Placek olimpijski - Dziesięciominutowy pleśniak z jagodami

Ile ja się rok temu nabiedziłam próbując wynaleźć nazwę dla ciasta kruchego przełożonego jagodową masą, a zwieńczonego bezą i chrupiącą kruszonką. Stanęło na jagodowym obłoku. A potem, kilka miesięcy później odkryłam, że ciasto to było niczym innym jak po prostu pleśniakiem. Mijałam to ciasto dziesiątki razy w przepisowniku Mamy i pytałam ją, dziecięciem będąc, tysiące razy o to ciasto. Tradycji pieczenia go jakoś jednak u nas w domu nie było, dlatego przez BARDZO długi czas było z nim trochę jak z tymi moimi rosnącymi na drzewach arbuzami - zgodnie z nazwą wyobrażałam sobie, że skoro na pewno nie smakuje pleśnią, to zapewne jego wygląd coś takiego sugeruje. 
Otóż okazuje się, że nie.
Właściwie to nie mogę sobie przypisać ani autorstwa ani wykonawstwa poniższego przepisu, bo moje są tu jedyne zdjęcia. No i zapewnienia, że ciasto jest zaskakująco dobre jak na te dziesięć minut, które potrzeba na jego przygotowanie. To taki placek z gatunku "jadący goście", który można naprędce ukręcić i powitać ich zapachem ciasta, który przyjemnie łaskocze nos już od progu. Placek poczyniła wczoraj moja Mama, kiedy oddaliłam się na jakieś pół godziny jakieś dwieście metrów od domu by pogadać na spokojnie z dawno niewidzianą znajomą. A gdy wróciłam, właśnie połaskotał mnie w nos ten przyjemny zapach domu, ciepła i kruchego ciasta. Owoce można tutaj dowolnie wymieniać - sprawdzą się doskonale i truskawki, i brzoskwinie, i jagody. Mama wykorzystała stojący słoik prażonych jabłek, które zostawiłam po wielkim szarlotkowaniu, kiedy chwilowo mieliśmy dość ciast z jabłkami ;)
Ekspresowy pleśniak z owocami
Ciasto:
5 żółtek 
200g masła
3/4 szklanki cukru 
16g cukru wanilinowego 
 3-4 szklanki mąki pszennej
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
Owoce:
500g prażonych jabłek
200-300g jagód
Beza:
5 białek
1 szklanka cukru
2 budynie śmietankowe 
Składniki wymieszać w taki sposób, aby powstała mieszanina o konsystencji kruszonki - stąd tak rozbieżna ilość mąki. Dosypujcie ją w razie potrzeby by uzyskać pożądane ciasto. 3/4 okruchów wysypać na dużą, prostokątną blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Na okruchy wyłożyć owoce - najpierw jabłka, a potem rozsypać na nich starannie wypłukane jagody. Z pozostałych po przygotowaniu ciasta kruchego białek ubić ze szczyptą soli sztywną pianę, dodając do niej następnie stopniowo szklankę cukru - stale ubijając. Następnie dodać budynie śmietankowe, nie zaprzestając ubijania. Masę z białek wyłożyć na owoce, posypać po wierzchu pozostałą kruszonką i wstawić do piekarnika na ok. 40 minut. 
A zdjęcia są jakie są. Tak to bywa, jak się człowiekowi spieszy do jedzenia ;-)



One Lovely Blog Avard. Ósma prawda: jestem nudziarą.

