie upiec chałkę z sześciu części.

Chlebek bananowy w tropikach

Tak w temacie tych tropików to
Powiesiłam na półkach lampki choinkowe.
Wyprzedziłam (prawie) galerie handlowe.
Na chwilę obecną, to chyba największy hurraoptymizm na który jestem w stanie się zdobyć
za Jane
2 jajka
100g masła
400g mąki
szczypta soli
4 średnie banany
150ml maślanki
100g cukru trzcinowego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 łyżeczki proszku do pieczenia +1/4 łyżeczki sody
+ 200g posiekanej mlecznej czekolady
100-150g wiórek kokosowych
Miękkie masło utrzeć na puszystą masę z cukrem. Następnie dodawać pojedynczo jajka, potem rozgniecione banany, maślankę i ekstrakt z wanilii. Mąkę wymieszaj w misce z proszkiem do pieczenia, sodą i solą. Dodaj suche składniki do mokrych i wymieszaj niedbale (tak jak ciasto na muffiny). Na końcu dodaj posiekaną czekoladę i wiórki kokosowe. Ciasto rozlej do dwóch mniejszych keksówek lub jednej dużej i kilku foremek na muffiny, wyłożonych papierem do pieczenia. Piecz przez ok. godzinę, do zrumienienia.
P.S
Mało brakło a przez literówkę
chlebek byłby z koksem i czekoladą
to dopiero upgrade...


***

In an isolated system
entropy can only increase

Lepiej późno niż później; zielony jarski piątek

Zanim zaczął się listopad zdołał spaść już śnieg, temperatura zaliczyła upadek poniżej zera, a Polska Złota Jesień gnije teraz w roztopach i zamienia się w burą breję.
Skoro mamy już za sobą Wszystkich Świętych, to teraz już tylko pozostaje nam odczekać tydzień-dwa żeby wszystkie magazyny zostały wyprzątnięte z zalegających w nich zniczy - i pora nam będzie poczuć klimat świąt. Chodzą echa, że były już pierwsze radiowe próby z Last Christmas
Każdy kolejny dzień rozpuszcza się tak szybko, przybliżając kolejne zdarzenia; i te bardziej wyczekiwane i te mniej. Założyłam dziś jedenasty folder, z przeznaczeniem na zdjęcia z listopada. Gdzie się podziało ostatnie jedenaście miesięcy? Dziwny jest ten relatywizm czasu; co poniedziałek mam wrażenie, że przetrwanie dziesięciu godzin na uczelni pozostaje poza zasięgiem moich możliwości, a znów cały tydzień ucieka mi tak szybko. Jeszcze siedem piątków do świąt Bożego Narodzenia, osiem - do Nowego Roku.  Do kogo można składać zażalenia o to, że przyspiesza czas?
Jarski Piątek (ktoś jeszcze pamięta o jarskich piątkach? Moja zdolność do organizacji czasem, blogiem i zaradność działa coraz słabiej) pojawia się po wielu tygodniach nieobecności. Nie potrafię prowadzić cyklicznych wpisów. W ogóle. Wielu nieuchwytnych rzeczy nie potrafię.
z moimi zmianami, za Anielą, na 8 naleśników
ciasto:
1 jajko
1 łyżka oleju
0,5 szklanka mleka
0,75 szklanki mąki
0,75 szklanki wody
+ szczypta soli
Wymieszaj mleko z wodą i olejem. Mąkę i jajka ucieraj łyżką, stopniowo wlewając płyn. Posól, odstaw na półtorej-dwie godziny. Po tym czasie ponownie wymieszaj ciasto, smaż naleśniki na patelni posmarowanej kroplą oleju. 
Nadzienie:
400g szpinaku
1 ząbek czosnku
2 jajka na twardo
150g żółtego sera
sól, pieprz
Na patelni rozgrzej łyżkę-dwie masła. Podsmaż rozgnieciony ząbek czosnku, a potem wrzuć szpinak. Duś go aż zmięknie. Ugotowane na twardo jajka pokrój w drobną kostkę, ser zetrzyj na tarce o grubych oczkach i dodaj do podsmażonego szpinaku.
Rozłóż nadzienie na naleśnikach, zwiń je, obtocz w jajku i bułce tartej, smaż na oleju na rumiany kolor.
Widzicie ten ciągnący się ser? Widzicie? Sugeruję tylko, że na jednym się nie skończy więc przemyślcie podwójną porcję ;)


