Ciasto na Nowy, lepszy (?) rok. Bogate ;-)

Przerwę międzyświąteczną w tym roku sponsoruje mi firma Toshiba, lokalny dostawca internetu oraz Georg Purvis, wraz ze swoją nieziemsko napisaną encyklopedią zespołu Queen. W międzyczasie mam wyrzuty sumienia, że zamiast uczyć się fonetyki, gramatyki opisowej i praktycznej zajmuję się przepisywaniem tego, co napisali już inni, ale w formie nawigowanej prezentacji (ha! konstruktywne użycie PowerPointa - praktyczne umiejętności zdobyte na filologii). A jak jestem sama w domu, chociaż przez chwilę, to paplam do wyimaginowanej publiki o ghost town w Prypeci i katastrofie w Czarnobylu. Po angielsku. (i to również jest częścią świątecznej pracy domowej). Między tym wszystkim były też święta, były prezenty, było śmiganie po stoku - w deszczu i nocą. Były niespodzianki, wiadomości złe i dobre, doświadczyłam też czegoś tak niezwykłego jak zagięcie czasoprzestrzeni! Bo jakoś mogłabym przysiąc, że dopiero był wtorek....
Pysznotka pojawia się u nas na każde święta (dla Taty główny punkt programu i największa ciastowa atrakcja ;) i wydaje mi się, że nadaje się idealnie również na Nowy Rok - w końcu na Sylwestra wszystko musi być najlepsze, największe i najbardziej...epickie? (hmm, odwiedzanie w międzyczasie 9gag powoduje wyraźne zubożenie zasobów słownictwa w języku ojczystym) A już na pewno najgłośniejsze. Nie ma imprezy gdzie tynk ze ścian nie leci i nie ma świętowania północy bez piętnastu minut nieustannego huku.
Więc placek też na bogato. Naprawdę na bogato. Bakaliowo, maślano i jeszcze lekko krucho ;)
Ciasto kruche:
400g mąki
200g margaryny
100g cukru pudru
2 łyżki kwaśnej śmietany
4 żółtka [białka zachować]
2 łyżeczki proszku do pieczenia
dodatkowo:
Słoiczek powideł śliwkowych
Z podanych składników zagnieść gładkie ciasto, odstawić na 30 minut do lodówki. Podzielić na dwie równe części, wylepić ciastem dużą blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (moja ma wymiary 35x24cm) i każdą część posmarować powidłami. 
Beza:
6 białek [4 z ciasta +2 dodatkowe]
3/4 szklanki cukru kryształu
Bakalie w ilościach dowolnych, adekwatnych do waszych upodobań - My najczęściej wrzucamy kolorowego kandyzowanego ananasa lub papaję, zawsze około 1/4 szklanki grubo posiekanych orzechów włoskich, rodzynek. Można spokojnie wrzucić też daktyle, posiekane suszone morele. 
Białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, następnie stopniowo dodawać cukier i ubijać do momentu, gdy kryształki przestaną zgrzytać. Wsypać bakalie i delikatnie je rozprowadzić w pianie. Masę z białek podzielić na pół, wyłożyć na kruchych plackach z powidłami i zapiekać przez ok. 45 minut.
Masa maślana:
3 jajka
100g masła
1/2 litra mleka
1/2 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
1 opakowanie cukru wanilinowego
W 1/4 litra mleka roztrzepać cukier, mąkę, cukier wanilinowy, jajka. Resztę mleka zagotować i na gotujące się wlać masę z cukrami, mąką i jajkami. Gotować na wolnym ogniu aż zgęstnieje, cały czas mieszając. Potem korzystając z miksera dodać miękkie masło i wmiksować je w masę. 

Ciasto montuje się dość prosto - upieczone placki z bezą przekładać masą maślaną i odstawić do stężenia. Kroi się najlepiej następnego dnia, smakuje - tuż po przełożeniu, ale przynajmniej jeśli ja je kroję to przypomina krajobraz po bitwie, a nie gustowny kawałek ciasta ;)



...wszystkiego, co najlepsze i najpiękniejsze.

...wreszcie nadeszły. Teraz pozostaje już tylko jutro upleść kilkanaście/kilkadziesiąt/kilkaset (niepotrzebne skreślić) pierogów/uszek, wietrzyć się na progu domu wypatrując pierwszej gwiazdki, popatrywać nerwowo w stronę piętrzących się pod drzewkiem kolorowych paczuszek...i po prostu odpocząć, ciesząc się czasem spędzonym z rodziną. Nadszedł czas, by wyciągnąć kopytka i usiąść na kanapie z talerzykiem pełnym własnoręcznie upieczonych placków. Nadszedł czas, by zregenerować siły po bieganinie ostatnich dni.
Posłuchajcie, jak to zwykle u mnie w tym sezonie, Queen, i zapomnijcie na trzy dni o diecie.
A jeśli coś idzie nie po Waszej myśli i macie wątpliwości...
 ;)



P.S. Wpadnijcie pojutrze pochwalić się, co znaleźliście pod choinką ;-)

Dla zapominalskich - pierniczki bez leżakowania (gingerbread men cookies)