Internetowe łańcuszki to nieodłączny element blogosfery. Pojawiają się tak z częstotliwością jednego do roku i zwykle opierają się na tej samej zasadzie - służą lepszemu poznaniu się, dowiedzeniu się czegoś ciekawego o drugiej osobie, którą znamy tylko z tych krótkich, wetkniętych jakby mimochodem w posty kulinarne prawd. Za nominację dziękuję SueasixMagdzieElżuni, Bernadecie, turlaczkowi, Ewietjarym (owi?) (ie?) ;) i ka.wo. Niezmiernie mi miło dostać aż tyle wyrazów sympatii :)
W zasadzie od momentu gdy dostałam pierwszą nominację zaczęło pochłaniać mnie pytanie - co mam napisać. Przeglądając bowiem swoje archiwum celem znalezienia prawd których jeszcze nie ujawniłam, dotarło do mnie, że w pewien sposób dopuściłam się wspomnianego w książce Polka Manueli Gretkowskiej (notabene jednej z moich ulubionych autorek polskiej prozy) pisarskiego ekshibicjonizmu. Można by rzec, za dużo mnie i za dużo tego, co lubię w każdym moim poście. Żeby podać kilka przykładów - wiecie, że przyznaję się do wyjadania surowej kruszonki [klik], ale już boję się panicznie surowych żółtek [klik] że kocham kraje północy [klik], ale najlepsze wakacje spędziłam jak dotąd na Florydzie [klik], że wielbię Musierowicz i jej Jeżycjadę [klik]. Byliście przy mnie, gdy przekroczyłam magiczną osiemnastkę [klik], gdy piekłam cynamonowe bułki i biegłam z ich pełną torbą pokrzepić pracujących od ośmiu godzin dekorujących studniówkową salę [klik], a potem gdy stańczyłam obcasy na ww. imprezie [klik], gdy zdałam egzamin na prawo jazdy [klik] i gdy wróciłam - we własnym mniemaniu oczywiście na tarczy - po maturach [klik]. A ponadto wiecie, że lubię: literaturę, muzykę, kobiece głosy, koncerty, herbatę, podróże, chwilę tuż przed wschodem słońca, rozgwieżdżone letnie niebo, fotografię, leniwe sobotnie poranki i deszcz [klik]. 
W sumie mogłabym teraz powiedzieć, że wiecie o mnie wystarczająco dużo i nie ma sensu żebym tu cokolwiek na swój temat pisała więcej (zwłaszcza że nie omieszkam tego czynić przy okazji pisania kolejnych postów). I w ogóle to oprócz tego co LUBIĘ, to niewiele mogę powiedzieć na swój temat. Patrz prawda ósma i dowiecie się dlaczego ;-) Postanowiłam wynaleźć siedem najzabawniejszych, najdziwniejszych i czasem wręcz nieco żenujących prawd (patrz prawda nr. 3), bo tak z tymi, że nie mam drugiego imienia, to spłynie po Was jak po kaczce. A tak to chociaż może zapamiętacie, że mam dystans do siebie ;-)
  1. Posiadam spektrum butów jakiego nie poszczyciłby się chyba sklep obuwniczy. Wracając ze Stanów wieźliśmy ogółem sześć walizek, z czego jedna zawierała wyłącznie buty. Podczas rutynowej kontroli bagażu  jedna z pracujących na lotnisku kobiet przyznała, że w życiu nie widziała naraz aż tylu butów... Kolekcję rozpoczynają glany z Okresu Buntowniczego a kończą sandały na obcasie z Okresu Romantycznego Motyla. Posiadam także crocsy z Okresu Lenia, trampki z Czasu Nastolęctwa, sandały z wszelkiej maści czasów urlopowych, a także z pięć par kapci których...
  2. Nie noszę papci/kapci/laczków. Moje lodowate stopy są już niemal rodzinną urban legend. Uparcie twierdzę, że ja po prostu froteruję podłogi. 
