Nigella vs. polski sport ; Tosty z masłem orzechowym i bananem

Dla większości mieszkańców Polski, przynajmniej tych którzy świadomie przeżywali tzw. Małyszomanię, połączenie bułka+banan zapala w głowie neon z napisem "skoki narciarskie". Kiedyś, oglądając kątem oka Nigellę przyuważyłam tosty z bananem (pierwsza reakcja - pfuj) i masłem orzechowym (druga reakcja - mam w domu chleb tostowy??). Robiąc je, pomyślałam sobie, że skoczek narciarski raczej by tego nie zjadł (kalorie kalorie) ale np. ktoś kto rąbie zawodowo drzewo miałby z tego śniadania wspaniałą bazę energetyczno-tłuszczową na niemal cały dzień. Ja nie rąbię drzewa. Ani nawet nie uprawiam zawodowo sportu, chociaż i przez tą fazę w swoim życiu przechodziłam i swego czasu należałam nawet do sekcji pływackiej. Nie przepadam też (shame on me) za Elvisem, którego podobno ulubionym tostem była właśnie ta kanapka. Ale uwielbiam masło orzechowe. I tosty. Na słodko i na słono...
Tosty z masłem orzechowym i bananem /porcja dla 1 osoby/
2 kromki pszennego chleba tostowego
Łyżka masła orzechowego
Łyżka masła 
1 średni banan
Chleb tostowy lekko podpiec w tosterze. Posmarować obie kromki masłem orzechowym, na tym ułożyć pokrojonego w plasterki banana. Tost posmarować z obu stron masłem i usmażyć na złoto na teflonowej patelni.
P.S. Wybaczcie ilość zdjęć, były wyjątkowo fotogeniczne :-)

Wesołych świąt!

Mam nadzieję, że spędzicie te święta dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliście.
Bez zbędnych konfliktów, niedopowiedzeń.
Mam nadzieję, że na Waszym świątecznym stole niczego nie zabraknie...
...a już na pewno, że nie zabraknie pod choinką pakunków z Waszym imieniem ;)
Życzę Wam przede wszystkim zdrowia, bo bez niego brak jest sił, aby realizować dalsze plany.
Konsekwencji w dążeniu do celu, nawet jeśli droga do niego jest długa i wyboista.
W tym nowym, nadchodzącym roku życzę Wam spełnienia marzeń
- ale nie wszystkich. Niech zawsze pozostanie to jedno, którego spełnienie będzie nadawało sens życiu w chwilach, gdy dopadnie Was kompletne zwątpienie.
I życzę Wam przebojowego wejścia w Nowy Rok - nawet nieco chwiejnym krokiem ;)

P.S. Przy tej okazji chciałam podziękować Wam wszystkim, którzy wspierają mnie Tutaj i współtworzą mojego bloga. Gdyby nie Wy, już dawno bym zrezygnowała. Nadajecie sens tym wszystkim działaniom, bo nawet pasja niewiele jest w stanie zdziałać, gdy jej efekty trafiają w próżnię. 

Ożesz...orzeszki!

Jakie smaki łączycie bezpośrednio ze świętami?
Pokolenie dorastające za czasów PRLu najczęściej przywołuje pomarańcze. Inni czekoladę. Niektórzy wolą śledzie, karpia, barszcz, grzybową albo postne pierogi. 
W moim domu podczas świątecznych przygotowań orzechy są przetwarzane w ilościach powszechnie uznawanych za hurtowe. Właściwie w każdym wypieku znajduje się orzechowy akcent (chociaż o to akurat nietrudno, bo pieczemy jak i gotujemy niewiele - do 300 pierniczków czy 400 pierogów nam daleeko) i dlatego jedną z pierwszych rzeczy które przychodzą mi do głowy na myśl o świętach są właśnie orzechy. 
Orzeszki, kiedy posiada się już właściwą formę, są banalne w przygotowaniu. Formy do orzeszków (patelnie do orzeszków) są dostępne na allegro. 
Orzeszki /ok. 60 sztuk/
4 żółtka 
500g mąki 
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka octu 
200g margaryny 
1/2 szklanki cukru pudru 
4 łyżki gęstej śmietany (18%) 
Wyrobić ciasto, uformować kulę, zawinąć w folię i odłożyć na pół godziny do lodówki. Po tym czasie odrywać z ciasta kawałki i formować kulki wielkości wiśni. Wrzucać je do rozgrzanej formy i smażyć z obu stron przez ok. 1,5 - 2 minuty, do zrumienienia. Kiedy wystygną, odciąć po brzegach nadmiar ciasta.
Masa orzechowa:
100g masła 
10 łyżek mleka
150g cukru pudru  
150g zmielonych orzechów  
Mleko podgrzać w rondelku, dodać do niego masło i poczekać aż się połączy. Rozprowadzić cukier puder, dodać orzechy i starannie wymieszać. Aby masa była bardziej wyrazista w smaku, można do niej dodać odrobinę alkoholu. Ilość pozostawiam waszym upodobaniom ;) Masę odstawić do ostygnięcia na minimum godzinę-półtorej. Dopiero chłodną przekładać orzeszki i składać.
Niektórzy sugerują, aby podawać je posypane cukrem pudrem i polewać roztopioną czekoladą - dla mnie to już przesadyzm. Zdecydowanie najlepiej smakują w takiej postaci ;) 

niezbyt wigilijnie i mało świątecznie...

...już wkrótce kontynuacja ;-)
spróbujcie zgadnąć co się szykuje...