Mascarponizacja

Mascarponizacja /źródłosłów nieznany/ - proces wykorzystywania zapasów serka mascarpone, szczególnie tyczy się zapasów kilogramowych, którymi właściciel został obdarowany
W pierwszych słowach tego postu, dziękuję J. raz jeszcze za ten jakże bogaty zapas mascarpone. Mascarponizacja przedłużyła się z weekendu na dni powszednie i na jutro planowany jest nawet makaron z suszonymi pomidorami i serkiem mascarpone, co będzie prawdopodobnie jedynym pozytywnym zdarzeniem w ciągu całego dnia.
To jeden z najlepszych przepisów na jesienne popołudnie; kawowa babeczka (za kawowa, jak dla mnie) otulona karmelowym mascarpone z orzechem. 
Z opinii pod przepisem doczytałam, że dodając dwie łyżeczki kawy roztwór wychodzi zbyt słaby by jej smak był wystarczająco wyrazisty w ciastku. Tym się sugerując, dodałam do swojej zamaszyste cztery i okazało się że nie pijąc kawy, jednak smakowała dla mnie ZA kawowo. Zatem pijącym kawę - polecam cztery, tym którzy niekoniecznie dostarczają sobie kofeiny w tej postaci - jednak może bazowe dwie.
100g masła
100g mąki
2 duże jajka
80g cukru brązowego
szczypta sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2(4) łyżeczki kawy rozpuszczone w 100ml wrzątku
12 połówek orzechów włoskich
Masło stopić, wystudzić. Kawę zaparzyć i również wystudzić, dolać do masła. Jajka dodać do masy i roztrzepać widelcem.  W misce wymieszać mąkę, cukier, sodę i proszek do pieczenia. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać niedbale i wypełnić papilotki. W każdą wcisnąć połówkę orzecha włoskiego. Muffiny kiepsko rosną, więc możecie zamiast planowanych 12 zrobić 8 albo wręcz 6, wypełniając papilotki powyżej przepisowych 3/4 wysokości. Na powierzchni zrobią się dość kraterowate, i dlatego trzeba je czymś przykryć ;)
200g serka mascarpone
3-4 łyżki masła
5-6 łyżek cukru
Masło rozpuścić na patelni, dodać cukier i podgrzewać, aż cukier się zrumieni. Cukier się nie rozpuści do końca i w związku z tym przygotowanie tego karmelowego mascarpone jest nieco czaso- i pracochłonne. Bo robimy co następuje - zbrylony (albo nie, jeśli dodacie do tego jeszcze chlust śmietanki 30% i wymieszacie) karmel dodajecie do serka i rozcieracie. Ja go nawet przecierałam przez sitko. Serio ;)
A dalej, to chyba wiadomo.