  3. Dwa lata temu w drodze powrotnej z hotelu na lotnisko, podziwiając tureckie krajobrazy rolnicze, doznałam olśnienia. Mianowicie, po siedemnastu latach mojego życia dowiedziałam się, że arbuzy nie rosną na drzewach. Nie pytajcie skąd takie absurdalne przypuszczenie, że doprawdyż mogłyby na tych drzewach rosnąć. Po prostu żyłam w takim przekonaniu i już!
  4. Mam za sobą doświadczenie zwane "dietą eliminacyjną" które opierało się na tym, że jadłam - uwaga - ZA NAKAZEM LEKARZA mięso z kurczaka i warzywa. Co wykluczał mój jadłospis? Pszenną mąkę, drożdże, nabiał pochodzący z mleka krowiego (a żaden inny nie przeszedł mi przez gardło, zatem nie jadłam nabiału W OGÓLE), owoce, cukier w każdej postaci oraz produkty wysokoprzetworzone. Dieta zakładała również niełączenie węglowodanów z białkami, więc przez dwa miesiące podstawę mojego żywienia stanowiły żytnie chlebki Wasa, brokuły, zielona fasolka, gotowany filet z kurczaka, ekologiczny chleb na zakwasie bez dodatków drożdży, pasztety z ciecierzycy (do których teraz mam przez to szczery uraz) oraz chrupki kukurydziane. Bilans diety to osiem straconych kilogramów, trochę wypadniętych włosów, cera której nie powstydziłaby się Anjelica Huston po charakteryzacji na Morticię Adams (z tą różnicą, że ja miałam taką naturalnie) oraz uraz do organicznej żywności, który chyba nieprędko mi przejdzie. 
  5. Mam także niesamowity uraz do jogi z powodu ww. pana doktora. Każda wizyta (czas na wagę i cenę złota) zaczynała się pytaniem: Czy uprawia pani jogęęę? 
  6. Posiadam całą serię dziwacznych nawyków i skutecznie utrudniających życie dziwactw. Jednym z najzabawniejszych jest to, że gdy wpuszczam wodę do wanny i próbuję prawą nogą jej temperatury - muszę natychmiast dostawić lewą, ponieważ jest jej przecież smutno. Oprócz tego takie tam standardowe - chociaż miałabym zejść z przegrzania nigdy przenigdy nie wystawię nóg ani rąk poza kołdrę dopóki nie zasnę (w ciemności zawsze czają się jakieś ŁAPY), dzień bez czekolady i miętowej herbaty to dzień stracony, wącham książki przed przeczytaniem, nigdy się nie wracam do domu gdy wyjeżdżam i czegoś zapomnę, stale grzebię w torebce chodząc po mieście by upewnić się, że niczego nie zgubiłam po drodze. Opanowałam także do perfekcji zwrot Dzień Dobry, przepraszam za spóźnienie. 
  7. Jestem uzależniona od grania w scrabble online, oglądania Plotkary (z oczywistego powodu ujętego zgrabnie w facebookowej grupie - I wish I had GG wadrobe), Grey's Anatomy (zawsze chciałam być lekarzem!!), Ostrego Dyżuru (którego nie wolno mi było oglądać gdy byłam dzieckiem, z powodu strasznych  scen), Alternatyw 4 (które też wyrywkami znam na pamięć), Co ludzie powiedzą (z którego to dialogi służą nam z powodzeniem w rodzinie w codziennym życiu) a ostatnio pokochałam Usta Usta i zalewałam się łzami podczas dwóch ostatnich odcinków. Ponadto pocinam nałogowo w simsy, a w tak zwanym międzyczasie czytam ogrom książek, a jakich - to można zobaczyć tutaj
  8. Prawda ósma dodatkowa : jestem nudziarą! ;) 