Rodzynkowo-czekoladowe ciągutki

W tym roku grudzień upływa mi nietypowo. W zeszłym moim jadalnym podarkiem były misternie przyozdobione pierniczki. Ale (chociaż w przypadku niektórych ciast mi się to zdarza) jakoś perspektywa pieczenia trzeci rok z rzędu pierników wcale mnie nie cieszyła. I w ogóle jakieś te świąteczne przygotowania są mało świąteczne. Wracając do domu po zmroku, dzisiaj jadąc 50km nie zauważyłam ani jednego oświetlonego domu. W szale przygotowań do matury, wśród lektur i ćwiczeń znajduję tylko czas na ostatnie świąteczne zakupy (i prezentów niektórych wciąż brak) i od kilku tygodni - na wypiekanie próbnych prezentów. Te ciasteczka też były upieczone w tym celu, i chociaż wyglądem nie powalają na kolana, nadrabiają smakiem. Nie wierzyłam w te "cudownie miękkie i ciągnące w środku ciastka" dopóki nie wyciągnęłam ich z piekarnika. Są na pewno warte upieczenia.
Rodzynkowo-czekoladowe ciągutki /24 ciasteczka/ 
1/4 szklanki miodu
1 szklanka rodzynek 
1/2 szklanki brandy 
115g miękkiego masła
1 łyżeczka cynamonu
180g białej czekolady 
3 łyżki gorzkiego kakao
1,5 szklanki mąki pszennej  
1/4 szklanki brązowego cukru
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli gruboziarnistej 
cukier kryształ do obtoczenia 
Brandy zagotować z rodzynkami i odstawić do ostygnięcia. W misce wymieszać mąkę, kakao, sól i cynamon. Miękkie masło utrzeć na jasną, puszystą masę z cukrem. Powoli dodać miód, odczekać aż się połączy. Potem stopniowo dodawać mąkę. Rodzynki odcedzić, dorzucić do masy, potem wmieszać pokrojoną w drobną kostkę czekoladę. Formować dłońmi ciasteczka dowolnej wielkości (Martha Stewart sugeruje na jedno ciasteczko przeznaczyć dwie łyżki ciasta) obtaczać je w cukrze i wykładać na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec ok. 15-18 minut, do momentu w którym nieco urosną i zaczną pękać. W przypadku tych ciasteczek istotna jest każda minuta. Kiedy zauważycie, że cukier i czekolada zaczynają się karmelizować i przypalać (tworząc czarne brzegi) niezwłocznie wyciągnij ciastka z piekarnika. Nie będą wtedy ciągnące w środku, ale nadal zjadliwe ;)
Tuż po upieczeniu, jeszcze ciepłe są najlepsze - z wierzchu mają cudowną, chrupiącą skórkę, a pod spodem - jeszcze ciepłe, niemal płynne wnętrze.


Vintage baking; rurki z kremem

Rurki z kremem to taka standardowa pozycja w większości cukierni. Im częściej jednak je widuję, tym pewniejsze jest to, że wybiorę coś zupełnie innego. W cukierniach nie znoszę oszukanej masy maślanej na margarynie. I miękkiego, nawilgłego ciasta. I zbrylonego cukru pudru. Spotkałam się też z dziwnym tworem zwanym dumnie "rurką z kremem" a składającym się z waflowej rurki nabitej ptysiową masą. Jedyna złotówka w osiedlowym sklepie, zjedz, wyrzuć woreczek i zapomnij. Ekspertem w dziedzinie rurek z kremem jest moja Mama. Ja nie mam cierpliwości. Ani do nawijania ciasta na foremki. Rwie się, nie chce się wałkować, a bo tu się przykleja a tam odrywa. Dlatego rurki w zasadzie są autorstwa mojej Mamy. Najlepsze.
Rurki z kremem (porcja na ok.40 sztuk)
Ciasto:  
250g margaryny 
 500g mąki pszennej 
250ml śmietany 18%
Wyrobić ciasto, odstawić do lodówki na ok. 3 godziny. Ciasto cienko rozwałkowywać i nawijać na formy (takie foremki można kupić w większych marketach i sklepach z różnym drobnym sprzętem domowym; kosztują ok. 5-7 zł za dziesięć sztuk). Piec na złoty kolor (co zajmie od 15 nawet do 40 minut w zależności od piekarnika)
Rurki nadziewać masą maślaną za pomocą szprycy i odstawić do stężenia na ok. godzinę. Przed podaniem posypywać po wierzchu cukrem pudrem.

Puste, upieczone korpusy mogą leżeć w chłodnym miejscu, na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i przykryte czystą, suchą ściereczką nawet do trzech dni przed nadziewaniem. 

Santa Cookies; żurawina i migdały

Amerykańskie filmy familijne mają w sobie pewną magię. Nawet jeśli są do bólu kiczowate i opowiadają znaną wszystkim na wylot historię, ogląda się je zawsze tak samo przyjemnie. Oglądanie w pewnym okresie roku (tak, właśnie teraz - zimą, gdy za oknem zaspy po kolana, z kubkiem herbaty z miodem i cytryną w zziębniętych dłoniach) sprawia, że od razu robi się człowiekowi cieplej na duszy. Mogłabym oglądać w nieskończoność perypetie Griswoldów czy słynnego już Kevina ;)
W filmach typowo dziecięcych, w kreskówkach czy krótkometrażowych produkacjach pojawia się natomiast dość ciekawy motyw - zwyczaj (podejrzewam że pielęgnowany wyłącznie w filmowej rzeczywistości) pozostawiania ciasteczek dla Mikołaja - koniecznie ze szklanką mleka. Rano zawsze pozostawały okruszki i odrobina mleka na dnie szklanki - a obok łóżka stos prezentów. Z powodu dzisiejszego święta - i okazji, by Kogoś tymi ciasteczkami obdarować (i nie był to święty Mikołaj!) - upiekłam migdałowo-żurawinowe ciastka. 
Kruche ciastka z migdałami w miodzie i żurawiną /ok.40 sztuk/
żurawina:
2 łyżki sherry 
180g suszonej żurawiny
skórka otarta z 1/4 pomarańczy
 migdały:
30g masła 
1/2 szklanki miodu 
160g płatków migdałowych
1/2 łyżeczki gruboziarnistej soli
1/2 łyżeczki esencji waniliowej
ciasto: 
230g masła 
50g cukru pudru 
380g mąki pszennej 
Żurawinę zalać alkoholem i wymieszać ze skórką pomarańczową. Zostawić pod przykryciem na godzinę. Płatki migdałowe lekko uprażyć na suchej patelni. W rondelku połączyć masło i miód, podgrzewać do czasu aż nabierze bursztynowej barwy. Wtedy dodać sól, esencję i na końcu połączyć z migdałami. Masę wylać na pergamin, rozsmarować dość cienko i odstawić na pół godziny do ostygnięcia. Miękkie masło utrzeć z cukrem, dodać żurawinę i stopniowo dodawać przesianą mąkę. Do mieszaniny wsypać płatki migdałowe. Jeśli wasza masa miodowo-migdałowa bardzo stwardnieje, możecie spróbować posiekać ją nożem. Ja odrywałam kawałki ciągnącej się masy i stopniowo dorzucałam je do ciasta, żeby równomiernie się rozłożyły. Gotowym ciastem wylepić wyłożoną papierem do pieczenia dużą blachę, a następnie tak zawinąć brzegi do środka, żeby ciasto zawinęło się w podłużny rulon. Ciasto trzymać w lodówce ok. 3 godzin (wtedy najlepiej się kroi) i następnie odkrawać dużym nożem ciastka - dowolnej grubości, byle mniej więcej równej, wtedy najlepiej się pieką. Piec w 150 stopniach ok. 30-35 minut. 