Crunch upgraded

Nie wiem czy mogę nawet nazwać go Crunchem Petera, bo po dorzuceniu do niego płatków kukurydzianych już nie przypomina swego pierwowzoru. Stał się lepką, słodką nawet po samym zapachu kruchą masą, która po połamaniu w kawałki nadaje się idealnie by wrzucić ją do jogurtu naturalnego. Powiedziałabym, że z jogurtem stanowią znakomitą parę, bo słodszych płatków niż ten crunch nie było mi dane jeść.
Nawet o płatkach dzisiaj nie potrafię sklecić sensownie trzech zdań. Burzy się we mnie sto tysięcy emocji, a spośród nich wszystkich najgłośniej krzyczy frustracja, pociągając od środka za wszystkie nerwy. Znów dla odmiany mięśnie karku są tak uprzejme, że utrzymują głowę w pozycji uniesionej do góry, zatem wszystko w porządku, głowa do góry, jak to mawiają koko dżambo i do przodu. Dobrze jest czasem nie myśleć. Tak samo jak dobrze jest wrócić do domu po długiej podróży i wskoczyć w swoje kapcie; mam wrażenie, że mentalnie właśnie wróciłam z jakiejś dalekiej podróży do miejsca gdzie człowiek cieszy się z każdego detalu. Szczęście, że to już historia, i jesteśmy w domu.
za Liską, z moimi zmianami
110g - pół na pół, masła i margaryny
100g cukru brązowego
1 łyżka Golden Syrupu
225g płatków owsianych
200g płatków kukurydzianych
cynamon, imbir - ok. pół łyżeczki
Masło, margarynę, cukier i golden syrup rozpuścić w garnuszku z grubym dnem. Wymieszać na gładką masę i lekko ostudzone wymieszać z płatkami owsianymi, kukurydzianymi i przyprawami. Przełożyć do blaszki wysmarowanej masłem lub naczynia żaroodpornego - piec 15 minut w temperaturze 190°C, po ostudzeniu połamać - przez dodatek płatków kukurydzianych nie chce się tak ładnie kroić.

***

Granatowe muffiny

Wiecie co się dzieje, kiedy po trzech miesiącach wstawania wtedy, gdy jest się wyspanym, budzik krzyczy o 6:10? 
Człowiek się zrywa, odkrywając z przerażeniem że spowijają go egipskie ciemności, biegnie na oślep do drzwi, nadziewa się na kant ściany i dopiero w połowie korytarza zaczyna do niego docierać co się stało. Zaczął się kolejny rok studiów, ot co. Seriously, dwa razy w tygodniu na ósmą rano mnie trochę przerasta, zwłaszcza teraz gdy po otwarciu jednego oka widać tylko ciemność. I przeraża mnie ilość chętnych do podróży mpk, bo naprawdę, drugi dzień się poruszam komunikacją miejską a już zdążyłam wymarznąć i wymoknąć na przystankach, bo do autobusu nawet szpilki nie wciśniesz. Są też naturalnie pozytywne strony powrotu na studia. Powrót do partyjek Scrabbli przy herbacie i czekoladzie w Prowincji, spotkanie dawno niewidzianych znajomych (i zwiedzanie jeszcze większych ilości starych kamienic), bliska dostępność kina, koncertów i Podgórza, które jakoś ma kojący wpływ na duszę. 
Zaskakujące i dziwne jest to, że mniejszą miałam ochotę wrócić tu w tym roku, a chyba powinno być odwrotnie? Może to dlatego, że braknie już elementu zaskoczenia, ale jeśli spodziewałam się, że będzie mi brakowało emocji, to dziś przekonałam się jak bardzo mylne było to wrażenie. 
Granatowe muffiny są wybuchowe, bo z granatem. Kupiłam go po raz pierwszy (nie wiedziałam jakiego wybrać, czego skutkiem był ten prawdopodobnie lekko niedojrzaławy, ale i tak smacznie strzelający) i po rozkrojeniu i wybieraniu palcami tych drobnych ziarenek stwierdziłam, że przypomina mi lekko mózg :D Bardzo apetyczny zresztą i w pięknym kolorze, swoją drogą, któż był tak pomysłowy że nazwał kolor głębokiej, ciemnej niebieskości granatem? Granatowy powinien być zbliżony właśnie do intensywnego różu wpadającego w czerwień. 
za Nigellą, How to be domestic goddess, 12 muffinek
300g mąki pszennej
150g cukru
100g masła
2 jajka
150ml mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cytryna
+szczypta soli
Masło stopić, pozostawić do ostudzenia. Cytrynę sparzyć, zetrzeć skórkę. Mąkę, cukier, proszek do pieczenia i skórkę wymieszać w jednej misce. Mleko, sok z cytryny, przestudzone masło i jajka zmiksować w osobnej miseczce. Wlać mokre do suchych, niedbale wymieszać łyżką. Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami i piec przez ok. 20-25 minut.
Dodatkowo - serek mascarpone (w postaci bezdodatkowej) i ziarna granatu.