Nominowani byli chyba już wszyscy. Poczujcie się więc, Ci którzy dotarli do końca tej epistoły - wyróżnieni.  I napiszcie mi coś ciekawego o sobie, a jeśli Was to zawstydza - napiszcie z którym punktem się możecie zidentyfikować ;-)

    Polska bułka narodowa - Jagodzianki.

    Można powiedzieć, że w sumie jedzenie na całym świecie jest takie samo.
    W końcu chleb zawsze będzie chlebem, mleko po prostu mlekiem, a masło wszędzie składa się z tłuszczów. A jednak tak nie jest. To, co jednak różni się najbardziej w większości krajów to pieczywo. W Stanach rządzą cynamonowe bułki wielkości opony od traktora, Szwedzi mają swoje charakterystyczne bułeczki z dodatkiem korzennych przypraw, w Turcji najbardziej smakował mi wyjątkowo lekki chleb pełen powietrznych dziur ;) W Polsce króluje klasyczny pszenny chleb. A latem jagodzianki. Z osiem czy dziewięć lat temu, kiedy jeździliśmy z rodzicami do niewielkiej mieściny położonej nad polskim morzem - dokładnie takiego miejsca, jakie lubimy, pozbawionego tłumów, jarmarcznych straganów ciągnących się kilometrami wzdłuż deptaków i niezliczonych bud z goframi, żelaznym punktem każdej porannej wyprawy na plażę był przystanek przy piekarni i kupno jagodzianek. Wyprawa ta musiała mieć miejsce tuż po ósmej rano, bo w okolicach godziny dziewiątej po jagodziankach pozostawał jedynie zapach. A piekarnia była najzwyklejszym blaszakiem ustawionym na cegłach. Bułki za to były takie, jakie lubiłam i lubię do tej pory najbardziej - wypełnione po brzegi lepkim, brudzącym palce nadzieniem otulonym niezbyt grubą warstwą puszystej drożdżówki. Tamte były lukrowane. Teraz zwycięża miłość do kruszonki i pasuje mi ona do jagodzianek idealnie. Te bułki są pyszną kwintesencją lata - a w ten deszczowy, zimny lipiec komponują się doskonale z ciepłą herbatą, kiedy marzną czubki palców u rąk podczas niekończących się maratonów z dobrą książką.

    Ciasto:
    1 jajko 
    100g masła
    1 łyżka oleju 
    3/4 szklanki mleka 
    700g mąki pszennej
    70g świeżych drożdży 
    3-4 czubate łyżki cukru pudru 
    Nadzienie:
    550g jagód
    2 płaskie łyżki cukru pudru 
    1 czubata łyżka mąki pszennej 
    Kruszonka: 
    2 łyżki cukru kryształu 
    2 łyżki zimnego masła
    mąka
    Do rondelka wlać mleko i olej, dodać pokrojone w kostkę masło. Rozpuścić i odstawić do ostygnięcia. W tym czasie starannie wypłukać jagody i pozostawić na durszlaku aby obciekły z wody. Drożdże rozetrzeć z łyżeczką letniej wody i łyżeczką cukru, odstawić do czasu aż zaczną rosnąć. Mieszankę masła z mlekiem wlać do dużej miski w której będziecie wyrabiać ciasto. Dodać do niej przesiany cukier puder, rozbite jajko i zaczyn drożdżowy (ważne, aby drożdże zaczęły już działać). Mokre składniki wymieszać trzepaczką i stopniowo dodawać przesianą (!) mąkę. Gdy ciasto zacznie gęstnieć, wyrabiać je naoliwionymi dłońmi, dosypując mąkę do momentu gdy ciasto będzie gładkie, lśniące i elastyczne. Niekoniecznie wykorzystacie całe 700g - ja zużyłam jej znacznie mniej. Ciasto przykryć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości (od godziny do półtorej). 
    Po tym czasie przygotować sobie nadzienie - jagody wymieszać z cukrem pudrem i mąką. Ciasto natomiast wyłożyć na oprószoną mąką stolnicę i uformować wałek, po czym podzielić go na równe części. Najwygodniej jest ważyć kawałki ciasta - ja dzieliłam swoje na części po +- 100g. Każdą porcję ciasta rozciągnąć na placuszek o grubości ok. 5mm, na środek położyć dowolną ilość nadzienia i starannie zalepić brzegi. Następnie delikatnie, by nie zgnieść nadzienia uformować podłużną bułeczkę. Gotowe bułki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, pozostawić znów do wyrośnięcia na ok. 30 minut. 
    Z podanych składników przygotować kruszonkę dodając tyle mąki, aby uzyskać pożądaną konsystencję. Gotowe bułki posmarować przed upieczeniem rozmąconym jajkiem, posypać kruszonką i wstawić do nagrzanego do 180°C piekarnika na 25-30 minut, do momentu zrumienienia.