Należycie do tych osób, które przygotowują pierniczki w listopadzie, układają je starannie z ćwiartkami jabłka w metalowych puszkach i czekają aż zmiękną na tyle, by polukrowane mogły stanowić jadalny prezent od serca? A może każdego grudnia przysięgacie sobie, że za rok na pewno upieczecie ciastka o stosownym czasie,by móc nimi kogoś obdarować? 
Jakby nie było - może potrzebujecie na gwałt przepisu na sprawdzone pierniczki, które będą gotowe do zjedzenia od razu po wyciągnięciu z piekarnika - a dzień po nie zamienią się w kamienie. Udekorowane sprawdzą się doskonale w roli prezentu, a całkiem nagie...można pochłaniać bezkarnie, bez wyrzutów sumienia że właśnie zjadło się małe dzieło sztuki ;)
Ciastka są banalnie proste w wykonaniu - przepis jest podobny do tego na klasyczne kruche ciastka, ale zawiera miód i Golden Syrup, które nadają wypiekom charakterystycznego smaku. Pomimo dodatku miodu ciasto nie twardnieje, lecz pozostaje kruche na zewnątrz i miękkie w środku.
Rozpropagowane przez twórców Shreka, Ciastki robią furorę nie tylko wśród dzieci, ale i nieco starszych wielbicieli - przygód Zielonego Stwora i słodkich, korzennych wypieków. Ciastkowe foremki kupiłam w Accessorize (tak. w sklepie z biżuterią :D) i tym samym stałam się posiadaczką całej ciastkowej rodziny ;)
Zwykle dekorowałam wypieki domowym lukrem, zrobionym z gorącej wody, cukru pudru i odrobiny soku z cytryny - tym razem jednak wyszedł mi jakiś niespecjalny, nie chciał tężeć i po kilku(nastu) udekorowanych ciastkach poddałam się. Kupiłam zwykły lukier i jakość pracy od razu podskoczyła w górę :D Ponadto do dekoracji użyłam cukrowych perełek i drobnych kolorowych bez. 


...a niektórym ciastkom fundujemy postrzał w głowę i wieszamy na choince ;)


Nie ma świąt bez Orzechowca!

Powrót do domu ze szkoły ostatniego dnia przed przerwą świąteczną miał zawsze kilka wspólnych mianowników - rokrocznie próg szkoły przekraczaliśmy wszyscy w niezwykle dobrych nastrojach, posileni paluszkami i barszczem z torebki (czasy podstawówki i gimnazjum) lub najlepszymi na świecie kluskami z makiem, które robiła specjalnie dla nas od 5 rano (!) moja koleżanka z Liceum. A kiedy już dotarłam do domu (który to powrót zwykle zajmował mi wtedy około godziny, bo przecież nie będziemy się widzieć TAK długo! a dla porównania, normalnie wracałam do domu minut pięć) to rokrocznie napotykałam na stole cienkie, miodowe blaty do orzechowca. Nie ma świąt bez Orzechowca, przynajmniej dla mnie. Odkąd pamiętam - od czasów podstawówki właśnie, co roku pojawiał się na naszym stole. Nie mam pojęcia co sprawiło, że tak bardzo polubiłam to ciasto. Być może fakt, że było takie "wyczekane" - potrzebowało dnia, a najlepiej dwóch żeby miodowe blaty zmiękły i ciasto się nie kruszyło przy krojeniu. O dziwo, kiedy miałam osiem czy dziewięć lat zachowanie spokoju i nie "sprawdzanie" czy też blaty już przypadkiem nie zmiękły szło mi lepiej niż teraz...Ciasto nie należy do tych najbardziej pracochłonnych - a nawet jeśli sprawi nieco kłopotu (można wyjść czasem z siebie przy wałkowaniu spodów) to zrekompensuje to smakiem. Stanowczo zachęcam - wprowadźcie nową tradycję świąteczną i zacznijcie piec Orzechowca ;)
Miodowe Blaty:
3 całe jajka
100g masła
100g miodu
1 szklanka cukru
750g mąki pszennej
4 łyżki kwaśnej śmietany
1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
Ze wszystkich składników zagnieść gładkie, błyszczące ciasto. Podzielić je na pięć równych części (najlepiej do tego użyć wagi). Przygotować duże blaszki, wykładając je papierem do pieczenia. Ciasto rozwałkować i wylepić nim blaszki - powstaną bardzo cienkie placki. Piec je przez ok. 8-10 minut do zrumienienia.
Masa:
100g masła
500ml mleka
1/2 szklanki cukru
16g cukru wanilinowego
5 czubatych łyżek kaszy manny
Mleko z cukrem i cukrem wanilinowym zagotować, wsypać kaszę mannę. Gotować przez chwilę aż zgęstnieje, następnie dodać pokrojone w kostkę masło i starannie je wmieszać w masę. Odstawić do przestygnięcia - najlepiej przekładać blaty letnią masą.
Polewa orzechowa:
120g masła
80g cukru
2 łyżki miodu
200g posiekanych orzechów
Masło, miód i cukier połączyć w rondelku, dosypać posiekane orzechy i połączyć. Prażyć przez dłuższą chwilę ciągle mieszając. Polewę wykładać należy gorącą.
Dodatkowo:
Słoik powideł śliwkowych

Ciasto przekładać w następujący sposób : ciasto -> powidła -> ciasto -> masa -> ciasto -> powidła -> ciasto -> masa -> gorąca polewa

Ciasto najlepiej smakuje kolejnego dnia, kiedy miodowe blaty zmiękną. 