 ...a potem możecie Kogoś nimi obdarować ;)

Chaos; czasoucieczki

5 grudnia jest 339. (w latach przestępnych 340.) dniem w kalendarzu gregoriańskim. Do końca roku pozostaje 26 dni.
Obchodzi się wówczas międzynarodowy dzień wolontariusza, a na Haiti - święto jego odkrycia. 
5 grudnia 1867 urodził się Józef Piłsudski.
5 grudnia 1901 urodził się Walt Disney
5 grudnia 1929 urodził się - mój ukochany reżyser zresztą - Stanisław Bareja.

5 grudnia 1992 roku, dokładnie osiemnaście lat temu
urodziłam się Ja.


Dziś bez przepisu. Dzisiaj garść myśli na nadchodzące dni. Teoretycznie dorosłe.
Wkrótce zapraszam na...

Adwent; Szwecja i Pepparkakor

Lubię zimę.
Tak jak lubię kraje północy.
Lubię nietypowe ciepło w domach Szwedów czy Norwegów; ciepło biorące się z sosnowych półek na błękitnych ścianach i wytartych białych desek na podłodze. Ulegam urokowi prostoty, matematycznie odmierzonym dekoracjom, możliwości noszenia swetrów i grubych rajstop niemal przez cały rok. Jestem fanką Ikei; rozwiązań prostych a efektownych. A najbardziej chyba Ikeowego sklepu z jedzeniem, tuż za kasami. Z ciastkami Pepparkakor. W moim domu nie było tradycji pieczenia pierników; dlatego jako dziecko rozmaczałam z uporem maniaka w herbacie twarde jak skała cieniutkie piernikowe ciastka na wagę, kupowane w sklepie po drugiej stronie ulicy. Potem namierzyłam Pepparkakor. Wczoraj upiekłam je sobie sama. Jedno dla Ciebie, jedno dla mnie. 
Pepparkakor /ok.50 ciasteczek/ 
1 duże jajko 
150 g miodu
110 g masła 
szczypta soli 
375g mąki pszennej 
1 łyżeczka cynamonu 
1 łyżeczka mielonego imbiru
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia 
1/4 łyżeczki mielonych goździków 
2 łyżeczki przyprawy do piernika 
100g drobnoziarnistego cukru demerara  
Miód podgrzać w rondelku, dodać pokrojone na mniejsze kawałki masło i cukier. Masę podgrzewać do rozpuszczenia się cukru, odstawić na 30 minut do ostygnięcia. Mąkę przesiać i starannie wymieszać z przyprawami i proszkiem do pieczenia (sugeruję przesiać też przyprawy, szczególnie tą do piernika), połączyć z przestudzoną masą miodową. Przepis pożyczyłam od Liski, która sugeruje wyrabiać ciasto mikserem. Moje nie było klejące, wyrabiałam je ręką w sporej misce i było dość gładkie bez podsypywania mąką. Ciasto zawinąć w folię i odstawić na ok. dwie godziny do lodówki. Moje przeleżało prawie cztery i było dość twarde, przed wałkowaniem musiałam je rozgrzać w dłoniach. Ciasto wałkować dość cienko, wykrawać ciasteczka i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Uwaga - ciasteczka bardzo szybko płoną i należy wyjąć je z piekarnika w momencie, gdy przyrumienią im się brzegi. W zupełności wystarcza im 8-10 minut.


Pepparkakor lądują oczywiście w akcji Korzenny Tydzień :) 

Tymczasem na I am not coming home wordless Sunday i pierwszy śnieg w obiektywie

Korzenne ciasto marchewkowe

Ciasto marchewkowe piekł chyba każdy.
Przynajmniej raz, żeby przekonać się czy trafia w jego gusta.
Ja też piekłam.
Kiedyś wilgotne, ciężkie ciasta - zwane często chlebkami - w ogóle mi nie smakowały. I zakalcowate to, i ciężkie, i w dodatku zapycha. Teraz - szczególnie kiedy przyszła jesień - piekę ich coraz więcej. Im cięższe są, tym lepiej. Im więcej mają w sobie rozgrzewających przypraw, tym lepiej smakują chłodnym porankiem. Kawałek takiego ciasta działa pobudzająco lepiej od kubka kawy na pierwszej lekcji łaciny w poniedziałkowy, mglisty poranek. A na pewno pobudzające są działania, które mają na celu ukrycie próby spożycia takiego ciasta niezauważenie. Niekoniecznie przez znajomych - Oni wiernie śledzą moje poczynania i dobrze wiedzą, jaki zapach wydobywał się u mnie w domu z piekarnika niedzielnym popołudniem. Na razie obyło się bez ofiar ;)
Ciasto marchewkowe /na keksówkę 34x11cm/
4 jajka   
2 szklanki mąki
1/2 szklanki oleju* 
2 szklanki startej marchwi
1/2 szklanki cukru demerara 
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cynamon, imbir 
Jajka ubić z cukrem na puszystą masę, dodać marchew utartą na tarce o grubych oczkach a następnie olej. Dodać do mieszanki przesianą mąkę starannie wymieszaną z proszkiem do pieczenia i sodą. Dodać szczyptę soli oraz imbir i cynamon - w dowolnych proporcjach, ja tam nie żałowałam - w końcu o to chodzi, żeby grzało i smakowało...Dokładnie połączoną masę wylać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia, po wierzchu posypać gruboziarnistym cukrem brązowym. Piec 14 minut w 180°C, a następnie 30 w 200°C. Ciasto ostudzić w piekarniku. Najlepsze jest jeszcze ciepłe - rozpływające się wewnątrz, z chrupiącą skórką na wierzchu. 