    Comfort food po polsku - szarlotka z kratką.

    Comfort food można swobodnie podzielić na kilka grup. Jest takie drobne comfort food, do którego zaliczam na przykład czekoladę. Kilka kostek mlecznej czekolady, pralinki albo słodki batonik idealnie rekompensują jeden zły dzień. Na przykład taki, kiedy człowiek wstaje lewą nogą, potem ucieka mu autobus, do którego gna bez tchu od pół kilometra widząc z daleka że nadjeżdża. Potem w autobusie atakuje go kilka babć, przy wychodzeniu okazuje się, że pada deszcz - a człowiek oczywiście nie ma parasola. Zmoknięty i zdenerwowany dociera do szkoły/pracy, kontynuuje komedię pomyłek i wraca autobusem do domu. A w godzinach szczytu spotyka w autobusie nieprzyzwoitą ilość współpodróżujących. I jeśli ma tego pecha ze swoim nikczemnym wzrostem co ja, że jego nos znajduje się akurat na wysokości pach współstaczy, to nie jest to podróż przyjemna. 
    I kiedy się w końcu dociera do domu, kostki czekolady są zbawienne. A zimą, kiedy zmarznięty człowiek dociera do domu, idealnie tutaj sprawdza się kubek pełen kakao.

    Jest też comfort food, które nadaje się tylko na dołki długotrwałe. Po które sięga się z ulgą, po tym, jak odwiedza się ogród Babci i zbiera kwaskowate papierówki. (Kiedyś gałęzie tej jabłoni były tak długie, że owoce można było rwać wprost z okna. Sprawdzone empirycznie) I tu też jest rzecz zaskakująca - same w sobie mogę papierówki jeść tylko niedojrzałe.  Te smakują mi najbardziej. Kiedy robią się żółte, po nadgryzieniu kruche i rozsypujące w ustach - są dla mnie atrakcyjne tylko w roli nadzienia do ciasta. Wróciłam tydzień temu do domu z pełną torbą jabłek. Zrobiłam szarlotkę taką, jak się pamięta z dzieciństwa i którą - pamiętam to do dziś - robiłam nawet pewnego zimowego wieczora podczas jednej z niezliczonych kurtuazyjnych wizyt u mojej Sąsiadki.
    Szarlotka popularna 
    na podstawie przepisu z książki Ciasta, ciastka i ciasteczka 
    Ciasto:
    1 jajko 
    150g masła
    100g cukru pudru 
    350g mąki pszennej
    16g cukru wanilinowego 
    1,5 łyżeczki proszku do pieczenia 
    1 łyżeczka śmietany 12% (opcjonalnie) 
    Mąkę przesiać z cukrem pudrem, cukrem wanilinowym i proszkiem do pieczenia na stolnicę. Następnie posiekać zimne masło i wbić jajka. Ciasto zagniatać aż będzie jednolite w przekroju, jeśli będzie się kruszyć i nie będzie dało się uformować z niego gładkiej kuli - dodać łyżeczkę kwaśnej śmietany. Zawinąć ciasto w folię aluminiową i odstawić na minimum 30minut do lodówki. Ciasto podzielić na trzy części. Dwoma wylepić spód i brzegi tortownicy o średnicy 21-22cm, wyłożonej folią aluminiową. Spód nakłuć widelcem i podpiec ok. 10-15 minut, aż stanie się lekko rumiany. 
    Nadzienie:
    600g obranych jabłek 
    5-6 łyżek cukru brązowego
    1 czubata łyżeczka cynamonu 
    Jabłka pokroić w kostkę, umieścić w rondlu i zasypać cukrem. Starannie wymieszać i dusić na niewielkim ogniu aż zmiękną i zaczną się rozpadać. Wtedy dodać cynamon, dusić jeszcze przez ok. 10 minut i wyłączyć, zostawić do ostygnięcia. Nadzienie wyłożyć na podpieczony spód, a na wierzchu ułożyć kratkę zrobioną z trzeciej części pozostałego ciasta. W tym celu należy rozwałkować ciasto dość cienko, na grubość ok. 1-1,5cm i wycinać nożem lub radełkiem podłużne paski. Następnie układać je na owocach w dowolne kształty - najlepiej kratkowe :) Ciasto wstawić ponownie do piekarnika na ok. 15-20 minut, do momentu gdy kratka się zrumieni. Odczekać ok. 1,5 godziny, gdy ciasto nieco stężeje - i kroić na duże, hojne kawały. 