-naście po raz przedostatni...Bardzo dekadencki tort czekoladowo-orzechowy

Czas jest brutalny. I ucieka. A im bardziej ucieka, tym częściej wszyscy dookoła nam powtarzają, żeby się tym zbytnio nie przejmować i wcale nie myśleć o tym upływie czasu. Nie wiem kiedy TO się stało, nie wiem kiedy upłynęło dziewiętnaście lat i nie zauważyłam momentu w którym nagle zauważam że jakoś tak się porobiło, że już nie jestem "tą najmłodszą". Młodsi ode mnie - co do niedawna brzmiało abstrakcyjnie - nagrywają płyty, piszą książki i robią kariery. Z wieloma rzeczami się godzę, ale nadal trudno mi jakoś się oswoić z nadmierną prędkością upływającego czasu. Jakby ktoś zdecydowanie za szybko wprawił machinę świata w ruch i z każdym rokiem jeszcze dodawał jej pędu. Zimą jest dużo (za dużo) czasu na takie myślenie. Zbyt długie wieczory, które się zaczynają tuż po piętnastej. Wtedy można usiąść. Z talerzykiem pełnym bardzo czekoladowego tortu. I myśleć.
Zauważyłam, że na anglojęzycznych stronach oraz u Nigelli bardzo popularne jest nazywanie tego typu, bogatych w czekoladę ciast "dekadenckimi". W tym przypadku jest to myślę całkowicie uzasadnione...
Tort orzechowo-czekoladowy
Biszkopt kakaowy:
5 jajek
1 szklanka cukru
2 łyżeczki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 budynie czekoladowe (na 0,5l mleka)
Budyń wsypać do szklanki razem z kakao, szklankę dopełnić mąką pszenną. Jajka rozdzielić - białka ubić na sztywno, dodając następnie cukier, a żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia. Podrośnięte żółtka dodać do ubitych białek, następnie dodać stopniowo przesianą mąkę z proszkiem budyniowym i kakao. Masą wypełnić tortownicę o średnicy 26cm, piec 30-35 minut. Następnie, gorący, wciąż w blaszce - rzucić na podłoże (rzecz jasne zabezpieczone kocem lub inną grubszą materią). Ponownie wstawić do piekarnika i pozostawić tam placek do ostygnięcia.
Biszkopt orzechowy:
4 jajka
2 łyżki bułki tartej
1/2 szklanki cukru
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
150g zmielonych orzechów włoskich
Białka ubić na sztywno z odrobiną soli, następnie dodać cukier. Żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia, lekko podrośnięte połączyć z ubitymi białkami. Dodać następnie mąkę, bułkę tartą, zmielone orzechy i starannie wymieszać. Masę wylać do tortownicy o średnicy 26cm, piec 25 minut, rzucić na podłoże, znów wstawić do piekarnika i pozostawić do ostygnięcia. 
Masa czekoladowa
100g masła
100g cukru pudru
300ml śmietany 36%
300g gorzkiej czekolady
Połamaną czekoladę, śmietankę, masło i cukier umieścić w rondelku, na małym ogniu rozpuścić i zagotować, stale mieszając by się nie przypaliła. Gdy masa zacznie bulgotać należy ją odstawić i pozostawić na całą noc (nie chować do lodówki). Kolejnego dnia jedynie zmiksować przed przełożeniem, nie dodając już żadnych dodatkowych składników.
Masa orzechowa
2 jajka
100g masła
1/2 szklanki cukru
3/4 szklanki śmietany 36%
150g zmielonych orzechów włoskich
Zagotować śmietanę z orzechami i cukrem na niewielkim ogniu. Następnie dodać ubite na pianę jajka, gotować przez dłuższą chwilę ciągle mieszając. Następnie dodać pokrojone w kostkę masło i gotować do całkowitego połączenia się składników.
Montaż tortu:
Kakaowy biszkopt przekroić na dwie części. Na pierwszym blacie, uprzednio skropiwszy go mocną kawą z dodatkiem alkoholu wysokoprocentowego rozsmarować masę orzechową. Biszkopt orzechowy posmarować z jednej strony cienką warstwą powideł śliwkowych, przyłożyć powidłami do masy orzechowej. Na biszkopt orzechowy wyłożyć masę czekoladową - pozostawiając nieco do pokrycia wierzchu tortu (o ile nie macie innej wizji artystycznej). Drugi czekoladowy blat posmarować resztą powideł (zużyć można cały słoik o ile ktoś ma ochotę) i przyłożyć go powidłami do masy czekoladowej. Tort z wierzchu wygładzić pozostałą masą czekoladową i odstawić na ok. godzinę w chłodne miejsce (nie do lodówki, o ile nie mamy tropikalnego upału w kuchni). 
I konsumować. Rozpływając się z zachwytu ;) Masa czekoladowa jest bezapelacyjnie najlepszą jaką kiedykolwiek jadłam. Nie jest zdecydowanie za słodka, anielsko lekka, puszysta, przypominająca konsystencją mus. Ideał.



Korvapuustit, niedobór zimy i turboprędkość.

Należę do tej niesamowitej, wyjątkowo nielicznej i odsuniętej na margines grupy społeczeństwa, która uwielbia zimę. Jest nas wyjątkowo niewiele, bo jakoś znaczna część ludzi uważa, że zima to tylko brudny śnieg, rower w piwnicy, zatłoczone autobusy i zmarznięte ręce. A technika poszła wprzód. Są podręczne termofory w pasiastych sweterkach. Są siłownie, jak brakuje roweru (choć to nie to samo, wiem). A sporty zimowe nie mają sobie równych - odkąd zaczęłam jeździć na desce nie mam już żadnego powodu by znielubić krótkie, zimowe dni, bo nawet po zmroku stoki są otwarte. Śnieg, śnieg, śnieg! Dużo śniegu, którego tak bardzo mi brakuje. Rok temu o tej porze (pięć najczęściej wypowiadanych przeze mnie słów) śniegu było po kolana. Przynajmniej u mnie. Zima za to to jeszcze cynamon. Pierniki. Lepkie, słodkie nadzienie zawinięte w miękkie, drożdżowe ciasto. Niczego więcej nie potrzeba do szczęścia. Rok temu piekłam klasyczne amerykańskie Cinnamon Rolls. W tym roku - fińskie Korvapuustit - co znaczy nic więcej jak "małe bułki w kształcie uszek" ;)
znalezione na blogu Elry
Ciasto:
300g mąki
50g cukru pudru
7g suchych drożdży
120ml letniej wody
1/2 łyżeczki soli 
60g niesolonego masła
1 duże rozbite jajko +żółtko
Nadzienie:
50g brązowego cukru
60g niesolonego masła
1 łyżka cynamonu (zawsze daję ok. 2)
Glazura:
1 rozbite jajko +1 łyżka mleka
Drożdże wymieszać w letniej wodzie i pozostawić na pięć minut. Masło rozpuścić i ostudzić, lekko przestudzone dodać do drożdży, następnie dodawać masło, jajka, sól i stopniowo dodawać mąkę. Wyrobić gładkie, nieklejące się ciasto - niekoniecznie zużywając całe 300g mąki. Ciasto zawinąć w folię, odstawić na przynajmniej 2 godziny do wyrośnięcia. Po tym czasie wyłożyć je na oprószoną mąką powierzchnię i rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 30x60 cm.
Masło, którego użyjemy do nadzienia powinno być miękkie, ale zdecydowanie nie płynne. Należy je rozsmarować równomiernie na cieście a następnie posypać cukrem wymieszanym z cynamonem. Ciasto zwinąć, zaczynając od dłuższej krawędzi i przeciąć na ok. 12 równych części, tnąc po skosie (tak aby powstałe bułeczki z jednej strony były szersze, a z drugiej wąskie). Następnie, używając np. drewnianej okrągłej rączki od łyżki, przycisnąć środek każdej bułki tak, aby brzegi się podniosły tworząc coś na rodzaj uszu. Bułeczki wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i pozostawić na 40 minut do wyrośnięcia. 
Przed pieczeniem każdą z bułeczek posmarować delikatnie przygotowaną glazurą, posypać perłowym cukrem i piec 8-10 minut w temperaturze (jak mówią w przepisie) 200°C. 