 Przepis dołączam do Korzennego Tygodnia
(i niezwykle pochwalam istnienie takiej akcji ;)) 

Chocolate Chip Cheesecake

Ilekroć piekę sernik na spodzie z kruchych ciastek, przypomina mi się moja pierwsza próba - zakończona traumą - ułatwienia sobie życia. Nie bardzo rozumiałam o co z tym wszystkim chodzi, masa wyszła mi zdecydowanie zbyt rzadka, a piekarnik po upływie czasu pieczenia pływał w maśle z okruchami ciasta. Sernikowa trauma trwała około roku i przez ten czas (naprawdę!) nie upiekłam chyba ani jednego sernika. Jest to o tyle dziwne, że serniki należą do ścisłej czołówki moich ulubionych ciast. Nie oznacza to wcale, że w ciągu tego roku nie zjadłam ani jednego - ale nikt mi nie wmówi, że macie taką samą przyjemność z jedzenia swoich wypieków jak z tych upieczonych przez kogoś innego. Pomijając oczywiście wypieki mamy i babci, bo te działają zbawiennie nie tylko na ciało - raczej przede wszystkim na duszę. Kiedy wyciągałam wiosną tego roku karmelowy sernik Liski z piekarnika, miałam nogi z waty. Ale nic nie pływało. I było idealnie kruche. Od tamtej pory upiekłam kilkanaście serników, z czego większość była stworzona przy pomocy mojej własnej inwencji twórczej. Ostatnio znalazłam gdzieś zdjęcie sernika z takimi łatami w środku. Miałam ochotę zrobić sernik z ciastkami. Dlaczego nie połączyć jednego z drugim?
Chocolate Chip Cheesecake /forma o średnicy 23-25cm/
Spód:
 300g ciastek Digestive bez czekolady
110g masła 
Ciastka pokruszyć w malakserze lub - co wypraktykowałam ostatnio i sprawdza się świetnie - zamknąć w woreczku strunowym i skruszyć przy pomocy wałka. Połączyć z roztopionym i lekko przestudzonym masłem. Masą wylepić spód i boki tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić w chłodne miejsce na czas przygotowywania masy serowej.
Masa serowa:
3 jajka
50g cukru pudru 
1 kg twarogu mielonego
1 budyń waniliowy (60g)  
1/2 łyżeczki esencji waniliowej 
150g kruchych ciasteczek z czekoladą (użyłam Piegusków z orzechami i czekoladą)
Ser zmiksować z budyniem i przesianym cukrem pudrem. Dodać po kolei jajka oraz łyżeczkę esencji waniliowej, wciąż miksować. Na ciasteczkowy spód wylać nieco ponad 1/3 masy serowej, posypać połową skruszonych ciastek z czekoladą (sugeruję nie kruszyć ich zbyt drobno, powiedzmy jedno ciastko przełamane na 4-6 części to najbardziej optymalny wariant), zalać kolejną częścią masy, ponownie ułożyć warstwę ciastek i zalać serem. Piec przez ok. 45-50 minut w temperaturze 175°C. Sernik powinien być pozostawiony w piekarniku do całkowitego wystygnięcia. Najlepiej smakuje kolejnego dnia, gdy już kompletnie stężeje. Jest idealny - kremowy, niezbyt słodki dzięki niewielkiemu dodatkowi cukru, i chrupiący dzięki kawałkom orzeszków z ciastek. Polecam!

P.S. Dziękuję wszystkim, którzy zostawili pod ostatnim wpisem tyle pełnych ciepła słów i swoich wspomnień - było mi je niezwykle miło przeczytać i bardzo mnie cieszy to, że chcecie się nimi ze mną dzielić :) 


Pulchne Bułeczki Pippi Pończoszanki

Będąc ostatnio w bibliotece, po "Całuski Pani Darling" właśnie, dowiedziałam się czegoś - w moim mniemaniu - nieprawdopodobnego. Byłam - i jeszcze przez chwilę będę - dzieckiem kulturalno-kulinarnym. Mimo, że lata mojego dzieciństwa przypadają na okres świetności Pokemonów i panowania Cartoon Network w jego dziewiczej postaci, chętniej niż po komiksy sięgałam po książki. Ukochaną bajką była pierwsza animowanka Walta Disneya (kojarzycie Myszkę Miki i Parowiec?), a w momencie kiedy ukończyłam lat siedem, na dobre wpadłam w matczyne sidła Małgorzaty Musierowicz i jej Jeżycjady. W ciągu tych kilkunastu lat przeczytałam ten cykl nieskończone ilości razy. I nagle dowiaduję się właśnie tego, co tak mną wstrząsnęło - że młodzież nie umie czytać Musierowicz. Zwracają te książki twierdząc, że po prostu nie da się przez nie przebrnąć. Po pierwszym szoku i "Jak to w ogóle możliwe?" dotarłam do sedna sprawy. Po prostu ani Dmuchawiec, ani Zielony Pokój bez komputera, ani pulchna Pulpecja nie mają tyle uroku co amerykański college, różowy laptop i anorektycznie chuda buntowniczka pretendująca do bycia "tap madl". Wśród napisanych przez MM książek jest jeszcze jedna, ta, która jest Matką mojej kuchennej miłości. Całuski Pani Darling. A w niej bułeczki Pippi Pończoszanki.
Pulchne Bułeczki Pippi Pończoszanki (25 bułeczek o wadze 35-50g)
Zaczyn:
30g świeżych drożdży
1/2 szklanki mleka 
łyżeczka cukru
łyżeczka mąki
W letnim mleku rozpuszczamy pokruszone drożdże z łyżeczką cukru i mąki. W tym czasie przygotowujemy składniki na ciasto właściwe:
mleko* 
1 jajko 
70g masła  
2 łyżki cukru  
500g mąki pszennej 
10g cukru wanilinowego
1 łyżeczka cynamonu 
300g drobnych rodzynek
mak do posypania 
Masło rozpuścić i wystudzić. Do mąki, cukru,  cukru wanilinowego, cynamonu i rozczynu wlać przestudzone masło. Dosypać rodzynek i wyrabiać, aż ciasto będzie elastyczne i gładkie (choć najeżone rodzynkami ;)) *Może się okazać konieczne dolanie letniego mleka - nie odmierzałam dokładnie ile, po prostu ciasto musi się skleić. Bez niego prawdopodobnie będzie suche i będzie się kruszyć w dłoniach.  Ciasto przykryć suchą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 20 minut. Po upływie czasu formować z ciasta kulki (dowolnej wielkości; istotne jest to, aby wszystkie na jednej blasze miały mniej więcej równą wielkość) i znów odstawić do wyrośnięcia na ok. 30 minut. Przed wstawieniem do piekarnika posmarować rozmąconym jajkiem i posypać ziarnami maku (nie robi to większej różnicy w smaku, więc jeśli nie macie maku to nic złego się bułkom nie stanie). Piec przez ok. 20-30 minut do zrumienienia. Najlepiej, jak to drożdżowe smakują tuż po upieczeniu - chrupiące z zewnątrz, a miękkie w środku, z dodatkiem gorących rodzynek... ;)