P.S Ogarnia mnie przedkoncertowa ekscytacja, możecie już zacząć ignorować te postscriptumy na dole, bo będą pewnie o tym samym aż do listopada, a potem do Nowego Roku. 
Our hopes and expectations, black holes and revelations.....

Nastąpiło zwolnienie blokady maszyny losującej...

Gdyby istniał tu przekaz na żywo, mogłabym jak pewien Pan Od Lotto udawać przyczajonego kangura podczas losowania. Przekazu nie było, ale w towarzystwie mojej Komisji Nadzorującej (macham ręką do Mamy) wylosowałam dwie osoby, do których zawędruje Forky :)


Gratuluję ulcik i goh. a pozostałym dziękuję za udział w zabawie i historie - mogłabym się pod większością podpisać obiema ręcami :)

+Lajki lajki! Łapki w górę dla FORKY -> klik!

Ostatnie wakacyjne śniadania. Kaiserschmarrn

Odkryłam taką dziwną zależność, że w każdej rodzinie jest ktoś, kto robi najlepsze omlety. Chociaż każdy inny domownik lepiej lub gorzej jest w stanie sobie poradzić z jego usmażeniem, i tak zawsze znajdzie się ta jedna osoba która usmaży go najlepiej i żaden inny nie smakuje równie dobrze. U nas w domu jest to Tato.
Ja sama nawet się nie porywam na klasyczne omlety, bo sam opis prawidłowego go przyrządzenia z tymi wszystkimi manewrami wymagającymi podnoszenia jednej jego krawędzi mnie przerasta. Czuję się wtedy trochę tak jakbym czytała zadania z treścią na matematyce, te w stylu Ania ważyła po urodzeniu 3 kg. Teraz waży 33. Ile lat ma Ania?
Kaiserschmarrn jest zatem idealny, bo jest tak wytwornie poszarpany że nikt nie wie czy jest to efektem posiadania maślanych łap, nieumiejętnością usmażenia właściwego omletu czy też czystego przypadku. Okazuje się, że Kaiserschmarrn jest przepyszny. Zjadłam go z cukrem pudrem i domowymi powidłami - i pewnie nieraz ten wyczyn powtórzę.
na podstawie white plate, dla 2 osób
4 jajka
3 płaskie łyżki mąki
2-3 łyżki mleka
2 łyżki masła
cukier puder, powidła/dżem
Jajka rozbijamy i rozdzielamy. Białka ubijamy na sztywną pianę ze szczyptą soli, odstawiamy na chwilę. Żółtka ucieramy z mlekiem i mąką. Delikatnie mieszamy masę z żółtkami z ubitą pianą. Gotową masę wylewamy na rozgrzane na dużej patelni masło, smażymy - z jednej strony, przekładamy na drugą - omlet można rozerwać już wtedy i jest to mile widziane ;) Smażymy do zrumienienia, a potem - jeśli mamy dłonie z azbestu to palcami, a jeśli nie - łopatką, szpatułką, widelcem, FORKYm ;) rozrywamy na strzępy. Posypujemy cukrem pudrem, zjadamy z owocami - lub dżemem.
A tak na marginesie - czy wiecie jak zajmujące jest oczekiwanie na nową płytę i kibicowanie swojemu ulubionemu zespołowi? Np. wczoraj prawie padłam ale doczekałam do 23 żeby obejrzeć Muse u Joolsa Hollanda :D I niby płyta już jest dostępna w sieci ale...zawsze to jeden powód więcej by polubić pierwszy października, w życiu nie sądziłam że tak będę czekać na ten dzień :D Zatem, ha! Posłuchajmy Mamamamamadness. Spróbujcie dotrzeć do 3:16 i nie mieć wtedy ciarek, I dare you! Mówiąc poetycko i po całości Musem, I feel my heart implode.