Nie gwarantuję, że perspektywa takich bułeczek posiadanych w kuchni i tylko czekających, by je zabrać ze sobą na drugie śniadanie wygna Was z łóżka od razu po pierwszym sygnale budzika. A jeśli nie...no cóż. Zróbcie to, co ja i Homer Simpson robimy codziennie! 
źródło - otchłanie tumblr.

Ciastka w oczekiwaniu na zimę.

Nie ma chyba niczego gorszego od nocy w towarzystwie perkusisty ukrytego w okolicach potylicznych Twojej głowy, zatkanego - a jednocześnie, o zgrozo, cieknącego - nosa oraz odgłosów zepsutego Trabanta wydawanych przez płuca, oskrzela i caały układ oddechowy. A nie - jeszcze warto dorzucić załzawione, piekące oczy i wrażenie, że temperatura zaraz rozsadzi Ci czaszkę, choć termometr wskazuje na książkowe 36,6. Spędziłam wyjątkowo długą godzinę - od trzeciej do niemal czwartej nad ranem, wisząc to głową w dół, to znów zwieszając nogi poza łóżko. Z tego kwadrans spędziłam na dywagowaniu czy warto wstać po termometr i przekonać się, czy mam gorączkę. Potem piętnaście minut delektowałam się gwizdem zimowego wiatru i stwierdziłam, że na pewno zaczyna padać śnieg. Coby sobie nie zepsuć niespodzianki, po drodze po termometr nie wyjrzałam przez okno - bo miło będzie rano podnieść rolety i stwierdzić że pada. Śnieg. 
Ale wstałam rano, i chociaż nadal trochę wiało - podniesienie rolety przyniosło rozczarowanie. Śniegu nie było. Nie wiem czemu aż tak bardzo na niego czekam, bo marznięcie na przystankach już teraz jest wyjątkowo uporczywe i muszę poruszać palcami u stóp jadąc autobusem, bo ostatnio trafiam na same nieogrzewane pojazdy. 
Chociaż nie, chyba wiem. Wczoraj, z głosem przyduszonego buldoga i w krótkiej przerwie między kichnięciami miałam jeszcze siłę pytać kiedy otworzą stoki ;)
W oczekiwaniu na zimę zatem - klasyczne amoniaczki. Od siebie dodam - poniżej podane proporcje "wystarczają" na upieczenie sześciu blach ciastek. Naprawdę wielu ciastek.
5 jajek
1,5 kg mąki
200g margaryny
2 szklanki cukru
1 szklanka śmietany 18%
50g amoniaku (tak, całe jedno opakowanie ;) 
Pięć całych jajek, amoniak, cukier i śmietanę wymieszać razem w misce (można ewentualnie dodać również garstkę mąki). Zaczyn pozostawić na noc. Następnego dnia pieczenie zacząć od połączenia posiekanej margaryny z mąką, a następnie dodać zaczyn z amoniakiem. Wyrobić gładkie ciasto, wykrawać ciasteczka i piec na złoty kolor na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

No to sto. I jedziem dalej!

100 postów. Ponad 200 obserwatorów. Niespełna 200 fanów strony na facebooku. Półtora roku.
Z jednej strony żadne wydarzenie, w końcu pisze się te posty i nie przywiązuje wagi do cyferek. Z drugiej strony, znaczy to że zostawiłam tutaj na blogu solidny kawałek historii. Upiekłam dziesiątki muffinek, ciast, nieco mniej ciastek. Wypiekłam kilogramy mąki, zużyłam nieprzyzwoite ilości masła, usiadłam do laptopa przynajmniej sto razy o najdziwniejszych porach dnia i nocy a przede wszystkim - oddałam temu miejscu niezwykłą część swojego serca. 
Od momentu pojawienia się pierwszych, nieśmiałych prób blogowania i marnych zdjęć do miejsca w którym jestem teraz upłynęło półtora roku. A ja nie jestem już na pewno tą samą osobą, której zrodził się w głowie szatański pomysł założenia bloga w momencie gdy nastąpiła gwałtowna ekspansja kulinarnej blogosfery ;)
Na setny post - cupcake. Częstujcie się - i dziękuję, że jesteście :)
Karmelizowane jabłka:
400g jabłek
70g masła
1/2 szklanki cukru
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki cynamonu
Masło rozpuścić z cukrem na niewielkim ogniu. Podgrzewać aż zacznie delikatnie brązowieć. Jabłka obrać, pokroić w niewielką kostkę i wrzucić do karmelu. Dusić przez dłuższą chwilę aż lekko zmiękną. 
Muffiny:
jajko
90ml oleju
100g cukru
250ml mleka
1/2 łyżeczki sody
250g pszennej mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
W jednej misce wymieszać mąkę, sodę, proszek do pieczenia i cukier. W drugiej rozbić jajko, połączyć z mlekiem i olejem. Mokre składniki wlać do suchych i niedbale wymieszać, pozostawiając w masie grudy. Przygotować formę na 6 muffinek, wykładając ją papilotkami. Wypełnić je do 1/3 wysokości ciastem, następnie umieścić około łyżki karmelizowanych jabłek na środku babeczki. Zalać jabłka ciastem do nieco więcej niż 3/4 wysokości. Muffiny piec przez ok. 20-25 minut kontrolując stopień przypieczenia. Pozostawić do całkowitego wystygnięcia.
Karmelowy serek
50g masła
1/2 szklanki cukru
100ml śmietanki 30%
200g serka śmietankowego (np. Philadelphia)
Karmel przygotowujemy podobnie jak ten do karmelizowanych jabłek - cukier i masło rozpuścić na patelni, odczekać aż zacznie nabierać głębokiej, miodowej barwy i   wtedy dolać śmietankę, nieustannie mieszając. Nawet jeśli cukier znów się skrystalizuje tworząc grudki, późniejsze podgrzewanie karmelu spowoduje, że ponownie się rozpuszczą. Sam proces wlewania śmietanki do gorącego karmelu przebiega dość gwałtownie, więc radzę uważać ;) Karmel pozostawić na dłuższą chwilę do ostygnięcia. Następnie cztery-pięć łyżek karmelu wymieszać z serkiem (tak, aby powstała masa lekko słona w smaku, przełamana słodyczą karmelu), a część karmelu pozostawić do dekoracji. Wystudzone muffiny udekorować masą z serka, a potem karmelem. O dziwo - najlepiej smakują kolejnego dnia. Jeśli chcecie podać je drugiego dnia, przechowujcie same muffiny w temperaturze pokojowej, a krem w lodówce. 