Słodkie i słone; Krówka

Pamiętam radość jaką wywołało pojawienie się gotowego mleka skondensowanego - gotowanego - w sklepach. W dodatku w pełnej gamie smakowej, od kakaowego aż po kokosowe. W niepamięć odeszły kosmiczne rachunki za gaz/prąd po czterogodzinnym gotowaniu puszki. Niektórzy mogli zapomnieć o stresie związanym z wybuchowymi puszkami czy malowaniem kuchni po niefrasobliwym pozostawieniu mleka na gazie na zbyt długo. Przepis na krówkę dostałyśmy z Mamą dwa lata temu, jako "ponoć zabójcze ciasto". Bez większego entuzjazmu podchodziłam do połączenia słodkiego kajmaku ze słonymi krakersami. 
Pierwsze wrażenie, pierwszy kawałek tuż po przełożeniu nie powalił mnie wcale na ziemię.
Drugi, zjedzony kolejnego dnia, owszem.
Warto poczekać w przypadku tego ciasta chociaż kilka godzin - przynajmniej do momentu, gdy krakersy nieco zmiękną. 

1 puszka kajmaku o masie 500g
1 duża paczka krakersów +1 mała
500ml śmietanki 30%
4 łyżki cukru pudru* 
2 opakowania śmietan-fix
Tabliczka dobrej, gorzkiej czekolady
Na upieczony biszkopt wykładamy przestudzoną masę maślaną, na to układamy warstwę krakersów. Warstwę pokrywamy kajmakiem i znów przykrywamy krakersami. Sugeruję odczekać trochę, by ciasto na pewno było chłodne przed nałożeniem śmietany - zapobiegnie to podejściu ciasta wodą. Śmietankę ubijamy przez chwilę, następnie dodajemy cukier puder i śmietan-fix. Ubitą wykładamy na ciasto a następnie pokrywamy całość startą gorzką czekoladą. I tak jak już mówiłam...serwujemy najlepiej drugiego dnia. Sami też najlepiej częstujemy się dopiero nazajutrz. O ile wytrzymacie...;)

* sama dodaję jedynie łyżkę - półtora cukru pudru, bo ciasto samo w sobie jest na tyle słodkie, że nie potrzebuje jeszcze dodatkowej oprawy w postaci przesłodzonej śmietany - ale wiem, że są tacy,  którym ta 'niezbyt słodka' śmietanka psuje szyki ;)

Ziołowe bułeczki z mąki kukurydzianej

Wypatrzone u Magdy jeszcze w wakacje czekały niemal pół roku na realizację. Kiedy data ważności na ostatnim opakowaniu mąki kukurydzianej zaczęła dobiegać końca, przepis znów wpadł mi w ręce. Szukałam czegoś, co będzie się dobrze komponowało z sałatką z tuńczykiem, potrzebującej dość ostrej oprawy. Pomyślałam o tych bułeczkach - do których dodałam od serca nie tylko ziół ale i pieprzu ;)
Ziołowe bułeczki z mąki kukurydzianej*
320ml letniej wody
15g świeżych drożdży 
200g mąki pszennej 
100g mąki kukurydzianej
Drożdże rozpuścić w wodzie, dodać mąkę i wymieszać. Odstawić do wyrośnięcia na pół godziny. Po tym czasie do rozczynu dodać:
10g soli
25ml oleju 
2 łyżeczki miodu
250g mąki pszennej
70g mąki kukurydzianej 
5-10g pieprzu mielonego 
15-20g ziół prowansalskich
1 łyżeczka soli czosnkowej
Ponownie wymieszać i zagnieść gładkie, elastyczne ciasto. Powstałą masę włożyć do miski, przykryć i pozostawić w suchym, ciepłym miejscu do wyrośnięcia do czasu, aż podwoi swoją objętość. Następnie podzielić ciasto i umieścić w formie, ponownie przykryć i pozostawić do wyrośnięcia. Tuż przed umieszczeniem w piekarniku posypać po wierzchu odrobiną pieprzu i ziół. Piec przez ok. 15-20 minut w temperaturze 200 stopni. 
*przepis podaję ze swoimi zmianami  