    Migdałowe ciasto z agrestem



    Migdałowe ciasto z agrestem
    125g masła 
    3 duże jajka
    350g agrestu
    80g cukru pudru 
    75g mąki pszennej
    75g zmielonych migdałów
    3/4 łyżeczki proszku do pieczenia 
    Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą masę, następnie dodawać stopniowo trzy rozbite wcześniej jajka. Przygotować suche składniki - mąkę pszenną przesiać, starannie połączyć ze zmielonymi migdałami i proszkiem do pieczenia. Suche składniki wmieszać do masy, delikatnie połączyć. Agrest oczyścić, wypłukać i obtoczyć w dwóch łyżkach mąki pszennej i trzech łyżkach cukru pudru. Ciasto wylać do tortownicy o średnicy 20cm wyłożonej folią aluminiową. Na wierzchu ciasta ułożyć warstwę owoców i tak przygotowane ciasto wstawić na ok. 25 minut do piekarnika, aż do momentu gdy zrumieni się na wierzchu. Następnie posypać po wierzchu płatkami migdałowymi, ponownie wstawić do pieczenia na ok. 10 minut. Ostatecznie ciasto piec do suchego patyczka (czyli ok. 35-40 minut). Pozostawić do ostygnięcia, a następnie tuż przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

    A do obejrzenia mojej fotograficznej twórczości zapraszam tutaj

    No to...



    LATO!
    c.d.n :-)