P.S. Dziękuję bardzo za wyróżnienia - tych faktów trochę zebrałam w poście poświęconym One Lovely Blog Award w lipcu tego roku -> klik! i wszelkie próby dogrzebania się do faktów jeszcze nie znanych byłyby po prostu przejawem megalomanii ;-)


Le świeży chleb. Chrup chrup. Me gusta.

Dźwięk chrupania jest najwspanialszym na świecie. No dobra, może po AC/DC. Ale tam też trochę chrupią.
Nie ma niczego przyjemniejszego od chrupiącego, świeżego chleba. Koniecznie jeszcze ciepłego, bo "nie jedz ciepłego chleba, bo będzie cię brzuch bolał!" brzmiące rykoszetem w głowie sprawia, że smakuje jeszcze lepiej. Nie tylko smakuje, ale jeszcze chrupie. Po prostu pełen serwis. 
Świeży śnieg, lub świerzy śnieg. Tu też są dwa przyjemne momenty. Pierwszy, kiedy odsłaniasz zasłony/podnosisz rolety/wstajesz z łóżka i widzisz tą niezwykłą jasność na zewnątrz. I okazuje się, że wynika z niczego innego jak z jeszcze cienkiej ale nieskalanej piachem, żwirem ani śladami stóp warstewki śniegu. A potem wychodzisz na zewnątrz i mróz powoduje, że z każdym krokiem śnieg wydaje charakterystyczne skrzypienie. Lub chrupanie. Chrup chrup. Zupełnie jak na tej grafice ;) Klik! Me gusta.
Chrupie też śnieg pod snowboardem. I na moment, kiedy znów go usłyszę czekam od jakiś trzech tygodni każdego dnia. Myślę sobie, że chcę JUŻ na stok. Chcę już stanąć u szczytu stoku i przechylić ciało, słysząc pod deską skrzypienie śniegu. W chwili gdy pokonujesz pierwszy opór i zaczynasz jechać, nie ma już skrzypienia. Jest jednostajny szum. Bardziej lubię ten moment, w którym wszystko się zaczyna. 
Ostatnio role się odwróciły. Październik upłynął mi pod znakiem niemocy twórczej. Bieganina, pierwsze kolokwia, panika, nerwy. Kiedy wracałam do domu myślałam tylko o tym, że mam do zrobienia to to i tamto. Piekłam mało, za to zawsze kiedy przyjeżdżałam na weekend czekało na mnie coś słodkiego. Dzisiaj rano za to Mama upiekła mi chleb. No, ja też miałam czynny udział. Wymieszałam suche składniki ;) To doskonały chleb dla niecierpliwych - rośnie 15 minut, a nie da się przy nim nawet ubrudzić rąk. Zapach jest boski. Chrupanie przy pierwszej, gorącej kromce - jeszcze lepsze. 
1kg +3 szklanki mąki
3 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
garść otrąb pszennych
po 2 garście ziaren słonecznika i pestek dyni
5dkg drożdży rozpuszczonych w niewielkiej ilości letniej wody
1-2 łyżki octu
1 litr ciepłej wody
W dużej misce wymieszać drewnianą łyżką mąkę, ziarna słonecznika, pestki dyni, otręby, sól i cukier. Drożdże rozpuszczone w niewielkiej ilości wody dodać niewyrośnięte do mąki, a następnie dodać jeszcze ocet. Masę zalać ciepłą - nie gorącą! - wodą. Składniki wymieszać razem drewnianą łyżką aż do dokładnego połączenia. Ciasto zostawić w misce (równie dobrze się sprawdzi pokaźnych rozmiarów garnek) i nakryte czystą, suchą ściereczką odstawić na 15 minut do wyrośnięcia. Ciasto odgazować i podzielić na dwie części. Dwie keksówki natłuścić i przełożyć do blaszek, dociskając je delikatnie do dna. Umoczoną w czystej wodzie dłonią wygładzić powierzchnię chleba (dzięki czemu utworzy się chrupiąca skórka). Włożyć niewyrośnięte do piekarnika, piec ok. 1 godziny. Regularnie kontrolować stan wypieczenia skórki, bo potrafi w ciągu sekund się solidnie przypiec. Jeśli zanadto się przyrumieni, a chleb nie będzie wydawał pustego odgłosu gdy się go postuka, przykryć wierzch folią aluminiową i kontynuować pieczenie.

I krótki morał na koniec...
źródło : we heart it

Makowe krakersy. Na wynos.