Vintage; Kruche Ciastka z Konfiturą

Lubię stare książki kucharskie. Lubię, kiedy pod palcami rozsypują mi się pożółknięte, czasem splamione u dołu kartki tłuszczem strony. Lubię poczytać o tym, jak kłopotliwym deserem był sernik, bo wymagał użycia kilku jaj...Takie książki mają w sobie tą magię dla mnie tylko w jednym miejscu - w domu mojej Babci. Nigdzie indziej nie smakują lepiej, nigdzie indziej nie lubię tak jak właśnie tam przegryzać się przez szorstkie strony i zastanawiać czasem po kilkanaście minut czym bywają naprawdę enigmatyczne składniki...Przepisy z takich książek mają tylko jedną wadę - często idą w służbie szeroko pojętej "oszczędności" i tak na przykład te ciasteczka z racji niewielkich ilości masła są naprawdę kruche - tuż po upieczeniu. Po kilkunastu minutach nadają się raczej do moczenia w herbacie ;)
Kruche Ciastka z Konfiturą
250g mąki pszennej
2 łyżki cukru 
1 łyżka masła*
1 jajko +1 żółtko
150g śmietany
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
dowolna konfitura lub dżem
Przyrządzenie jest doskonale widoczne na zdjęciu, ale na wszelki wypadek...Z podanych składników wyrobić ciasto. Autor sugeruje dodanie tyle mąki, aby ciasto się dało wałkować - u mnie to było dokładnie tyle ile w przepisie. Z cienko rozwałkowanego ciasta wykrawać szklanką krążki (ja wykrawałam formą o średnicy 9cm, więc naprawdę były potężne). W połowie z nich kieliszkiem wykrawać mniejsze otwory (nie posiadam w domu kieliszków! Wycinałam serduszka). Krążek z wycięciem położyć na pełnym krążku, posmarować roztrzepanym białkiem i posypywać cukrem kryształem. Piec ok. 15-20 minut do zrumienienia. Po upieczeniu wypełnić otwory konfiturą lub dżemem.

*Podejrzewam, że w niewielkiej ilości tłuszczu leży cały problem nadmiernej kruchości a potem szybkiego twardnienia ciastek. Myślę, że można spokojnie dać na taką ilość nawet ok. 100g masła, zamiennie z mniejszą ilością śmietany i ciastka powinny być idealnie kruche.

Rozgrzewka : bananowo-cynamonowe muffiny

Pamiętam początki muffinkowej manii. Największym obiektem pożądania były wtedy dziurawe formy (swoją nabyłam kilkanaście miesięcy później) a papilotki schodziły ze wszystkich sklepów AGD szybciej niż były wystawiane na półki. Zaciekawiona początkami światowego muffina prześledziłam historię ciastka...wiecie, że pierwsze muffiny były wypiekane już w XIXw. w Stanach Zjednoczonych? Przez długi czas były pomijane, aż wypłynęły na fali 'zdrowego odżywiania' i 'domowego pieczenia' w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia. Rozgraniczane są także muffiny amerykańskie i brytyjskie - z czego te pierwsze są przez nas pieczone znacznie częściej. Pierwotnie muffin był raczej bliżej pieczywa, wypiekanego z pełnoziarnistej mąki, jogurtu i uzupełnionego warzywami. Potem zaczęto do nich dodawać cukier, tłuszcz i rozmaite słodkie dodatki...co zbliża je znacznie do cupcakes. Te, które upiekłam ostatnio - z dodatkiem bananów i dużymi ilościami cynamonu są idealne. Mocno wilgotne, z chrupiącą skórką. Podczas pieczenia w domu roztaczają się iście świąteczne aromaty - takie też było skojarzenie tych, którzy mieli okazję ich spróbować :)
Bananowo-Cynamonowe Muffiny
50g cukru 
2 duże jajka
110g masła 
1/2 łyżeczki soli 
4 przejrzałe banany
245g pszennej mąki 
1 łyżeczka cynamonu 
1 łyżeczka esencji waniliowej   
25g drobnego cukru demerara
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej 
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Masło roztopić i odstawić do przestudzenia. W jednej misce wymieszać mąkę, cukry, proszek do pieczenia, sodę i sól. W drugiej rozgnieść 3 banany (sugeruję użyć trzech sporych, o wadze po obraniu ok. 130g każdy), dodać jajka, esencję i masło, wymieszać do utworzenia się gładkiej masy. Następnie wlać mokre składniki do suchych i wymieszać tak, aby składniki się połączyły. Masą wypełniać papilotki do 3/4 wysokości, każdego muffina posypać gruboziarnistym cukrem brązowym, wetknąć na środku plaster banana i posypać przesianym przez sitko cynamonem. Piec ok. 20-25 minut, do suchego patyczka. 

Herbaciane ciasto z żurawiną


W tym roku wakacje wyjątkowo szybko przetransformowały się w późną jesień. Tym większe jest moje zdziwienie, że już za kilka dni październik zamieni się w listopad, a tuż po Święcie Zmarłych w galeriach handlowych pojawią się świąteczne dekoracje. Znam nawet sklep, w którym już teraz można wyposażyć się w pudełka, papiery do pakowania i świąteczne dekoracje. Tą zmianę, nawet jeśli minęła nieco niepostrzeżenie w kwestii mojej świadomości przemijania czasu, da się zauważyć w kuchni. Rano nie marzę o koktajlu z miętą. Przetrząsam raczej kuchnię, bo przecież pamiętam że gdzieś musiał się zapodziać wczorajszy muffin z cynamonem i bananem. Jeśli coś piekę, to chętniej sięgam po korzenne aromaty niż orzeźwiające cytrusy. To smaki świąt; powoli i zupełnie nieświadomie wprowadzam je do codzienności - nawet zanim ubiegną mnie galerie handlowe...

Herbaciane ciasto z żurawiną
1 jajko
50g masła 
225g mąki pszennej
225ml mocnej herbaty 
200g suszonej żurawiny 
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
30g drobnego cukru brązowego  
1,75 łyżeczki proszku do pieczenia 
75ml rumowego syropu herbacianego* 
Herbatę wymieszać z syropem rumowym, zalać mieszanką żurawinę. Pojemnik zawinąć folią spożywczą i zostawić na minimum cztery godziny (najlepiej na noc). Miękkie masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, następnie dodać jajko i jeszcze przez chwilę ucierać. W osobnej misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą, dodać do masła z cukrem i jajkiem. W tym momencie nasze ciasto przestaje przypominać ciasto, a nabiera raczej konsystencji kruszonki :) Wtedy należy dodać żurawinę razem z esencją herbaciano-rumową i wszystko razem starannie wymieszać. Masę wylać do keksówki (moja o wymiarach 34x11) wyłożonej papierem do pieczenia. Po wierzchu posypać gruboziarnistym cukrem demerara, piec około godziny do suchego patyczka. Ciasto jest cudowne - mocno wilgotne, ciężkie, ale dzięki skorupce z gruboziarnistego cukru przyjemnie chrupiące. Po prostu idealne na chłodne wieczory...coraz dłuższe chłodne wieczory :)

*Rumowy Syrop Herbaciany zamawiałam przez Internet, znany jest inaczej jako Czeski Rum. Można go zastąpić równie dobrze 75ml soku pomarańczowego i dodać nieco więcej cukru.