    Biszkoptowa krajanka z brzoskwiniami

    Krajanki nie są dla ludzi, którzy oczekują od ciasta bycia wysokim, pełnym kremów i dodatków wypiekiem udającym tort. Krajanka niczego nie udaje. Jest niska prawie tak jak oklapnięty nieudany zakalec, często kruszy się przy krojeniu, wygląda na pierwszy rzut oka jak tornado w blaszce do pieczenia i z całą pewnością nie zrobiłaby furrory u cioci na imieninach. 
    Krajanki mają za to w sobie coś z comfort food - to prawie jak brownie, które pozornie jest nieudane (zakalcuch jakich mało), bo tutaj mamy "ciasto" którego wysokość nie przekracza nawet grubości przeciętnego ciastka.  Można za to wydłubywać z nich palcami składniki, odrywać nadzienie od spodu, rozkruszać w palcach płatki migdałów i kroić tak, jak nam się podoba. Do niedawna niskie ciasta jakoś mnie nie pociągały. Ot, takie to nijakie trochę. Mieściło się w tej samej kategorii co zbyt wilgotne, ciężkie i trochę zakalcowate ciasta typu "chlebki". Mogę upiec, ale tak sama z siebie to wybiorę coś innego. Rok 2011 jest inny - upływa mi między chlebkami a krajankami - pełnymi dodatków, po brzegi wyładowanych orzechami i owocami. Kiedy przyszedł sezon na moje ulubione z owoców - brzoskwinie, morele i wszystkie inne pestkowce-śliwkowce upycham je w te wypieki, których dopiero się uczę.
    Ta krajanka nie jest typowym wypiekiem typu "squares". Dzięki biszkoptowemu spodowi jest sycąca, ale nie zapychająca z powodu owoców wymieszanych z jogurtem. Od siebie dorzuciłam migdały  - połączenie idealne. Nie jest to na pewno popisowe ciasto którym można zdobyć serce wszystkich zebranych na przyjęciu. To raczej dobra rzecz do zjedzenia w towarzystwie bohaterów trylogii Stiega Larssona podczas bardzo deszczowego popołudnia.
    Ciasto:
    160g cukru* 
    2 łyżki mleka 
    3 rozbite jajka
    225g mąki pszennej 
    200g miękkiego masła
    1,5 łyżeczki proszku do pieczenia 
    Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Następnie dodać przesianą mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i stopniowo dodawać do masy, ciągle ucierając. Na końcu dodać jajka wymieszane z mlekiem, starannie połączyć masę aż do pozbycia się grudek. Formę o wymiarach 21x30cm wyłożyć papierem do pieczenia, wylać masę i równomiernie ją rozprowadzić.  Ciasto piec w 180°C przez 20-25 minut tak, aby lekko się zrumieniło, ale aby nie doprowadzić do zbrązowienia brzegów.
    Owoce:
    450-500g brzoskwiń
    150g jogurtu waniliowego 
    2 łyżeczki cukru waniliowego 
    Brzoskwinie obrać ze skórek i pozbawione pestek pokroić w grube plastry. Zasypać cukrem, połączyć z jogurtem. Owoce wyłożyć na podpieczone ciasto.
    Kruszonka
    25g zimnego masła
    3 czubate łyżki mąki pszennej
    3 czubate łyżki cukru demerara
    4 łyżki płatków migdałowych
    Masło, mąkę i cukier rozcierać w palcach aż do utworzenia się kruszonki. Posypać nią owoce, następnie na wierzchu posypać także płatkami migdałowymi. Tak przygotowane ciasto piec jeszcze przez 15-20 minut, aż do zrumienienia się kruszonki (lub do momentu gdy brzegi ciasta zaczną chwytać brązowy kolor - wtedy niezwłocznie trzeba wyciągnąć ciasto z piekarnika). Ostudzić i kroić w kwadraty lub dowolne formy geometryczne ;-)

    *160g cukru to ilość odpowiednia dla tych osób, które lubią słodkie wypieki naprawdę słodkie ;-) Polecałabym zmniejszenie tej ilości do ok. 100g, wtedy krajanka zachowa przyjemny balans. 

     

    Pomożecie?

    Dorosłym wystarcza piękny krajobraz.
    Kontemplacja misternych tworów Matki Natury pochłania ich na długie godziny. Fotografują. Widok. Siebie na tle widoku, znajomych na tle widoku, przelatujące ptaki, płynące leniwie po niebie obłoki.
    Dzieciom widoki nie dają wystarczającej satysfakcji.
    Dzieci potrzebują kolorów i miejsc, w których będą mogły się dobrze bawić.

    Dzisiaj bez przepisu. Dziś pytam was - Pomożecie?  
    Liczę na Was - i na każdy głos, który oddacie, wspomagając budowę placu zabaw w Solcu-Zdroju. Miejsce, w którym wychowała się moja Mama, które jest mi szczególnie bliskie i do którego zawsze wracam. Miejsce, dla którego zawsze mam zarezerwowaną pewną cząstkę mojego serca. Teraz bierze udział w konkursie z okazji setnych urodzin kremu Nivea, w którym nagrodą jest ufundowanie stu placów zabaw na terenie całej Polski.

    GŁOSY ODDAWAĆ MOŻNA POD TYM ADRESEM => klik! 
    możecie oddać JEDEN głos DZIENNIE. 