Człowiekowi się wydaje, że nawet jak pojedzie do dużego miasta i nagle powrót do domu będzie trwał godzinę, to i tak będzie miał czas na przygotowywanie jedzenia.
Życie natomiast ma to do siebie, że bardzo szybko weryfikuje rozmaite "wydawaniasię". Nagle docenia się wszystko, co można zapakować w papierową torebkę, wrzucić do torby i wyciągnąć w jakiejś-tam chwili przerwy. Na przykład gdy autobus był tak załadowany, że szpilki nie wetkniesz i stoisz na przystanku czekając na kolejny. Albo, dajmy na to, tenże autobus właśnie odjechał. W takich sytuacjach, zwłaszcza gdy zbliżają się godziny szczytu a człowiek od rana podtrzymywany jest przy życiu krakowskim obwarzankiem, myśli koncentrują się w okolicach pierogów, ciepłych zup, misek pełnych makaronu z sosem pomidorowym i wszystkiego, co powszechnie jest uznawane za comfort food. A w zasięgu wzroku tylko obwarzanki. Precle. I jeszcze więcej obwarzanków. I wtedy dobrze jest odsunąć torbę i wyciągnąć sobie coś swojego. Na przykład takie krakersy. Raczej nie rozgrzeją. Ale za to doskonale nadają się do chrupania w towarzystwie ;-)
1 łyżka cukru
1 łyżka masła
1 łyżka ziaren maku
3 łyżki mleka
3 łyżki śmietany 12%
160g mąki pszennej
1/4 łyżeczki soli
oraz:
1 łyżka mleka +1 łyżka śmietany 12%
 Przesianą mąkę pszenną wymieszać z solą, makiem i cukrem. Dodać roztarte w palcach masło i delikatnie wymieszać. Następnie dodać ziarna maku, mieszaninę złożoną z trzech łyżek mleka i trzech łyżek śmietany. Zagnieść gładkie, twarde ciasto i wyłożyć je na oprószoną mąką stolnicę.Ciasto rozwałkować na średniej grubości prostokąt, wykroić z niego kwadraty (krakersy będą takiej grubości, jakiej jest ciasto - niewiele urosną w trakcie pieczenia). Krakersy przenieść na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Przygotować glazurę - jedną łyżkę śmietany wymieszać z łyżką mleka. Posmarować nią krakersy i posypać gruboziarnistą solą. A jeśli gruboziarnista akurat wyszła, to zwykła też da radę. Nie będzie wyglądała tak uroczo, ale smakowo wyjdzie na to samo ;) Krakersy piec przez ok. 20 minut, do chwili gdy się zrumienią. Warto do nich zaglądać, bo przypalone stają się dosyć twarde.

Dyniowe debiuty i spacer po podświadomości.


Jesień jest piękna. Wyjątkowo w tym roku łaskawa.
Ciepłe powietrze porusza wciąż pełnymi różnobarwnych liści koronami drzew. Tyle tych liści na chodnikach, nieuprzątniętych, póki jest sucho - szeleszczących pod nogami i zgrabnie otulających cały brud na kostce brukowej i trawnikach. W lesie jesień jest jeszcze piękniejsza - szczególnie w mieszanym. Polany niczym złociste dywany przetykane jaskrawą czerwienią, ostatnie promienie ciepłego słońca i zapach wciąż rozgrzanych drzew iglastych. Resztki lata, te ostatnie podrygi, z jesienią w jej najpiękniejszym czasie. Spacerowałam przez ten las, w grubym wełnianym swetrze i długim szaliku, którego frędzlowaty koniec powiewał gdy biegłam w stronę słońca.
A potem rozległa się budzikowa melodyjka.
I kiedy uchyliłam niepewnie jedną powiekę, nie było słońca. Ani światła. Ani liści. Właściwie to nie było nic, bo o 5:30 - przynajmniej w mojej strefie czasowej - jest środek nocy. A jednak dzisiaj, stopniowo przesuwając się coraz bliżej krawędzi łóżka celem zmuszenia się do wstania, rozpoczęłam o tej nieludzkiej porze dzień. I udałam się, a jakże, przez pół miasta na Szkolenie Biblioteczne. A w drodze doszłam do wniosku, że gdybym miała normalnie zajęcia tam gdzie dziś, i zawsze o ósmej rano, to moja kariera akademicka ległaby w gruzach. Głównie z powodu tragicznych deficytów snu.
Z makaronem ma to niewiele wspólnego. A w ogóle, to jak na makaron przystało jest mało fotogeniczny. To danie z gatunku tych, które po kryjomu wyjadasz w postaci półgotowej, zanim dodasz wszystkie potrzebne przyprawy, a potem nie potrafisz zrobić mu zdjęcia, bo jest totalnie niefotogeniczne.
Taki jest ten makaron. Nie zrobicie mu ładnego zdjęcia. Ale połowę wyjecie z durszlaka tuż po odcedzeniu, kiedy jeszcze parzy w usta.
Makaron z dynią
(za przepisem ursbak, wyszukanym przez moją Mamę)
750g mąki pszennej
250g puree z dyni
5 jaj
Miąższ dyni kroimy na kawałki, dusimy na małym ogniu aż zmięknie i traktujemy blenderem do powstania gładkiej masy. Do miski wsypujemy mąkę, w zagłębienie wbijamy jajka i dodajemy dynię. Zarobić ciasto, które docelowo powinno być gładkie, sprężyste ale nie twarde. Kroimy je w dowolny kształt - mnie najbardziej pasowało tagliatelle. Gotujemy krótko w osolonej wodzie i wykorzystujemy jako bazę do sosów, bądź - najlepiej - zjadamy po prostu z masłem. 


A tak off topic:
Gdańsk poza blog forum można zwiedzić ze mną tutaj ;)

Niewidocznie. Blog Forum Gdańsk.