Ciasto inspirowane było przepisem na fruity teacake, ale z powodu braku niektórych składników nieco zmodyfikowałam przepis.  


Bajgle; historia nocnego pieczenia

"Zegar wskazywał 01:30, kiedy uchyliła drzwiczki piekarnika. Słodkawy, nieco lepki i drożdżowy zapach połaskotał jej nos i rozniósł się po kuchni. Uśmiechnęła się i wyciągnęła blachę na stół. Pięć równych, okrągłych bajgli posypanych drobinami sezamu. Pięć miękkich, puszystych krążków pokrytych chrupiącą, złocistą skórką. Przez uchylone okno do zaparowanej kuchni wpadał chłodny powiew powietrza. Podeszła do szyby i wyjrzała na ulicę. Było pusto; noc była jej ulubioną porą dnia. To wtedy najbardziej lubiła piec i gotować. Kiedy na zewnątrz było zarówno latem jak i zimą przyjemnie chłodno, kiedy nie widziała świata, który chował się poza snopem żółtego światła latarni. Jeszcze raz rzuciła okiem na wilgotną ulicę i odwróciła się, by sięgnąć po ciepły bajgel." 
 Bajgle /proporcje na 10sztuk/
500g mąki
300ml letniej wody
2 łyżki cukru (1+1)
1 1/4 łyżeczki drożdży instant
1 łyżeczka soli
1 jajko (do glazury) 
ziarna do posypania
W naczyniu wymieszać mąkę, drożdże, sól i łyżkę cukru. Zalać wodą i wyrabiać około pięciu minut, do czasu aż ciasto będzie zupełnie gładkie. Odstawić do wyrośnięcia na 1,5godziny w ciepłe miejsce. Następnie ciasto podzielić na dziesięć części, uformować z nich kulki, w każdej zrobić dziurkę i uformować coś na kształt oponki (otwory w środku mają być dość duże, w przeciwnym razie ciasto podczas wyrastania złączy się na środku). Bajgle zostawić na posypanej mąką stolnicy na 40 minut do ponownego wyrośnięcia. Następnie zagotować w dużym garnku wodę z łyżką cukru. Bajgle wrzucać po 3-4 na gotującą się wodę i obgotowywać z każdej strony po minucie. Następnie osuszyć (ja wyciągałam je na folię aluminiową i w ciągu kilku minut wysychały samoistnie) i ułożyć na blasze lub blasze wyłożonej folią aluminiową (w żadnym wypadku nie papierem do pieczenia), posmarować rozbitym jajkiem i posypać ziarnami (lubię te z sezamem, ale można użyć równie dobrze maku, czarnuszki, gruboziarrnistej soli). Piec ok. 15 minut, do zezłocenia skórki. 

+ z ciekawostek - wiecie, skąd wzięła się nazwa "obwarzanki"? Stąd, że ciasto jest przed pieczeniem ob-warzone ;) Dlatego też bajgle są w pewnym sensie odmianą obwarzanka - tyle, że wg. mnie znacznie smaczniejszą!

Aha - i całkiem przypadkiem to moje nocne pieczenie przypadło na przełomie Dnia Pieczenia Chleba. Liczy się, chociaż tutaj lądują z lekkim poślizgiem :)

Muffiny z pistacjowym ganache z białej czekolady

Do białej czekolady długo miałam uraz z powodu długotrwałej prawdziwie czekoladowej posuchy, wywołanej uczuleniem na ziarno kakaowe. Z uczulenia wyrosłam - na szczęście - z urazu do białej czekolady do niedawna nie. Dopiero kiedy dosłownie kilkanaście dni temu spróbowałam białych Michałków niezawodnego Wawela, jakoś na nowo rozbudziła się we mnie sympatia do tej, dość nietypowej w czekoladowej rodzinie, słodkości. Akcja cukrowej wróżki zmobilizowała mnie do wymyślenia czegoś ciekawego z białą czekoladą, a ostatnie doświadczenia w Cupcake Corner nauczyły, że mariaż biała czekolada-pistacja jest po prostu cudowny. I tak powstały moje muffiny z pistacjowym ganache z białej czekolady - chociaż pewna nie jestem, czy nazwą ganache mogę ochrzcić coś niezawierającego ziarna kakaowego...
Waniliowe muffiny z pistacjowym ganache z białej czekolady
Muffiny:
250g mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody
170g cukru* 
250ml mleka
90ml oleju
jajko
olejek waniliowy 
2 łyżeczki proszku do pieczenia 
Postępowanie jak to przy muffinach bywa - suche składniki wymieszać w jednej misce, mokre w drugim, wlać mokre do suchych (ja dzisiaj zrobiłam odwrotnie i żyjemy), zamieszać kilka razy łyżką i wypełnić papilotki do 3/4 wysokości. Piec ok. 20-30 minut, do zrumienienia się wierzchu.
Pistacjowy ganache z białej czekolady **
100g białej czekolady
50ml śmietanki 30%
100g pistacji (masa w łupinkach) 
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, kiedy się zagrzeje wlać śmietankę w temperaturze pokojowej. Mieszać do powstania gładkiej masy. Pistacje rozgnieść lub zmiksować na mączkę (dosłownie na gładką masę, w przeciwnym razie będzie trudno potem wypełniać ciastka) i dodać do ganache. Wymieszać i odstawić do wystygnięcia.

W przestudzonych muffinach zrobić za pomocą noża lub końca łyżeczki niewielkie nacięcie i delikatnie rozepchnąć środek ciastka, aby zrobić miejsce na krem. Ja wypełniałam muffiny przy pomocy strzykawki do dekoracji o ostro zakończonej końcówce. 