Uwaga! Attention! Achtung! Attenzione! Konkurs ;-)

Padnie tu nietypowe, jak na blogera kulinarnego, wyznanie.
Nienawidzę smażyć.
Przypomina mi się zawsze taka reklama, w której wszyscy domownicy uciekali z domu, a sama gotująca osoba ubierała kosmiczny skafander celem usmażenia kotletów na obiad. Mniej więcej tak się czuję ze każdym razem, gdy rozgrzewam na patelni olej.
Kotlety są jedną z najprostszych rzeczy, które to, jak zakładam, większość osób uczy się robić na początku kulinarnej przygody. Mnie od zawsze odstraszał strzelający olej i moje ręce w jego pobliżu. Smażenie, jeśli już nie mam wyjścia, wygląda w moim przypadku komicznie. Przewracanie czegoś smażonego wymaga odsunięcia ciała na odległość wyciągniętych rąk, które zabezpieczyć należy rękawicami kuchennymi. Wyobraziliście to sobie?
Teraz pozwalam się Wam śmiać do woli ;)
Okazało się, że proste rozwiązania są najlepsze i że ktoś wynalazł coś, przez co smażenie nie musi przypominać katastrofy. FORKY to bardzo sprytny przyrząd, dzięki któremu przewracanie smażonych potraw nie grozi oparzeniem dłoni, rozchlapywaniem się oleju na boki (zwłaszcza gdy fartuszek to część garderoby noszona przez nas sporadycznie, jeśli w ogóle) i w znaczącym stopniu czyni smażenie przyjemniejszym.
Dostałam takie designerskie maleństwo, i co więcej - mam jeszcze dwa do rozdania dla Was. Wszystko, co musicie zrobić by mieć szansę dostać jedno z nich, to zamieścić komentarz pod tym właśnie postem, umieszczając w nim również swój adres e-mail. Będzie mi miło, jeśli polubicie Fuzjowego fejsa -> KLIK
Zwycięzcy zostaną wybrani drogą losowania, a każda osoba będzie miała dwa dni na przesłanie mi danych do wysyłki. Czas na zgłoszenia macie do przyszłego tygodnia, do 30 września, do 23:59. 

Zdjęcia wykorzystane w poście nie są mojego autorstwa.

A dzisiaj


A dzisiaj znalazłam w swoim indeksie trzy zero na szynach jak stąd do Honolulu i jest to najpiękniejsze trzy zero jakie widziałam
może sobie ono nawet mieć kółeczka, robić ciuch ciuch i wypuszczać parę za każdym razem gdy otwieram indeks
ponieważ dzięki temu właśnie trzy przecinek zero i temu JEDNEMU procentowi który mnie uratował, ocaliłam 600 zł od zniknięcia w czeluściach uniwersyteckiego budżetu




P.S Nie wierzcie w to, że na studiach są takie dłuuuuuuuuuuuugie wakacje.
Ja dopiero dziś poczułam, że one FAKTYCZNIE się zaczęły!

Zdarzają się połączenia idealne...