18 godzin w autobusie, 48 najszybszych w życiu godzin w Gdańsku, pełne 12 godzin snu w sztywnej hotelowej pościeli i spacery o ósmej rano po starówce, pan przewodnik po Stoczni który chciał mnie na siłę wysłać na wycieczkę i najbardziej pozytywnie zakręcony hostel w którym byłam.
I Blog Forum, na które się wybrałam, a wymieniam na końcu.
Wracając układałam w myślach tekst. Co napiszę, w jakiej kolejności, o czym, tu ironicznie, tu z żalem.
Siadając teraz, przy wybranych zdjęciach i z chwilą wolnego czasu który mogę poświęcić w końcu na napisanie posta (dzięki któremu dowiecie się przy okazji, że żyję i mam się nieźle, choć wychodzę z domu o 9 i wracam o 20) nagle nie wiem, co mam napisać.
Było fajnie? Banalnie.
Panele i dyskusje w których brałam udział były ciekawe, jasne. Poza, o czym wspomnieli już wszyscy, wykładem inauguracyjnym którego autorką była Rebecca Blood. Nie wiem dlaczego, ale brnęłam przez ten wykład w towarzystwie Asi jak przez coś wyjątkowo męczącego i nie mogłam się powstrzymać od spoglądania na zegarek. Wiem, to niekulturalne. Blogowy Hyde Park uważam za dobrą ideę, można skojarzyć osobę z prowadzoną przez nią stroną i to Ty - jako autor, masz wpływ na to w jaki sposób będą postrzegać Twój blog po prezentacji. 
Mogłabym wylewać tutaj żale na temat postrzegania blogerek kulinarnych jako pomniejszej, niezbyt istotnej grupy blogującej o mydle i powidle, niczym, że być może mamy nieco ograniczone horyzonty myślowe itd. Odniosłam nieprzyjemne wrażenie że traktuje się nas mniej poważnie aniżeli blogerów zajmujących się recenzjami iPadów, iPhonów i kontaktujących się ze sobą wyłącznie przez facebooka - trudno. Może jeszcze zbyt wiele spraw biorę do siebie. Ale żali nie będzie, bo nawet jeśli przez konferencję przeszłam niewidoczna i nie zaznaczyłam w żaden super-znaczący sposób swojej obecności, to zebrałam pewne przeżycia, wywłóczyłam się po Gdańsku, spędziłam cudowny weekend i kupiłam kolejny magnes na lodówkę do kolekcji "magnesów z miejsc odwiedzonych".
Może jestem za młoda.
Może jednak zbyt kontaktowa, otwarta, może wręcz natrętna w próbach poznania nowych ludzi.
Może już mam to do siebie, że tak szybko jak energicznie zawieram nowe znajomości, równie prędko wyparowuję z pamięci. 
Bywa.
Organizacyjnie należą się wielkie ukłony w stronę miasta Gdańsk. Moim zdaniem - perfekcja w każdym calu. Wybrane miejsce również mnie zaskoczyło, patrząc na zdjęcia w Internecie raczej nie spodziewałam się szału, a szał był - w środku. Naprawdę ciekawa miejscówka, choć nadal ciągnęło mnie w stronę Stoczni :P Bardzo podobała mi się też otwarta postawa krążących po konferencji osób odpowiedzialnych za organizację, przyjmujących wszystkie sugestie i będących nastawionych w stosunku do nas i naszej opinii z ciekawością. Minus? No, tutaj już bardziej zabawnie, schody. Jeśli kiedykolwiek będziecie uczestniczyć po miesiącach bezczynności w zajęciach ze stepu, dopilnujcie byście kolejnego dnia nie byli zmuszeni do wspinania się po dziesiątkach schodków. 
Wspomniana wyżej Rebecca, która była chyba najsłabszym punktem całego programu konferencji. Obronną ręką wyszły wszelkiej maści "ringi" dla mnie opinie bardzo ciekawe, budujące, chociaż z ringiem miało to, jak ktoś napisał, niewiele wspólnego. Przekazywane treści były określone przez jakieś granice i to było nieco odczuwalne - ale poruszana tematyka w przeważającej części ciekawa, poparta dobrą i solidną argumentacją w większości przypadków słusznie wybranych prelegentów.
Prelegentka Ewelina bardzo na plus. Obrona i atak godne pozazdroszczenia ;)
Dzień II zaczęłam od spaceru po Gdańsku i na konferencję dotarłam już po prelekcji Rafała Bryndala (czego teraz sama nie wiem czy żałuję czy nie), ale za to trafiłam na ring ze Skibą w roli głównej. Miłe zaskoczenie.
Dla mnie najbardziej atrakcyjnym punktem programu były warsztaty fotografii kulinarnej. Masa cennych porad, dotyczących zarówno stylizacji jak i używania światła, wypunktowanie najpopularniejszych błędów (dobrze swoją drogą wiedzieć co człowiek zrobił nie tak przy zdjęciach które uważał za idealne ;-) ). Z miejsca pozdrawiam Beatę i Lubo, niezwykłe ciepłe, otwarte i gotowe do dzielenia się swoją wiedzą osoby. To była dla mnie pierwsza okazja do pracy w warunkach studyjnych i przyznam, że było mi na początku dość nieswojo ale potem...efekt ostateczny wyszedł zadowalający i jak dla mnie, jest bardzo w porządku ;) Miejsca pracy:
GD
Jestem BTF

Nie jechałam osiemnaście godzin by mieć o czym opowiadać, wieczór integracyjny przespałam w hotelowym łóżku odbijając sobie kompletnie zarwaną noc poprzednią, zaskakująco wiele szczegółów uciekło mi po drodze z pamięci zanim zdołałam je zapisać. Dziękuję - za osobiste zaproszenie, za to że pomimo pierwotnej odmowy jednak dostałam miejsce gdy zdecydowałam się pojechać, za wspólne pchanie do autobusu w towarzystwie Kuchareczki, a panu który siedział w autobusie za mną - za kameralny koncert chrapania o trzeciej nad ranem. 

Do rychłego usłyszenia - tym razem będzie pewnie bardziej kulinarnie, bo w kwestii BFG to mogę tylko wspomnieć o nieprzyzwoicie dobrych ciastkach francuskich. 