    Wiem, że do głosowania należy się zalogować. Wiem, że to wymaga niejako wysiłku. Jednak proszę - to tylko niecała minuta, a potem niecałe 30 sekund które poświęcicie na zagłosowanie. Może za to zmienić dużo w sposobie spędzania czasu przez najmniejszych mieszkańców miasteczka.  GŁOSOWANIE TRWA DO PAŹDZIERNIKA - MAMY ZATEM SZANSĘ PRZEBIĆ SIĘ DO PIERWSZEJ SETKI!!

    Z góry dziękuję za wszystkie oddane głosy. 
    Arven. 

    Gaz do dechy! ; muffinki Raffaello

    Lato się zbuntowało.
    Słońce się schowało, wiatr wyłamuje parasole a krople lodowatego płynu z nieba zawsze znajdą drogę aby spłynąć po tym miejscu tuż pod karkiem, które wywołuje nieprzyjemny dreszcz. Może jutro będzie ładniej? za każdym razem, gdy zaciągam rolety i zastanawiam się, jaka będzie jutro pogoda. Krótka nadzieja gdy o poranku łaskocze mnie w nos złośliwy promień słońca i szybkie rozczarowanie, gdy budzę się godzinę później i słyszę monotonny marsz kropel deszczu po blaszanym parapecie.
    Zaklinanie pogody nie jest moją mocną stroną. Prawie nigdy nie dostaję tego, o co proszę. Dlatego chociaż w kuchni mogę mieć tą pozorną kontrolę; trochę tropików w środku zimy (po horrendalnej cenie ale czego się nie robi dla zaspokojenia zachcianek) i orzeźwienia podczas letnich upałów. 
    Kiedy przychodzi lato, i to deszczowe lato, mam ochotę na coś, co idealnie łączy pragnienie wakacyjnych smaków z czymś sycącym i trochę rozgrzewającym zziębnięte lipcowym deszczem ciało. Tym są muffinki Raffaello - otulonym kruchym, wilgotnym ciastem migdałem pod czapką z lekkiego czekoladowego kremu. Tropikami i zimową krainą w jednym.
    Muffiny Raffaello /ok. 10 muffinów/ 
    1 jajko 
    90ml oleju 
    80g cukru
    250ml mleka 
    250g mąki pszennej
    1/2 łyżeczki sody 
    80g wiórek kokosowych 
    2 łyżeczki proszku do pieczenia 
    oraz migdały w ilości jeden do każdej muffiny
    Migdały zalać wrzącą wodą, zostawić na kilka minut. Po tym czasie ściągnąć brązowe skórki i delikatnie osuszyć. W jednej misce wymieszać jajko, olej i mleko (można także odrobinę esencji waniliowej). W drugiej mąkę, cukier, sodę, proszek do pieczenia i wiórki kokosowe. Wlać mokre składniki do suchych, kilkakrotnie wymieszać aby w cieście pozostały grudki. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, każdą wypełnić do około 2/3 wysokości ciastem i wetknąć do każdej muffiny po jednym sparzonym migdale, wciskając go głęboko w masę. Piec ok. 20-30 minut, do zrumienienia.
    Krem z białej czekolady
    cytuję za dorotus
     100g białej czekolady
    160ml śmietanki kremówki
    Śmietanę kremówkę ubić na sztywno, dodac do niej rozpuszczoną w kąpieli wodnej i ostudzoną białą czekoladę. Powoli wlewać ją do sztywnej śmietany, mieszać starannie do połączenia składników. Masę wstawić do lodówki na minimum pół godziny przed układaniem na muffinach.

    Aby krem nie spłynął z muffinek muszą one być całkiem wystudzone - najlepiej zrobić to w kilka godzin po wyciągnięciu muffinek z piekarnika. Gotowe, udekorowane kremem muffiny posypać po wierzchu wiórkami kokosowymi - i wciągać.