Bywają też te kompletnie nietrafione.
Na przykład ja i literatura. Fail na całej linii. W ogóle zastanawiam się jak to jest możliwe, że czytając od było nie było, lat prawie piętnastu, nagle nie jestem w stanie przeskoczyć jednego egzaminu ściśle z książkami związanego. Literatura budzi we mnie ostatnio w ogóle odruchy mordercze, a ślęcząc dziś nad kartką u skraju wyczerpania nerwowego zastanawiałam się namiętnie na zmianę - co ja tutaj robię, a potem, czym to znowuż jest. Wróciłam do domu, wróciłam do swojego ulubionego trybu życia, za dwadzieścia minut dobije pierwsza w nocy, oglądam Ojca Chrzestnego, staram się nie myśleć o jutrze, pojutrze ani tym co będzie za tydzień. 
Chwała, że są takie rzeczy które pasują do siebie idealnie. Choćby się nie wiem jak starać, nie da się zepsuć nijak połączenia czekolady i serka śmietankowego. Ciężkiego, wilgotnego, czekoladowego ciasta i lekkiego, puszystego, lekko słonego serka. 
Ciasto:
50g masła
1 średnie jajo
70g cukru pudru
125g mąki pszennej
1/2 szklanki mleka
1/4 szklanki maślanki
2 łyżki gorzkiego kakao
100g mlecznej czekolady
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej ( w przypadku bardzo gęstej masy do 1/2)
1 łyżeczka proszku do pieczenia (może być z niewielkim czubkiem. Nie zaszkodzi a pomóc może)
+szczypta soli
+ 150g serka śmietankowego wymieszanego z łyżeczką cukru pudru i cukru wanilinowego
Masło rozpuścić w rondelku z grubym dnem razem z połamaną czekoladą, mlekiem i maślanką. Mieszaninę pozostawić do ostygnięcia i przygotować suche składniki : mąkę, cukier puder i kakao przesiać (zwłaszcza to ostatnie, z uwagi na grudki). Dodać proszek do pieczenia i sodę, starannie wymieszać. Do ostudzonej masy z płynnymi składnikami wbić jajko (temperatura masy musi być na tyle niska, aby białko nie zaczęło się ścinać) i rozbić je trzepaczką. Mokre składniki wlać do suchych i mieszać łyżką kilka razy, aby tylko połączyć składniki i nie pozbywać się grudek. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, wypełniać do połowy wysokości ciastem, a do środka zapakować po łyżeczce serowego nadzienia. Piec ok. 20 minut.

P.S. Panie Dolan, muszę dołączyć do pana fanklubu.

Gotów? Cel! Rzucaj Kokonatem!

O kokonatach można posłuchać tu -> klik od 3:04. :)
Pierwszy września jest niesamowity. A raczej, niesamowicie podstępny.
I w dodatku nie da się go polubić. Od szóstego roku życia kojarzy się z dorocznym festiwalem wisielczego humoru i świadomością rozpoczęcia drętwej szkolnej rutyny. Potem jest ostatnim dzwonkiem alarmowym dla tych, których czeka jeszcze przeprawa przez Kampanię Wrześniową, a którzy nie skompletowali wciąż porzuconych po ostatnim wpisie do indeksu podręczników i notatek. Ja wyrosłam z pierwszej kategorii, ale oddałabym wszystko żeby pochodzić miesiąc dłużej na zajęcia zamiast budzić się co rano z myślą, że to czy od października wrócę na uczelnię nie jest wcale takie pewne. A im mniej czasu mi zostaje, tym mniej jestem pewna tego, że to-się-uda.
Można zawsze ten pierwszy września osłodzić. Na przykład nieprzyzwoitą ilość pancakes, spiętrzonych na talerzu. Z dużą ilością wiórek kokosowych i czekolady.
1 jajko
50g czekolady
150g pszennej mąki
1/2 łyżeczki sody 
1/2 szklanki mleka
4 łyżki wiórek kokosowych
140g serka kokosowego
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
Łyżka stopionego masła lub oleju
Do miski wsypać mąkę, sodę, proszek do pieczenia i wiórki kokosowe. Dodać serek (użyłam Danio Intenso) i mleko, połączyć mikserem na gładką masę. W razie potrzeby dodać mleka lub nieco mąki. Na koniec wmieszać posiekaną czekoladę. 
Pancakes smażyć na suchej, rozgrzanej patelni. Domyślam się, że najlepsze byłyby z jogurtem naturalnym i wiórkami, ale jeśli jest chwilowo nieobecny w lodówce...można i bez. Też pyszne. Z podanych proporcji wyjdzie ilość naleśników wystarczająca dla dwóch osób - albo jednej potwornie głodnej.


+Dziękuję serdecznie za wszystkie nominacje :)
W podobnych zabawach uczestniczyłam dwukrotnie i pisanie czegokolwiek więcej na swój temat byłoby już przejawem niekontrolowanego narcyzmu. Kilku faktów o mnie dowiedzieć można się STĄD.

Naleśnikowa Sobota 2