Pierwszy deszczowy weekend. Ryżowy pudding z jabłkami.

Przez cały tydzień jesień wysyłała sprzeczne komunikaty - o poranku, by lepiej się ubrać w płaszcz niż cienką kurtkę. W południe, by rozbierać się do rosołu i denerwować, że musimy ten płaszcz ze sobą wszędzie targać. Dzisiaj od rana postawiła sprawę jasno, fundując pierwszy deszczowy weekend. Od rana siąpiło. A kiedy biegłam do szkoły, upychając w torbie nieco rozmoknięte wydanie Metra lodowate krople deszczu wpadały mi wprost za kołnierz płaszcza, wędrując wraz z dreszczami po plecach. I lało przez cały dzień, co jakiś czas zmieniając tylko intensywność. Lubię deszcz.
Albo inaczej - lubię go, gdy jestem u siebie w domu. Lubiłam, kiedy miałam do szkoły trzy minuty piechotą. I głównie obserwowałam go z okna. Teraz uczestniczę w WUPP (Wielkomiejska Ucieczka Przed Deszczem) co objawia się sprintem w wysokich obcasach po wyślizganym bruku na Karmelickiej (auć) i jazdą w tramwajach tak ekstremalnie zapchanych, że z chwilą gdy wsiadają kolejne tłumy na przystanku człowiek się zastanawia, czy też pojazd ten w ogóle ruszy teraz z miejsca. W czwartek - wczorajszy, ciepły i słoneczny czwartek, kiedy nawet cienką kurtkę porzuciłam na rzecz marynarki - cały dzień miałam ochotę na ryż na mleku. Zapiekany z jesiennymi, cynamonowymi jabłkami. Dzisiaj, pod galerią, ktoś wetknął mi w dłoń, tak jak i setkom pozostałych przechodniów, jabłko z etykietką Tymbarku. Mała rzecz, a cieszy w pierwszy deszczowy piątek tej jesieni.
200g ryżu 
750ml mleka
1 laska wanilii
1 łyżka masła
6 łyżek cukru 
4 słodkie jabłka
2 łyżki cynamonu
Ryż wysypać na sitko i starannie przepłukać go kilka razy do momentu, gdy woda z płukania będzie czysta. Następnie przesypać go do rondelka, zalać mlekiem, dodać 4 łyżki cukru i laskę wanilii. Ryż gotować do miękkości, regularnie go mieszając co kilka minut by nie przywarł do dna garnuszka. W tym czasie przygotować jabłka - obrane ze skórki zetrzeć na tarce o grubych oczkach, wymieszać z cynamonem i dwiema łyżkami cukru. Formę żaroodporną wysmarować masłem, wyłożyć na spód połowę ryżu, następnie całość jabłek i drugą część ryżu. Zapiekać w piekarniku przez 15-25minut.

Od wczoraj mamy jesień!? Gruszki, orzechy i serek w deserze na jesienny wieczór...

 Budzę się tuż po szóstej, po czterech godzinach snu. W pokoju półmrok. Kiedy latem wstawałam czasem o piątej by napić się wody, nie musiałam potykać się o wszystkie sprzęty. Słońce było wtedy już na tyle wysoko, że w kuchni panoszyły się pierwsze promienie słońca. Dni są coraz krótsze i trudno się pogodzić  z nadciągającą jesienią. 
Wróć! Od wczoraj mamy właśnie kalendarzową jesień...
Nie powinny więc dziwić ani pierwsze kolorowe liście. Ani coraz krótszy dzień i mętny, pogrążony w mgle poranek. Dni nie pachną już rozgrzanym asfaltem i uwięzionymi w zbyt małej przestrzeni spalinami. Pachną palone liście, a okolice ogródków działkowych zasnute są leniwym dymem, który pachnie TAK charakterystycznie tylko raz do roku. Na przełomie lata i jesieni. 
Pamiętaliście w ogóle o tym pierwszym dniu jesieni? Ja nie. Od momentu gdy człowieka nie zmuszają już do powtarzania wykutych na pamięć (wówczas najważniejszych na świecie) czterech dat rozpoczęcia kalendarzowych pór roku zacierają się granice. Dla mnie lato przecież powinno wciąż trwać, bo mam wakacje. Dziwię się zatem, pomimo zdrowego rozsądku, gdy wstaję rano i nie widzę za oknem szalejącego o dziewiątej rano upału. Teraz za to zaczynają się pojawiać wszystkie skarby jesieni - dostałam wczoraj torbę wielkich jak piłki do golfa orzechów włoskich. Są gruszki, jabłka i śmiesznie tani winogron. Jeszcze trochę i w sklepach żurawina znów będzie po 14zł za kilogram i będę ją dodawać do wszystkiego co przygotowuję. Kończą się arbuzy, których mam w tym roku niedosyt. Za mało.
Dzisiaj pieczone gruszki - zawsze pieczone owoce kojarzyły mi się z jesienią, gdy wyciągałam wieczorami blaszkę pełną pomarszczonych jabłek wypełnionych łyżeczką miodu i orzechem włoskim. Ostatnio spróbowałam z gruszkami i serkiem typu ricotta - dodając też od siebie orzech na dno. Boskie. 

2 łyżki miodu 
2 dojrzałe gruszki
110g serka ricotta
4 całe połówki orzecha włoskiego 
+ 2 łyżki miodu i łyżeczka cynamonu do posypania 
 Gruszki umyć, przeciąć wzdłuż na pół i wyciąć gniazda nasienne. Powstałe zagłębienia delikatnie powiększyć tak, aby nie przebić skórki. Serek ricotta rozgnieść z miodem. W dołku umieścić połówkę orzecha i wypełnić otwór serkiem (przyjmijmy wersję "na bogato" ;-) ). Gruszki umieścić w naczyniu żaroodpornym i polać po wierzchu miodem oraz posypać cynamonem. Zapiekać ok. 15-25 minut do momentu, gdy stracą jędrność a serek się zrumieni.