* to podstawowy przepis na Muffiny, który jest bodajże autorstwa Nigelli Lawson, ale mam go od tak dawna, że źródło zatarło mi się w pamięci. Jest w nim 170g cukru, ale jest to ilość przewidziana do zwykłych muffinek, bez dodatków. Krem jest w zupełności wystarczająco słodki, i cała ilość cukru byłaby przesadą. Do swojej masy dodałam zaledwie 35g cukru i wytrawność ciasta idealnie komponuje się ze słodyczą białej czekolady.
** to jest wersja robocza autorki i nawet, jeśli nie zgadza się z oryginalnym sposobem przyrządzenia...no cóż, pisałam kiedyś o mojej przekorze ;)


Lato w słoikach; domowy sos słodko-kwaśny

 
Są takie dni, kiedy nie mam czasu by spędzić popołudnie w kuchni. Są też takie, kiedy zwyczajnie nie mam na to ochoty. A bywają też czasem takie, kiedy równocześnie występuje u mnie syndrom braku czasu i chęci. Przyznaję, że najczęściej wtedy sięgam po najprostsze rozwiązania. Raz na jakiś czas smakuje mi po prostu makaron z serem, jajko sadzone albo gotowane warzywa z jogurtowym sosem. A jeśli nawet na tyle mnie nie stać, nie mam jakoś oporów sięgać po gotowe sosy. Skoro są, to dlaczego ich nie używać? Tym bardziej, że jedne z moich ulubionych - słodko-kwaśne - Łowicz ma dość dobre. Przypadek jednak sprawił, że wypowiadając się zbyt głośno w temacie braku posiadania pomidorów na przetwory, dość szybko stałam się posiadaczką dziesięciu kilogramów pachnących i dojrzałych warzyw. (A może jednak owoców?) Mama znalazła przepis na sos słodko-kwaśny i przeprowadziłyśmy eksperyment. Wyjątkowo udany - sos jest w smaku identyczny, jeśli nie lepszy, w porównaniu z tym dostępnym w sklepie.
Sos Słodko-Kwaśny
3kg pomidorów
1kg cebuli
4 papryki
1 puszka ananasów
1 puszka kukurydzy

1/2 łyżeczki chili
1/2 łyżeczki curry
1 łyżka vegety 
1,5 łyżki soli 
2 łyżki musztardy 
2 łyżeczki słodkiej papryki 
1/2 łyżeczki pieprzu ziołowego 
1/2 łyżeczki czosnku mielonego
 1 szklanka octu winnego
2 szklanki cukru (sugeruję 1,5)
3 łyżki mąki ziemniaczanej 
Pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pokroić w kostkę. Gotować na wolnym ogniu, dodać do nich pokrojoną w kostkę cebulę, dodać sól. Dodać pokrojoną w kostkę paprykę i ananasa, a następnie resztę składników i przyprawy. Gotować razem ok. 20 minut do lekkiego zmięknięcia składników, ale nie doprowadzając do rozpadu. W syropie z ananasa wymieszać 3 łyżki mąki ziemniaczanej i wlać do powstałego sosu. Gotowy sos zagotować i gorący nakładać do słoików. Najlepiej zapasteryzować.  

Wydaje mi się, że do tego sosu pasuje doskonale nie tylko podsmażony filet z kurczaka - cienkie wieprzowe płatki smażone w cieście naleśnikowym także idealnie wkomponowałyby się smakiem.


Oli natomiast - właścicielce wspaniałej Waniliowej Chmurki - chciałam podziękować za wyróżnienie, którym mnie obdarowała. Jesteś świetna! :) 

Sernik Malibu

Ostatnie dni września zachęcały raczej do sięgnięcia po czekoladę, praliny i tego typu wyroby z dużą zawartością kakao niż do szukania smaków typowo orzeźwiających. Postanowiłam połączyć lekki smak kokosowego sernika z kremową, ciężką konsystencją.Cieszę się, że akcja sernikowa ciągle trwa - mimo zatrzęsienia tego smacznego deseru w kulinarnej blogosferze, nareszcie zmobilizowałam się do działań kreatywnych ;) Sernik uwielbiam w każdej wersji i nie wiem dlaczego ostatnio tak rzadko pojawiał się w moim domu. Jednak latem ciasto drożdżowe rozkłada wszystko... Sernik jest znów moją osobistą wariacją, wyszedł genialny - począwszy od kruchej kokosowej bezy, przez którą trzeba się przebić łyżeczką aby dobrać się do gęstego serka i z idealnym, cienkim spodem z ciasteczek. 
Sernik Malibu /forma 23cm/
Spód:
150g ciastek Digestive bez czekolady
40g masła
Masa serowa:
500g serka śmietankowego
3/4 opakowania sernixu*
3/4 szklanki wiórek kokosowych**
16g cukru wanilinowego
1/2 szklanki mleka 
sok z 1/2 cytryny 
1/4 szklanki cukru 
1/4 szklanki oleju 
3 łyżki Malibu
 2 jajka
Kokosowa beza:
4 białka
1/4 szklanki cukru
3/4 szklanki wiórek kokosowych 
 Ciastka pokruszyć i wymieszać z roztopionym i przestudzonym masłem. Wyłożyć spód tortownicy i wstawić do lodówki. W mikserze utrzeć dwa całe jajka z cukrem i cukrem wanilinowym. Dodać serniks, olej i sok z cytryny, a potem łyżką dokładać ser. Do powstałej masy dolać Malibu i stopniowo dodawać wiórki kokosowe. Jeśli masa będzie zbyt gęsta, należy dolać mleko. Niekoniecznie będzie to całe pół szklanki - w moim przypadku całkowicie wystarczające było niespełna 1/4 żeby nieco rozrzedzić masę. Powstały ser wylać na ciastkowy spód i wstawić do piekarnika na 45 minut. Przygotować bezę: białka ubić ze szczyptą soli i cukrem. Gdy powstanie sztywna piana, dodać wiórki i delikatnie wymieszać łyżką. Bezę wyłożyć na sernik i zapiekać jeszcze 15 minut, do zrumienienia. Sernik najlepszy jest drugiego dnia, kiedy dokładnie się zsiądzie. Na ciepło też daje radę ;)

* zamiennie można użyć śmietankowego budyniu. Tutaj jednak sernix jest o tyle dobry, że nie zmienia zasadniczo smaku masy serowej.
** im większa ilość wiórek, tym gęstsza przed upieczeniem, natomiast bardziej krucha po wypieku będzie masa serowa. Osobiście wolę, kiedy jest kruchy ;)